Dla Adolescente, za to, że daje siłę, za to że nigdy nie wątpi i za to, że jest, co przebija wszystko inne o głowę.
Jedynym czarem przeszłości jest to, że minęła.
Oscar Wilde
Oscar Wilde
Podobno każdy ma swój raj na ziemi. Przekraczając granice Soczi, Ethan miał wrażenie, jakby trafił w marzenia milionów ludzi z różnych krańców świata. Z nieba lał się żar, który zwalczyć można było tylko i wyłącznie wylegując się na plaży, trzymając w ręku dobrze schłodzonego drinka, niekoniecznie z palemką. Kurort był przesiąknięty zapachem pewności siebie, samoświadomości własnego bogactwa. Każdy, kto pozwalał sobie na wakacje w Soczi, mógł odpoczywać wolny o trosk o koszta słodkiego lenistwa.
Miasto było prawdziwym galimatiasem kulturowym. Wbrew pozorom, tylko w niewielu miejscach można było usłyszeń narodowy język Soczi. O wiele częściej niż po rosyjsku rozmawiano tutaj w języku angielskim, niemieckim, francuskim, chińskim czy japońskim, a także w wielu innych, których Ethan nie był w stanie zidentyfikować. Od samego słuchania można było nabawić się bólu głowy. Mężczyzna zaczął tęsknić za wyjącym rykiem silników samolotu, który teraz zdawał mu się być muzyką dla uszu.
Chociaż tkwiący wewnątrz tęczówki kryształ dawał się coraz bardziej we znaki, nakazując mężczyźnie coraz bardziej natarczywym tonem podjęcie podróży ku Mestii, Ethan miał na uwadze fakt, że złożył obietnicę Phoebe. A nie należał on do osób, które łamią obietnice, które rzadko, bo rzadko, ale jednak składają. Obiecał dziewczynie, że niczego jej nie zabraknie i chociaż ona także namawiała go do tego by jak najszybciej dotarli do Mestii, ciekawa tego co tam zastaną, to jednak widząc jej pełne zachwytu oczy wlepione w piaszczyste plaże i nieskazitelnie błękitne wody Morza Martwego, nie był w stanie odmówić jej przyjemności zamieszkania w jednym z kurortów. Choćby tylko kilkudniowego odetchnięcia od ciągłego przemieszczania się.
Zamieszkali w bungalowie z tarasem, z którego bezpośrednio można było zejść na plażę. Prywatny kawałek raju, rozciągający się u twoich stóp. Jednak już po pierwszym dniu Ethan poczuł, że spokój tego miejsca kontrastuje z tym, co działo się w jego duszy. Rozdrażnienie powodowane koniecznością wsłuchiwania się w ponaglający wewnętrzny głos płynący wprost z kryształu nie pozwalał mu cieszyć się w pełni urokiem Soczi.
Nie zamierzał jednak obarczać tym dziewczyny, która pierwszy dzień spędziła szalejąc w mieście nie tylko na zakupach, którymi była przejęta do głębi, ale także na zwiedzaniu. Ethan pierwszy raz w życiu spotkał nastolatkę, która tak bardzo by się wszystkim interesowała, począwszy od cerkwi, muzeów i galerii, a na parkach skończywszy. W rezultacie wieczór nastał nim Ethan zdążył o nim choćby pomyśleć. A zastał ich dwójkę na wspomnianym tarasie, odpoczywających. Ethan siedział w fotelu zastanawiając się czy mógłby choć na chwilę zignorować głos siedzący w jego głowie i pozostać w tym domku dłużej, natomiast Phoebe siedziała na deskach tarasu, z nogami podkurczonymi tak, że brodę mogła opierać na kolanach. Patrzyła na słońce, które tonęło w ciemnej toni, sprawiając że po świecie zaczęły ożywać długie, drżące cienie. Pomimo tego, że był już wieczór powietrze było nadal ciepłym tchnieniem pozostawionym na policzkach.
Siedzieli w ciszy, chociaż każde z nich wiedziało, że nadchodzi ten moment w którym zostanie ona zakłócona przez pytania, które już dawno powinny zostać zadane.
- Wtedy kiedy odnalazłeś kryształ- zaczęła Phoebe, a Ethan wiedział, że tak rozpoczęte zdanie może wywołać tylko niepotrzebną falę wspomnień, z rodzaju tych które skrzętnie grzebiesz pod gruzami codzienności, tak by nigdy nie ujrzały światła dziennego. - Dlaczego stałeś na tym moście?
Zdziwił się, że dopiero teraz padło to pytanie. Westchnął ciężko patrząc na Phoebe. Z miejsca w którym siedział mógł dostrzec tylko jej profil. W tym świetle oczy wydawały się pochłaniać całe światło jakie było na świecie. Dwa rozjarzone i błyszczące jeziora płynnego złota.
- To smutna historia. Ale nie z rodzaju tych, które wzruszają naiwnością głównego bohatera, który w walce z przebiegłym losem, przegrywa wszystko- powiedział, a jego głos wydawał się stary i zmęczony. - To raczej opowieść smutna, bo to, co się w niej wydarzyło, w ogóle nie powinno mieć miejsca. Nigdy.
Spojrzała na niego. Wiedziała, że przez ten wstęp chce tylko opóźnić moment, w którym będzie musiał podjąć temat. Nie dała się zwieść i cierpliwie milczała, aż wreszcie łącząca ich cisza przerodziła się w opowieść.
- Nie mam pojęcia od czego miałbym zacząć- powiedział, być może niesiony płonną nadzieją, że jeszcze ją zniechęci.
- Najlepiej od samego początku- stwierdziła po prostu, przeszywając go spojrzeniem. Kiedy odwróciła się od zachodzącego słońca, połowę jej twarzy spowił mrok. - Urodziłem się...
- W Aberdeen w Szkocji na wielkim gospodarstwie. Moi rodzice nie tylko uprawiali ziemię, ale także hodowali zwierzęta. Mieliśmy najlepszą hodowlę koni w Szkocji- zapatrzył się, jednak nie widział rozciągającego się przed nim morza. Zamiast tego przed jego oczyma widział zagrodę, na tle czerwonych zabudowań. Na soczyście zielonej trawie pasły się clydesdale, konie tak wysokie, że w kłębie niekiedy przerastały dorosłego mężczyznę. Jakiż on był wówczas szczęśliwy!
- Dlaczego tam nie mieszkasz?
- Dzięki staraniom rodziców podjąłem studia na St. Andrews, niestety oboje nie doczekali momentu, kiedy je ukończyłem. Zmarli, a ja odziedziczyłem gospodarstwo- westchnął, po czym dodał.- Ale je sprzedałem. Za grosze. Wtedy jednak ważniejsza była dla mnie rodzina, którą właśnie zamierzałem założyć.
Dziewczyna zmrużyła oczy, patrząc pytająco na mężczyznę. Nigdy nie wspominał o jakiejkolwiek rodzinie, nie posiadał też żadnych pamiątek czy zdjęć, które sugerowałyby jej istnienie.
- Jess poznałem na drugim roku psychologii. Ona studiowała sztuki piękne, była i mam nadzieję, że jest, wspaniałą malarką. Pobraliśmy się już rok później i przez kilka lat byliśmy tak obrzydliwie szczęśliwi, jak tylko możesz sobie wyobrazić- powiedział, zwracając się bezpośrednio do Phoebe. Popatrzył jej prosto w oczy, a w jego spojrzeniu można było dostrzec coś, czego Phoebe nie potrafiła nazwać. - Jak już wspomniałem, skończyłem psychologię. Moją specjalnością była psychologia kryminalna. Teraz to brzmi jak paradoks, ale dawno temu, w tym poprzednim życiu, pomagałem łapać takich jak ja.
- I co się stało?
- Odbiło mi- powiedział, a jej nawet nie przyszło do głowy by parsknąć śmiechem. Po prostu to nie był żart.
- To twoja oficjalna diagnoza?
- Inaczej nie umiem tego ująć- stwierdził, wzruszając ramionami. Chciał, by to co mówił brzmiało lekko i niedbale, ale wiedział, że nie tak łatwo jest oszukać tą dziewczynkę. - Miałem najwspanialszą kobietę na świecie, dom, satysfakcjonującą, wymarzoną pracę. Czyż nie było idealnie? Uwierz mi, że było. Tylko wszystko musiałem spieprzyć. Praca, za która tak się uganiałem przez całe życie, zaczęła mi się dawać we znaki. Praktycznie byłem w niej dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo nawet po wyjściu z budynku, ciągle rozmyślałem o danym przypadku, czy sprawie. Nie dawało mi żyć poczucie, że czegoś nie dostrzegłem lub o czymś zapomniałem, a przecież to może zaważyć na tym czy jakiś przestępca czy morderca nie zostanie schwytany i nadal będzie na wolności. To była zbyt wielka odpowiedzialność.
- Po co się przy niej upierałeś?- zapytała Phoebe.
W trakcie ich rozmowy zapadł zmrok. I pomimo tego, że słońce utopiło swoje rozjarzone oblicze w wodach morza Martwego, to temperatura powietrza nadal była wysoka, a piasek na plaży wręcz zdawał się zionąć gorącym oddechem.
- Bo tylko to potrafiłem robić. Tak mi się wówczas zdawało. Zresztą zbyt byłem uparty, zbyt długo dążyłem by to osiągnąć, żeby tak po prostu odejść. Zacząłem więc odreagowywać to wszystko tak jak umiałem najlepiej- pijąc. Doszło do tego, że z Jess w ogóle nie rozmawiałem, a widywaliśmy się tylko podczas mijania się na trasie salon- gabinet. Stałem się człowiekiem, za którego teraz się wstydzę. Ale to było dawno. Wpadałem w takie ciągi, że teraz nie pamiętam całych tygodni. Musisz zrozumieć jak czuła się wówczas Jess...
- Wiem jak się czuła. Zapomniana, niekochana, odsunięta przez najbliższą osobę i tak strasznie osamotniona jak to tylko możliwe. Dziwne, że cię nie zostawiła już wtedy- jej rozbrajająca szczerość sprawiła, że Ethan po raz pierwszy podczas tej długiej i nużącej opowieści poczuł silne ukłucie w sercu. Dziewczyna miała rację: już wówczas Jess powinna odejść.
Kiwnął tylko głową. Milczał przez dłuższą chwilę, jakby słowa uwięzły mu w gardle.
- Wreszcie stało się to, co każdy mógł przewidzieć. Zwolnili mnie. W sumie z perspektywy czasu nie dziwie im się- po co komu psycholog, który nawet nie wie jaki mamy dzień tygodnia. Ale wtedy, wtedy byłem wściekły. Wydawało mi się, że cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Nagle zdałem sobie sprawę, że to wszystko wina Jess, że to przez nią nic mi się nie udaje. Możesz to nazwać jakimś zalążkiem manii prześladowczej, albo jakkolwiek chcesz- mruknął. Mówił coraz ciszej i wolniej, jakby wczuwając się w atmosferę wieczoru ustępującemu miejsca czerni nocy. – W każdym razie zaczęło mi działać na nerwy jej towarzystwo, jej stąpanie na palcach, kiedy tylko byłem w pobliżu, jakby bała się obudzić jakiegoś potwora. Wolałem więc siedzieć w barze niż w domu, no ale kiedyś trzeba było do niego wrócić, chociaż by dlatego, że barman chce wytrzeć odcisk twojej twarzy ze stolika.
Phoebe prychnęła pogardliwie.
- Nie użalaj się nad sobą- stwierdziła po prostu, patrząc na niego.
I chociaż nie widział już jej twarzy, bo oboje siedzieli spowici w mroku, to wiedział, że gdzieś tam za ścianą ciemnych tęczówek czai się wyrzut i być może niedowierzanie, lub co gorsze zawód. Cieszył się, że jest ciemno. Nie zniósłby zawiedzionego spojrzenia, chociaż chyba już nigdy nie będzie mógł się od niego uwolnić. Czuł, ze prędzej czy później każdy człowiek będzie tak na niego spoglądał. Zaczął żałować dnia, w którym się poznali. Poprzysiągł sobie w duchu, że już nigdy nie dopuści do tego, by zaangażować się w jakiś związek, złożyć obietnice, których i tak nie będzie w stanie spełnić, a nawet jeżeli, to prędzej czy później i tak nadarzy się okazja ku temu, by zawieść, by znów stać się rozczarowaniem.
- Zbliżając się ku końcowi tej żałosnej opowieści- zaczął, chociaż w gruncie rzeczy nie musiał. Po prostu czuł, że lepiej będzie jak dziewczyna dowie się kim tak naprawdę jest. Wyidealizowany obraz Ethana Rogue jaki stworzył nie tylko dla niej, ale i dla siebie, wkrótce przestanie istnieć w jej świadomości, a wówczas… Wówczas będzie lepiej dla nich obojga. – Podczas któregoś z moich powrotów do domu Jess na mnie czekała. Chciała porozmawiać, zbyłem ją milczeniem, ale ona dopadła mnie na schodach. Nie wiem co bardziej mnie rozwścieczyło- jej spojrzenie, w którym nie było złości czy pogardy ale litość, tak wielka, ze nie do zniesienia, czy jej ręce wyciągnięte do mnie jakby chciała nie tylko mnie przytulić, ale objąć mnie całego, łącznie ze wszystkimi problemami. Odepchnąłem ją. Wydaje mi się, że tak lekko jak to tylko możliwe. Zachwiała się na krawędzi schodów. Otrzeźwił mnie strach w jej spojrzeniu, a potem runęła w dół. Jedyne co później pamiętam to światła ambulansu na ścianach, przekrzykiwanie się i mnóstwo oskarżycielskich spojrzeń. Kilka dni minęło, nim wreszcie zebrałem się w sobie i poszedłem do szpitala. Jess już tam nie było. Zniknęła. Przez tydzień nie miałem od niej żadnego znaku życia i zacząłem za nią tęsknić, tak bardzo jak kiedyś. Wiem, że to żałosne.
Nie przytaknęła, ale też i nie zaprzeczyła. W gruncie rzeczy nie miało to już dla niego znaczenia. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, to nie opowiada tego dla niej, tylko dla siebie. Przemknęło mu przez myśl, ze to właśnie było zamierzeniem dziewczyny. Nie ciekawość, ale właśnie zmierzenie się przeszłością. Jeżeli myślała, że to pozwoli mu się pogodzić z teraźniejszością, czy też rozpocząć wszystko od nowa, myliła się. Stał się tylko jeszcze bardziej zamknięty i nieprzystępny, tak jakby otwarcie się sprawiało paradoksalnie, że jeszcze silniej pragnął ucieczki.
- Wróciła tylko po rzeczy. Przyjechała z bratem, który patrzył na mnie jak na coś oślizłego i wstrętnego. Nie odezwała się do mnie ani jednym słowem. Jedyne co po niej pozostało to pustka. Kiedy trzasnęły drzwi wejściowe, wychyliłem się ze swojego gabinetu, w którym się ukryłem, choć sam przed sobą równie dobrze mogłem zakopać się dwanaście stóp pod ziemią, a i tak y mi to nic nie dało. Przed drzwiami stał James i to od niego dowiedziałem się, że w tamtym momencie straciłem nie tylko żonę ale i dziecko. Jess była w ciąży, to o tym chciała porozmawiać. Wyszedł, a ja stałem tam jak sparaliżowany. I wiedziałem, że jedynym co mogłem zrobić, to zniknąć z jej życia. Była młoda, piękna i tak cudownie dobra, że pewnie teraz żyje gdzieś szczęśliwa, a ja jestem dla niej tylko bolesnym wspomnieniem zamiecionym pod dywan jak wszystkie bolesne wspomnienia.
Znów nie doczekał się reakcji. W pewnym momencie pomyślał, że Phoebe po prostu zasnęła zmęczona dzisiejszym dniem i monotonią jego głosu.
- A potem znalazłeś w rzece kryształ- powiedziała, jakby chciała by nadal kontynuował opowieść. Sam nie wiedział co jeszcze mógłby jej opowiedzieć. Dla niego właśnie w tym momencie kończy się życie, a zaczyna seria ucieczek i zmian tożsamości, tak wielu, że nawet nie pamiętał kim właściwie był.
- Tak- uciął. Miał już dość dzisiejszego dnia.
Wstał i wszedł do domu, zapalając światło, które od razu go oślepiło. Zanim jego wzrok przyzwyczaił się do jaskrawego światła zalewającego pomieszczenie Phoebe już stała u jego boku, wpatrując się w niego.
- Zniszczyłeś życie nie tylko sobie, ale i swojej żonie, po czym otrzymałeś moc, która mogła wiele w ludzkim życiu naprawić, a ty zamiast tego wolałeś oszukiwać i okradać ludzi- podsumowała, podchodząc do lodówki. Nalała sobie szklankę mleka.- Jestem pod wrażeniem wrodzonego skurwysyństwa.
- Hamuj się- warknął, chociaż wiedział, że sobie na to zasłużył. Co gorsza, wiedział, że w jej oczach tak to właśnie wygląda.
- Nie masz prawa mnie pouczać- wycedziła. – Nawet nie wiesz kim jesteś, założę się, że Ethan Rogue też istnieje tylko na papierze. Ciekawe czy chociaż to jest twoja prawdziwa twarz- dodała, wskazując na niego palcem.
Nie chciał odpowiadać, zresztą sam nie potrafił jej udzielić odpowiedzi. Nie wiedział już kim jest naprawdę, która część jego ciała należy do niego, a co jest wytworem kryształu. Nie pamiętał czy jego tęczówki miały kolor czekolady czy były jasne. Wiedział tylko to, ze tożsamość, którą dla siebie utkał, tożsamość Ethana Rogue była jego świadomym wyborem, a teraz stała się jego drugą skórą.
Dziewczyna patrzyła na niego przez dobrych kilka minut. Żadne z nich nie odwróciło wzroku. Wreszcie brunetka prychnęła, pokręciła głową i poszła w stronę swojej sypialni.
- James Dunbar- mruknął Ethan i nie wiedział, czy to wieczorny chłód zakradł się do bungalowa, czy to dawno zapomniane słowa, ale po plecach przebiegł mu dreszcz.
Siedział w samochodzie. Noc była ciemna, pomimo tego, że na sklepieniu pobłyskiwały gwiazdy, mrugające do siebie od czasu do czasu. Już dobrych kilka godzin temu przekroczył gruzińską granicę. Kierował się teraz główną drogą na południe, jednak wiedział, że już niedługo szosa gwałtowanie zakręci na wschód i wówczas porzuci wybrzeże dla skalistych zboczy gór. Ta myśl sprawiała mu ulgę. Od patrzenia na zmarszczone wody morza jego nastrój znacznie się pogarszał. Myślał tylko o dziewczynie którą zostawił w Soczi, wymykając się niczym złodziej.
Próbował przekonać siebie, ze postąpił słusznie, ale jakiś głos wciąż mu powtarzał, że jego decyzja miała o wiele więcej wspólnego z egoizmem niż altruizmem. Cieszył się, że nie miał czasu nad tym rozmyślać, a głos sumienia już po chwili został wyparty przez natrętny ton, mający swoje źródło w krysztale.
Mestia.
Jeszcze jakieś cztery godziny i będzie na miejscu. Tylko tyle dzieliło go od poznania swojego przeznaczenia.
Nie potrafił jednak zapomnieć o Phoebe. Zostawił jej dokumenty, świadczące o tym, że jest pełnoletnią obywatelką Australii, a także pieniądze, które zapewnią jej bezpieczną podróż do Darwin. Jeżeli wróci do Darwin, to zamieszka z Yvonne i nigdy już jej niczego nie zabraknie. Wszystko odziedziczy po swoim wuju Ethanie Rogue. Być może jeszcze kiedyś się spotkają, a jeżeli nie, to jedyne czego mógł życzyć pani Iris Rogue, to tego by miała szczęśliwe życie.
Czy to zaplanował? Sam nie wiedział. Faktem pozostaje jednak to, że przygotował się na taką ewentualność. Wszystkie papiery miał już gotowe, kiedy wyruszali w tę podróż i chociaż pewnie ukrył to gdzieś na dnie podświadomości, to zapewne wiedział, że granice Gruzji przekroczy w samotności. Nie był przecież idiotą. Zdawał sobie sprawę, ze wreszcie Phoebe zapyta o to kim był, a także obudzą się w niej moralne wątpliwości co do jego osoby. I nie miał jej tego za złe. Wręcz przeciwnie. Dziewczyna mogła być prostytutką, mogła wiele przejść w życiu, ale stworzyła sobie wizję Ethana zbyt idealną, by mógł jej sprostać. Im dłużej by się znali, tym większym rozczarowaniem by się okazywał, a to mogłoby zniszczyć ich obojga. Nie przeżyłby już tej historii drugi raz. I może komuś z zewnątrz się wydawać, ze postąpi jak drań, zostawiając piętnastolatkę samą w centrum obcego miasta, a nawet w centrum nieznanego kontynentu, ale on wiedział, że Phoebe da radę, w końcu wcześniej świetnie sobie radziła bez niego.
Obok łóżka zostawił Phoebe coś jeszcze, coś, co miało w żałosny sposób usprawiedliwić go w jej oczach. Choć trochę. Notatnik, w którym trzymał dowody przeciwko Timothy’emu Connorowi i jego poprzednikom. Owszem, nie były to zbrodnie popełnione na tle finansowym, za które odsiadują wyroki, ale w mniemaniu Ethana, to właśnie on wymierzył im sprawiedliwość. Connor znęcał się nad swoją żoną do tego stopnia, że kobieta miała założonych w swoim życiu więcej szwów niż niejeden zawodowy bokser. Poprzednicy wcale nie byli lepsi: gwałciciele, pedofile, psychopaci torturujący własne rodziny.
Czy chciał w ten sposób zadośćuczynić za to co sam zrobił swojej rodzinie? Nie wiedział. Ale fakt, że przez dziesięć lat głównie tym się zajmował niech świadczy sam za siebie. I chociaż nie wiedział czy Phoebe to wystarczy, to miał nadzieję, mały tlący się płomyk, że jeszcze kiedyś się zobaczą.
O siódmej rano, po całonocnej jeździe, wjechał do Mestii. Miasteczko było wyjątkowe- kamienne mury wtapiały się i wyrastały wprost ze skalnych stoków, natomiast nad całą panoramą, niczym nieruchomi strażnicy stało dziewięć wież, wszystkich, strzelistych, które zapewne pamiętały jeszcze czasy, kiedy o honor walczyło się stalą, a braterstwo i odwaga to nie był puste frazesy.
Ethan poczuł się dziwnie. Uczucie nie było nieprzyjemne, wręcz przeciwnie. Poczuł ulgę, jakby właśnie wrócił do domu po bardzo długim dniu. Do domu, w którym czekało na niego ciepło czyichś kochających rąk, dobre słowo przyjaciela i zrozumienie, na które tak długo czekał.
Ty wiesz, że ja to kocham? Kocham, kocham, kocham! To najpiękniejsza notka, jaką w życiu czytałam. Czytałam ją wcześniej, a do teraz zbieram zęby z podłogi. Będę ją sobie czytać i czytać <3. Lei, geniuszu :).
OdpowiedzUsuńNaprawdę mi żal Ethana/Jamesa. Mimo, że jak to określiła Phoebe "skurwysyństwo".
Ojejejku!*.*
OdpowiedzUsuńEthan jest cudowny, tak jak i Phoebe.
Opowiadanie jest długie, aczkolwiek czyta się je bardzo dobrze.
Zauważyłam dwa błędy, ale ja tam się na ten temat nie odzywam bo sama solę błędami jak nienormalna ;)
Mam nadzieję że teraz już nie będziesz miała takiej blokady, bo czekamy na część III! :D
Powodzenia życzę ;)
Błędy warto wytykać, bo zawsze można je poprawić :) Obiecuję, że już nie każę tyle na siebie czekać :D
UsuńI bozi dzięki *.*! No to szoruj do następnej notki :D! Muah ;*
UsuńJa tam, natomiast nawet nie zauważyłam tych dwóch, nic nie znaczących błędów ;)
OdpowiedzUsuńTa część ci wyszła taka cudowna że aż ci jej zazdroszczę! *.* ^ ^
Czytało się ją tak przyjemnie że nie mogę się już doczekać III części. :D
Historia Ethana była taka ciekawa.. Wspaniała <3
Przepraszam, ale teraz się będę tą notką caały dzień zachwycać. :D
Szkoda, że Phoebe nie będzie z Ethanem w Mestyi :( Wspaniała z niej dizewczyna, mimo swojego młodego wieku bardzo inteligenta. A nie wiedziałam, że Ethan ma taką smutną historię, aż inaczej na niego teraz spoglądam. I wcale nie jest takim bezwzględnym oszustem jak myślałam.
OdpowiedzUsuńW sumie kochany z niego chłop :D
Czekam na kolejną!
Wow, szczerze mówiąc nie pamiętam, żeby czyjaś notka tak mnie poruszyła. To było tak obrazowo napisane, że wszystko widziałam, po swojemu wprawdzie, ale zdecydowanie do mnie trafiło. Byłam trochę w szoku, chciałam nim potrząsnąć, uderzyć, krzyknąć, żeby się ocknął, bo wszystko traci, a trochę odczuwałam emocje Jess i miałam ochotę go przytulić. Może opinia Phoebe zmieniła się diametralnie, jednak wciąż myślę, że ona widziała w nim coś więcej i dalej potrafiłaby z nim koegzystować, mimo ostrych słów, które wypowiedziała. Stanowili naprawdę interesujący duet, ale może dobrze, że nie będzie jej w Mestii, zostawi pole do popisu dla naszych bohaterów, a szczególnie dla jednej małej blondyneczki o imieniu na J :) Naprawdę jestem pod wrażeniem i żałuję, że nie czytałam tego wcześniej.
OdpowiedzUsuńZu