czwartek, 8 listopada 2012

03. Koniec podróży

 Dla całej serii. I dla każdego z osobna. Wiem, że to nie najlepsze co może być, ale mam nadzieję, że choć troszkę wam się spodoba i jakoś Was oderwie od szarej rzeczywistości.


Przez­nacze­nie to nie wy­roki opat­rzności, to nie zwo­je za­pisa­ne ręką de­miur­ga, to nie fa­talizm. Przez­nacze­nie to nadzieja.  
A. Sapkowski 



Mestia była pięknym miastem, ale jednocześnie wydawała się Ethanowi strasznie melancholijna i opuszczona. Nie chodziło bynajmniej o gęstość zaludnienia, ale o wrażenie, jakie sprawia mała mieścina tuląca się do okalających ją zboczy gór. Droga była tak wąska, że mieścił się na niej tylko jeden samochód, kiedy nadjeżdżało coś z naprzeciwka, Ethan zjeżdżał na pobocze tak bardzo jak tylko było to możliwe. Zauważył jednak, że na tych, którzy go mijali nie robiło większego wrażenia, że jezdnia wydaje się biec stokiem i po jego prawej rozciąga się kilkudziesięciometrowa przepaść, na dnie której wesoło szemrze rzeka. Jemu samemu, chociaż jak każdy dumny kierowca nie lubił się do tego przyznawać, włoski jeżyły się na karku. Pocieszał się tylko tym, że znajduje się we wnętrzu wielkiego samochodu, który nie da się tak łatwo nawet kilku koziołkom w dół jaru.
Mimo wszystko Ethanowi się tutaj podobało. Żałował w pewnym momencie, że to nie Gruzja była jego miejscem zamieszkania przez ostatnich kilka lat. Kiedy wjeżdżał do miasta zachwycił go krajobraz, który roztaczał się przed jego oczami. Pierwszy raz w życiu zachwycił się tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Zatrzymał samochód i wyłączył silnik.  Widoczność była idealna. Dokładnie widział rysujące się na nieboskłonie szpice szczytów Wysokiego Kaukazu, które błyszczały w słońcu ośnieżone i niebieskawe. Na ich tle zieleń niższych wzgórz wydawała się intensywna tak bardzo, że patrzenie na nią sprawiało fizyczny wręcz ból. Na łagodnych trawiastych zboczach pasły się owce i rogacizna, odznaczająca się wyraźnymi punktami. Gdzieniegdzie majaczyły połacie pól, wyraźnie odcinające się żółcią rzepaku od sąsiednich pastwisk. Na wzniesieniu tuż obok niego stała wieża, która niczym nie przypominała współczesnych budowli. Przeciwnie. Patrząc na nią miało się wrażenie, że czas zatoczył koło i oto jesteśmy w jakimś średniowiecznym miasteczku. Budowla stała niczym strażnik tuż przy wjeździe do miasta, patrząc na przybyszy pustymi oczodołami otworów strzelniczych.
Nie wiedział dokładnie ile czasu spędził chłonąc widok, ale musiało się to wydać niepokojące, gdyż tuż obok jeepa zatrzymał pickup. Szyba odsunęła się, ukazując twarz ogorzałego Gruzina, parzącego na Ethana ciemnymi, błyszczącymi oczami, kryjącymi się w cieniu krzaczastych brwi. Uśmiechnął się i zadał Ethanowi pytanie. Mężczyzna domyślił się, o co chodzi, odwzajemnił więc uśmiech, potrząsnął przecząco głową i uniósł do góry kciuk w międzynarodowym geście mówienia, że wszystko ma się w jak najlepszym porządku. Gruzin tylko kiwnął głową, zerknął na widok, który roztaczał się przed zaparkowanymi obok siebie samochodami i ponowił gest, jakby chciał dodać, że rozumie, o co chodzi.
Kiedy Ethan wjeżdżał do miasteczka poczucie, że oto znalazł się w innym świecie raz po raz mieszało się ze skrzywieniem na widok nowoczesnych budynków, które swoją innowacyjnością złożoną ze szkła i metalu narosły na historycznych częściach miasteczka niczym ropiejące czyraki. Mestię zbudowano z kamienia: piaskowca i jakichś szarych głazów, które kojarzyły się Ethanowi jedynie z bajkowymi przedstawieniami zamków. Od razu widać było odciśnięty na piaskowcu ząb czasu, który jednak nie był tak okrutny w dolinie, osłoniętej zewsząd górami, gdzie wicher nie wydawał się być tak groźny.
Zatrzymał się przed jednym z takich budynków, który, jak głosił drewniany szyld, okazał się być Pensjonatem u Rozy. Wysiadł z samochodu, trzymając w dłoni torbę podróżną, niewielką, a jednak mieszczącą znaczną część jego dobytku. Odetchnął powietrzem, w którym mieszał się ciepły zapach siana i pastwisk z ostrą wonią przywodzącą na myśl zimę, płynącą gdzieś znad ośnieżonych szczytów. Ta specyficzna woń opatulonej w ciepłą kołdrę zimy coś mu przypominała. Nie musiał się długo zastanawiać co takiego. To właśnie był zapach domu, dzieciństwa i bezpiecznej przystani, do której się powraca ze wzburzonego rejsu po niebezpiecznych odmętach losu, rządzącego życiem.



Od kilku dni czas spędzał na podziwianiu Mestii. Wychodząc rano w góry pozostawał sam na sam ze swoimi myślami, które wciąż krążyły po zakamarkach jego pamięci, powracając do wydarzeń z przeszłości. I chociaż myśli o Phoebe zaczęły stawać się coraz bardziej optymistyczne i wdzięczne, gdyż miał nadzieję, że nastolatka znajduje się już pod bezpiecznymi skrzydłami Yvonne, to coraz częściej myślał o tym, co spotkało go dziesięć lat temu. Dawniej wydawało mu się, ze była to katastrofa porównywalna z Hiroszimą, teraz natomiast coraz częściej zastanawiał się nad tym, co by było gdyby do niej nie doszło. Na pewno nie byłoby go teraz tutaj. Miał silne przeczucie, że to wszystko, co mu się przydarzyło w ciągu tych trzydziestu siedmiu lat miało związek z kryształem i z tym, że powinien odnaleźć właśnie to miejsce.
Dlatego też z takim zaciekawieniem spoglądał na każde wzgórze, potem na każde pastwisko, aż w końcu pędził czas na oglądaniu każdego kamyka i źdźbła trawy. Im dłużej musiał czekać, tym większe wątpliwości go ogarniały. Z misternie utkanej sieci powiązań przeznaczenia i losu, pozostały jedynie strzępy pajęczej nici. Głos w jego głowie ucichł i zapadła nieznośna cisza, którą Ethan chciał rozumieć, jako ciszę przed burzą. Jednak im dużej burza nie nadchodziła, tym bardziej stawał się zmęczony i rozdrażniony. Dodatkowo do tego wszystkiego dochodziło poczucie beznadziejności: miał jasno wyznaczony cel- dotrzeć do Mestii. Teraz, kiedy się tutaj znalazł zupełnie nie wiedział, co ma ze sobą począć.
Odkąd tutaj przybył powracaj wciąż do jednego miejsca, jakby ciągnęła go tam niewidzialna siła, przypominająca grawitację. Dokąd się nie udał, to i tak „spadał” wciąż pod stopy wieży, którą on sam nazywał w myślach Strażnikiem. Znajdowała się ona na wzniesieniu, które szerzącym, srebrnym strumieniem opływała rwąca rzeka. Woda, odbijając promienie słońca na spienionym nurcie wiła się wśród zieleni, aż niknęła gdzieś za murami Mestii. Nie był w tym miejscu sam. Codziennie przychodziło tutaj mnóstwo osób, w końcu wieże były wizytówką tego miejsca. Jednak Ethan od kilku dni miał wrażenie, ze nie wszystkie twarze turystów się zmieniają. Ciągle przed oczami miał czworo przybyszy, którzy podobnie jak on trwonili godziny u stóp wieży. Dwie bliźniaczki, chłopak i jeszcze inna dziewczyna. Wyróżniali się z tłumu miejscowych Gruzinów, ale wśród przybyszy nieraz znikali mu z oczu. Mógłby jednak przysiąc, że są tutaj od samego początku, a nawet trochę dłużej niż on.  I chociaż głos nadal uparcie milczał, to powróciły przeczucie. Już nie czuł tak wielkiej beznadziejności. Patrzył tę czwórkę i wiedział, że to nie przypadek, że znaleźli się w tym samym miejscu co on. Nie miał jednak ani chęci, ani potrzeby rozmawiania z nimi, choć postanowił nie spuszczać z nich oka.
Po niemal tygodniu przyglądania się im mógł z łatwością powiedzieć, kto jest kim w tym ich dziwnym bądź, co bądź „związku”. Jedna z bliźniaczek i ta druga dziewczyna silnie ze sobą rywalizowały praktycznie o wszystko. Nieraz na twarzy Ethana wykwitał uśmiech zażenowania, kiedy mimowolnie usłyszał wymianę zdań pomiędzy dziewczętami. Druga bliźniaczka była raczej cicha i stonowana, łatwo się wycofywała. Chłopak był młody i, gdyby ktoś zapytał Ethana o zdanie, to powiedziałby, że zbyt dziewczęcy. Wręcz ginął wśród tych trzech niewiast, także miało się do czynienia z zupełnie sfeminizowanym towarzystwem, którego średnią wieku wyznaczała liczba niebezpiecznie oscylująca wokół dwóch dziesiątek.
Pewnego dnia stanął niedaleko grupki, która rozsiadła się na fragmentach wieży, która niegdyś musiała stać w tym miejscu. Czuł się w tym miejscu niemal tak spokojnie, jakby właśnie powrócił do ukochanego domu, którego miejsca tak naprawdę nie potrafił zlokalizować. Miał przeczucie, że coś się stanie. Zapatrzył się przed siebie, a po chwili dostrzegł ruch: to jedna z bliźniaczek wstała i otrzepała spódniczkę, po czym zaczęła iść w jego stronę. Serce niemal podskoczyło mu do gardła. Nie wiedział czy była to kwestia zaskoczenia, przyzwyczaił się bowiem, że jest niemym obserwatorem, czy też tego, że dziewczyna była, bądź, co bądź, piękna.
Stanęła naprzeciwko niego, patrząc mu wyzywająco w twarz. Wiedział, że to TA bliźniaczka: ta o silnym charakterze, dominującym sposobie bycia.
- Cześć, jestem Julie- wyciągnęła do niego rękę, którą on delikatnie uścisnął. – Najwyraźniej jeszcze nie było dane nam się poznać.
Mówiła do niego perfekcyjną angielszczyzną, chociaż w jej akcencie dało się wyczuć obcość. Ethan obstawiał, że dziewczyna pochodzi ze Skandynawii. Przedstawił się i czekał na rozwój sytuacji. To ona wykazała się inicjatywą, chciał więc wiedzieć, dlaczego zdecydowała się przełamać barierę milczącej ignorancji, która oddzielała mężczyznę od grupy jej towarzyszy.
- Co cię tu sprowadza Ethanie?- dziewczyna uśmiechnęła się do niego, a jemu dreszcz przeszedł po plecach. Przez ułamek sekundy jego myśli biegły szaleńczo od jednej historyjki do następnej, byleby tylko wymyślić jakąś odpowiedź. Od udręki kłamstwa wybawiły go jej dalsze słowa, chociaż po nich mało nie opuścił go fason, który z taką zawziętością starał się utrzymać. – Jesteś posiadaczem kryształu, czy po prostu towarzyszyłeś komuś?
Odgarnęła niedbałym ruchem kosmyk opadający jej na czoło, jakby właśnie zapytała go o to czy uważa, że jutro będzie padał deszcz. Jej spokojny ton głosu mało nie zwalił go z nóg. I chociaż podejrzewał, że tą czwórkę coś z nim łączy to nie podejrzewał nawet, że z taką swobodą można mówić o krysztale, który tkwił wewnątrz jego tęczówki. Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że może ich być więcej, a co za tym idzie, że istnieją ludzie tacy jak on. Zawsze miał przeczucie, że jest jedyny w swoim rodzaju. Spojrzał na blondynkę z zaciekawieniem. Dopiero teraz zauważył takie detale jej urody jak to, że miała intensywnie niebieskie oczy o kształcie migdałów, które pomimo swojej jasnej oprawy niosły ze sobą siłę, której nie spodziewałby się po tej filigranowej dziewczynce. I chociaż miała twarz anioła, który stąpił na ziemski padół, to w tej twarzy tkwiło coś, co sprawiało, ze miało się wrażenie, iż ten anioł w każdej chwili może przemienić się w niebezpieczną czarodziejkę, która osiągnie wszystko to, o czym zapragnie nie bacząc nawet na konsekwencję swoich czynów.
Z rozmyślań wyzwolił go jego własny, trochę niedbały głos, mówiący:
- Najwyraźniej posiadaczem- wskazał na swoje nieruchome lewe oko. Wiedział, że patrząc na niego jej towarzysze nie mogli mieć złudzenia, że „jest jednym z nich”. Tym bardziej dziwił go fakt ich ignorancji w stosunku do swojej osoby. Gdyby oni nosili tak widoczne oznaki swojego „dziedzictwa” na pewno nie trwoniłby czasu na bierne przyglądanie się im. - A jak jest z tobą? I twoją siostrą?
Kiwnął głową w kierunku siostry Julie. Wiedział, że ich obserwuje, a teraz zapewne pomyśli, że to właśnie o niej rozmawiają. Miał nadzieję, że choć trochę wzbudzi tym jej ciekawość. Wstyd mu było przyznać to przed samym sobą, ale czuł się urażony ich ignorancją. Jednocześnie stwierdził, że taki brak działania jest zupełnie nieodpowiedzialny. Posiadają moc, która została im dana z jakiegoś powodu. Według niego powinni trzymać się wszyscy razem… Być może jest ich jeszcze więcej.
Jego myśli galopowały w zastraszającym tempie. Zauważył tylko, że usta dziewczyny stojącej przed nim poruszają się. Nim skupił się na wypowiadanych przez nią słowach do jego uszu dotarło tylko pytanie o jego moc. Najwyraźniej wśród tych, którzy ją otaczają są ludzie o różnych mocach. Wyobraził to sobie. Grupa ludzi z kryształami, obdarzonych różną siłą, niezwykłą i potężną. Na krótką chwilę ogarnęło go uczucie wszechmocy, siły i pewności siebie, jednak zaraz potem trzeźwe spojrzenie na sytuację sprowadziło go z powrotem na ziemię. Ktoś nie na darmo wezwał ich tutaj. Być może nawet owy ktoś sprawił, że odnaleźli kryształy, albo kryształy odnalazły ich. Wydawało mu się, że sprawa przybierze poważniejszy obrót niżby kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić. A on patrzył przed siebie i widział dzieciaki, które wybrały się w szaloną podróż. Widział licealistów i, być może studentów, nauczonych tego, że za pomocą iPhona można zrobić wszystko z każdego miejsca na ziemi.
Zamiast odpowiedzieć, zamknął na sekundę oczy z obrazem jej twarzy przyklejonym do powiek i już po chwili poczuł, że się zmienia. Na kilka chwil stał się nią, po czym powrócił do swojej postaci, by nikt z obecnych nie uchwycił jego przemiany. Gdy na powrót stał się sobą skarcił się w duchu za swoją głupotę: bliźniaczce nie zaimponuje swoją mocą. Idiota.
- Moja, jak to nazwałaś moc, nie jest dość dobra. To raczej sztuczka z jarmarku.
Zastanawiał się, kto z pozostałej trójki posiada kamień. Julie przyznała mimochodem, że tylko towarzyszy siostrze, kto w takim razie jest podobny do niego? I jaką siłą włada? Mnożące się pytania sprawiły, że miał mętlik w głowie.
Musiał opuścić chociaż na chwilę to miejsce. To przyciąganie, które sprawiało, ze chciał bywać w tym miejscu, przeszkadzało mu w myśleniu. Nie potrafił się skupić pod wyimaginowanymi spojrzeniami ludzi siedzących nieopodal. Spojrzał na dziewczynę, która uśmiechała się nadal do niego, pomimo tego, że już dawno stracił wątek przewodni ich rozmowy. Miała tak niebieskie oczy.  Zaproponował jej przejażdżkę. Zgodziła się.



Drogi były tu wąskie i kamieniste, ale jeep radził sobie z nimi wystarczająco dobrze, by mogli wjechać dostatecznie wysoko, by Mestia stała się jedynie kamiennym kręgiem pośród zieleni. Siedzieli na zboczu dość stromym by zapierał dech, usianym rozlicznymi głazami i wystającymi kawałkami skał. Dużo było tam półek skalnych na tyle szerokich, że cały autobus mógłby tam zaparkować. Otulało ich przyjemne majowe ciepło nawet w wyższych partiach gór.  
Zastanawiał się, co właściwie tutaj robi, z tą drobną blondynką, która usiadła na krawędzi i wpatrywała się raz po raz to w niego, to w widok, który zapierał dech w piersiach, a rozciągał się tuż przed ich oczyma. Los ich ze sobą zetknął, tak jak i z resztą tych ludzi, którzy pozostali tam, na dole. Nawet z takiej odległości widział wyraźnie Strażnika, samotną budowlę wśród traw, drzew i ruin.
Milczeli oboje. W gruncie rzeczy nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć dziewczynie, którą dopiero co poznał. Owszem, miał wiele pytań dotyczących kryształów, mocy i wszystkich tych dziwnych zagadek, ale chciał sam odkrywać każdy detal tej przygody. Mimo tego, że znalazł „towarzyszy” to czuł, że to jest jego misja, jego przeznaczenie, a oni są tylko dodatkowymi pionkami, których na chwilę obecną oceniał, jako przeszkadzających i nieproduktywnych.
- Widzę, że jesteś z tych ludzi, co grzeszą elokwencją- powiedziała blondynka, patrząc na niego. W jej głosie usłyszał śmiech.
Kiedyś w dawnym życiu wiedziałby, co owy śmiech oznacza. Teraz, kiedy utracił już wyczulenie na ludzi, umiejętność nawiązywania relacji, nie mógł rozsądzić, czy młoda kobieta śmieje się z niego, czy do niego.
- To nie ja podszedłem do ciebie, tylko ty do mnie. Więc z naszej dwójki to ty masz mi coś do powiedzenia- rzekł sucho, stwierdzając fakty. Zawsze tak się asekurował. Tak, albo zmieniając temat: - Ile ty w ogóle masz lat?
- Dżentelmen nie pyta o wiek kobiety. Ja mam wiele do powiedzenia, ale nie w tym momencie- ciągle się uśmiechała, a kiedy zamknęła oczy, jej twarz wyrażała błogi stan zupełnego spokoju. Zazdrościł jej tego.
- Kobiety, ale nie dziewczyny- powiedział, kiedy łypnęła na niego jednym z niebieskich oczu. Nie zdążył się ugryźć w język, nim powiedział: - Mam nadzieję, że wyrosłaś, chociaż z zabaw w dom i marzeń o księciu na białym koniu.
- Ty mnie chyba z kimś mylisz. Wybacz, ale to nie w moim stylu- odpowiedziała z dumą w głosie, jakby marzenie było czymś, co przyniosłoby ujmę na honorze. – A ja mam nadzieję, że nie jesteś aż tak stary, by się połamać przy minimalnym wysiłku.
Zadziorność w jej głosie sprawiła, że chcąc nie chcąc lekko się uśmiechnął. Przekomarzała się z nim dobrą chwilę, podczas której słońce powoli przesuwało się po nieboskłonie. Ethan pomyślał, że pewnie niedługo będą musieli wracać, chociaż nie miał bladego pojęcia, do czego miałby wracać. Mógłby tutaj pozostać na zawsze i wcale by tego nie żałował. Jeżeli czekają już tak długo na coś, co ma się nigdy nie wydarzyć, wolałby zaszyć się w jakiejś ciemnej grocie, niż stanąć twarzą w twarz z rozczarowaniem.
Julie rozłożyła się na trawie, a promienie słońca całowały jej skórę. Stopami przecinała powietrze w niestrudzonym wahadle nad przepaścią.
- Myślisz, że ile będziemy jeszcze czekać?- Odezwała się nagle, nawet nie otwierając oczu, a Ethan zaczął się zastanawiać czy przypadkiem go nie okłamała i czy jej mocą nie jest czytanie w myślach. – I czy w ogóle coś się wydarzy? Czy to będzie tylko niepotrzebna schadzka?
- Nie mam pojęcia- odrzekł zgodnie z prawdą. – Ale myślę, że już niedługo się wszystko wyjaśni.
To było tylko po części prawdą. W rzeczywistości nie myślał, a jedynie miał nadzieję. Dziewczyna powróciła do błogiej drzemki, zupełnie nie zważając na to, że ze stopy zsunął jej się but i spadł gdzieś w przepaść. Ethan podszedł do urwiska i zobaczył go, leżącego na niższej półce skalnej. Niewiele myśląc zszedł. W momencie, kiedy jego stopy dotknęły podłoża, z naprzeciwka wychynął rogaty łeb. Kozica popatrzyła na niego błyszczącymi oczami i niewiele sobie robiąc z jego obecności podeszła do obuwia. Poruszały się chrapy, a już po chwili kozica wesoło przeżuwała własność Julie. Ethan stał zszokowany, dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego to, co zobaczył. Roześmiał się i zawołał Julie, której głowa pojawiła się na tle nieba.
- Mam nadzieję, że nie byłaś do nich zbyt przywiązana- wskazał na zwierzę, które tylko zastrzygło uszami w reakcji na podniesiony głos.
Reakcja dziewczyny była lekka, jakby rzeczywiście niewiele uwagi przywiązywała do rzeczy materialnych. Rzuciła zwierzęciu drugiego buta do pary. Kozica zerwała się do biegu, widząc lecący w nią pocisk i w podskokach zniknęła za najbliższym wyłomem skalnym. Chwilę później można było dostrzec małą czarną plamkę kilkadziesiąt metrów dalej.
Wspinał się w górę, a słońce mocno świeciło mu w plecy, chyląc się ku horyzontowi. Wysiłek zawsze sprawiał mu niemałą przyjemność, tym bardziej, że tutaj mógł chłonąć wszystko, co miało związek z naturą i przyrodą: zapachy, dźwięki, a nawet dotyk ciepłych skał pod palcami. Po kilku chwilach poczuł zapach trawy i już siedział wygodnie obok dziewczyny, która przypatrywała mu się uważnie, z uśmiechem na ustach i palcami stóp łaskotanymi przez zielone źdźbła.
- Powiedz, tylko szczerze, gdybyś mogła zamienić się z siostrą miejscem, zrobiłabyś to?- Zapytał nagle. W gruncie rzeczy nie miał pojęcia, dlaczego. Po prostu patrząc na nią, tutaj w pobliżu Kaukazu Wysokiego, na samym krańcu świata, czuł się szczęśliwy. Podświadomie zaczął wątpić, że to stan permanentny. Miał przeczucie. Wystarczająco silne, by uśmiech spełzł z jego twarzy.
- Nie, nie nadaję się do tego- powiedziała, bez cienia uśmiechu. Usta zaciśnięte w prostą linię nadawały jej powagi. Wyglądała na o wiele starszą i dojrzalszą w tej chwili niż kiedykolwiek przedtem. – Jestem zbyt egoistyczna.
Przyglądał się jej z uwagą, ciesząc się z tego, że jej wzrok utkwiony jest gdzieś w oddali. Już od kilku dni, gdzieś na krawędzi świadomości krążyło mu pytanie, dlaczego właściwie się tutaj znalazł. Wierzył, że zostali do czegoś wybrani, ale kiedy porównywał się z dwojgiem pozostałych posiadaczy kamieni, nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie: co ON ma takiego w sobie, że jest tutaj. Czuł, wiedział na pewno, że posiadaczką kryształu jest nie tylko siostra Julie, ale także druga blondynka. Po prostu to wiedział. Nic go z tymi dziewczętami nie łączyło poza posiadaniem kryształu. Bliźniaczka wydawała się być aniołem wcielonym, ostoją spokoju i opanowania. Druga z dziewcząt była niezwykle pewna siebie, każdego swojego kroku, spontaniczna, ale w jej działaniu, niekiedy zdawać by się mogło, że chaotycznym, tkwiła metoda. A on?
- Czyli trzeba być idealnym by mieć moc.
Powiedział, to bardziej do siebie niż do niej, ale dziewczyna natychmiast odpowiedziała, jakby wypowiadała od dawna znane prawo.
- Nie. Chciałabym mieć moc, bardzo. Mogłabym ją egoistycznie wykorzystać do spełniania własnych marzeń, które niekoniecznie są dobre. Jednak to jest złe i wiem, że Sefi lepiej się do tego nadaje. Ona jest po prostu… Dobra. Może jest nadwrażliwa, strachliwa, altruistyczna i niedojrzała, ale na pewno nie wykorzysta źle tej mocy.
Nie mógł nie skrzywić się na jej słowa. Był zupełnym przeciwieństwem tej „odpowiedniej dla kryształu” Sefi, którą tak wychwalała Julie. Poczuł się tak jakby już zawiódł, chociaż w gruncie rzeczy nie wiedział ani kogo miałby zawieść, ani dlaczego. Nie było to jednak ważne. Spojrzał na siebie oczami tego wyimaginowanego mędrca, tego Ojca, który obdarzył ich mocami i ujrzał człowieka egoistycznego, nastawionego na zysk, który tyle dobra mógł uczynić, a chciał się tylko bogacić i uciekać. Mężczyznę, który opuścił najpierw swoją własną żonę, później Phoebe, a w międzyczasie kilku innych ludzi, tylko dlatego, że nie potrafił podjąć wyzwania, które stawiało mu życie. Jak on mógł w ogóle myśleć, że jest do czegoś przeznaczony. Do czegoś wielkiego, szlachetnego i pełnego nieskalanych niczym idei.
- Wracajmy już- rzekł w stronę dziewczyny, po czym wstał i podszedł do samochodu, zaparkowanego nieopodal. Nagle spokój tego miejsca zaczął działać mu na nerwy, kłócił się bowiem z tym, co działo się w jego umyśle i sercu.
Julie ani myślała ułatwiać mu sprawy. Nie pozwoliła na to, by zrobił jak zawsze, czyli po prostu uciekł przed światem i samym sobą. Oparła się na łokciu o dach samochodu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Co ty sobie myślisz?
Odwzajemnił spojrzenie. Nie chciał by odgadła kiedykolwiek, jakim sam się sobie jawi. Wolał być dla niej gburem przypadkowo spotkanym, niż pomyłką i rozczarowaniem. Kolejny już raz.
- Myślę, że wszyscy jesteście bardzo dziecinni- powiedział i od razu złapał się tej myśli. Tak, to prawda. Oni są dziećmi, które nie wiedzą jak wygląda prawdziwe życie, prawdziwe cierpienie i nienawiść tak silna, że nie pozwala oddychać. Nie wiedzą jak bardzo ściśnięte jest gardło, gdy próbujesz wypowiedzieć słowa, które ranią. On to wszystko wie, dlatego jest tym, kim jest. Oni wszyscy mogą myśleć, że jest na świecie biel i czerń, wyraźnie oddzielona linią.
- Panie dorosły. Myślę, że jest pan bardziej dziecinny niż niektórzy z nas. Metryka to nie wszystko- stwierdziła tonem, który mówił, że ona wie najlepiej i żeby przestał smęcić. Pokręcił tylko głową, bojąc się, że jeżeli teraz się odezwie, to myśli zmienią się w potok słów, który rozbije się o skały wyobrażeń Julie o jego osobie.
Ruszyli, ale nie minęła chwila, a Julie majstrowała już przy radio, puszczając skoczne, gruzińskie melodie, kiwając głową, stopą i wszystkim, czym się dało w rytm muzyki. Patrzyła na niego i uśmiechała się, a im bardziej rosła jego irytacja, tym szerszy stawał się jej uśmiech. Robiła to specjalnie, widocznie czując, że jego dobry nastrój ulotnił się, zostawiając po sobie ziejącą jamę wszystkiego, co najgorsze.
- Zdajesz sobie sprawę, że jesteś okropna?- zapytał, kiedy zaparkował pod jej pensjonatem. Odpowiedziało mu tylko spojrzenie niebieskich oczu i uśmiech, tak wiele mówiący o jego właścicielce. Oczywiście, że wiedziała. I nie chciała się zmieniać. Była pewna siebie, świadoma swoich cech, umiejętności i fizjonomii. Wiedziała, że może wszystko. I chociaż sprawiała, że jego umysł gnał za białym królikiem, a na czole pojawiała się zmarszczka irytacji, to podobała mu się. Pociągała go każdym ruchem, słowem i gestem. I tutaj mógł się z nią zgodzić: w niektórych przypadkach metryka nie miała znaczenia.



Spędził w Mestii łącznie trzy tygodnie, obserwując jak ich grupa rozrasta się do niebotycznych, jak dla niego, rozmiarów. Nie wierzył własnym oczom, ale coraz to nowe postacie pojawiały się w jego ulubionym miejscu i przesiadywały tam nieprzyzwoite ilości czasu. Nie znał osobiście nikogo, zawsze trzymał się na uboczu. Zaobserwował, że reszta przybyszy także przebywa w grupach kilkuosobowych, łypiąc z podejrzliwością lub ciekawością na całą resztę.
Pierwszymi, którzy poszerzyli ich grono była trójka złożona z dziewczynki w wieku szkolnym, jej brata, co było widoczne gołym okiem oraz kobiety o miłej aparycji. Ethan miał wiele czasu by przyglądnąć się dwójce, która najbardziej go interesowała. Czuł wobec nich to samo, co w stosunku do Sefi.  Chłopak, najwyżej siedemnastoletni, mógł zostać bożyszczem każdej nastolatki ze swoją gładką, jasną cerą i blond grzywką. Niezwykłą troską otaczał młodszą siostrę, a Ethan zachodził w głowę, jakim cudem takie dzieciaki zostały wypuszczone w tak długą podróż, o której świadczyła francuszczyzna, którą posługiwali się w rozmowach ze sobą. Kobieta, dwudziestokilkuletnia, miała spojrzenie zatroskane, aczkolwiek wesołe. Mógł o niej powiedzieć tylko tyle, że nie rozstawała się z telefonem. Musiała więc zostawić kogoś, na kim bardzo jej zależy.
Niedawno z wielkim przytupem na wzgórzu pojawiło się dwóch Latynosów, którzy wcale nie kryli się ze swoim zainteresowaniem wobec koczujących tutaj przedstawicieli różnych nacji. A szczególnie jeden z nich, ten, który przybył z kolejnym, szóstym już kryształem. Młodzi mężczyźni razem tworzyli duet, który można by uznać za współczesną wersję Flipa i Flapa. Posiadacz kryształu był pełny energii, uśmiechu i chęci życia, ale też nad wyraz nieokrzesany w mniemaniu Ethana. Drugi, który mu towarzyszył podczas podróży był spokojny i opanowany, wydawał się być o wiele dojrzalszym.
Sześć osób, sześć różnych osób połączonych w jakiś sposób przeznaczeniem, pomyślał Ethan, siedząc w pensjonacie u Rozy. Patrzył przed siebie, wprost w szybę, w której widział swoje odbicie. Twarz dojrzałego mężczyzny, dobiegającego czterdziestki. Nie pasował do tych młodych, pełnych zapału i witalności ludzi. Życie go zmęczyło. I chociaż twarz była przystojna, wyraźna, a oczy patrzyły bystro, on czuł się jak staruszek, który gna za czymś ulotnym, za cieniem młodości, tylko po to by u progu śmierci dostrzec, że ktoś perfidnie z niego zakpił obietnicami.
Wstał z mocnym postanowieniem powrotu do Darwin. Zakręciło mu się w głowie, a czarne plamy wykwitły przed jego oczami. Nie mógł opanować wrażenia, że jego ciało przestało do niego należeć, umysł miał czysty i jasny, ale nie mógł zapanować nad własnym ciałem. Nigdy, nawet kiedy przybierał postać innego człowieka, nie czuł się tak dziwnie. Zacisnął mocno powieki. Tylko to był w stanie zrobić, mając nadzieję, że dziwna niemoc zaraz minie. I rzeczywiście, już po chwili poczuł się lepiej, a ciepły wiatr niósł ze sobą ulgę.
Wiatr.
Ethan otworzył oczy, a z mroku wyłonił się obraz, który sprawił, że Ethan się uśmiechnął. Las. Gęsty mieszany las, o drzewach, których pnie mogłyby posłużyć, jako domy i mała chatka pośród nich.
Mężczyzna poczuł, że do szóstego kamienia dołączył siódmy. Było ich siedmioro. Rozejrzał się i zobaczył, że spośród wszystkich zszokowanych spojrzeń jedno odnalazł najszybciej. Spojrzenie niebieskich oczu. A więc pomimo tego, ze było ich siedmioro, to ta historia była przeznaczona nie tylko dla tych, których wybrały kamienie.  Ethan cieszył się, że wreszcie coś się stało. Czuł ekscytacje, podniecenie, wiedział, że nadeszła jego chwila. Jednocześnie jednak stwierdził, że po raz pierwszy w życiu nie może się odwrócić i po prostu odejść, uciec. Nie tyle nie miał dokąd, ale zdawał sobie sprawę, że wszystko, co wydarzyło się do tej pory w jego życiu było tylko punktem na drodze do kulminacji, która właśnie nastąpiła. Jego życiowe wyzwanie śmiało mu się prosto w twarz, a Ethan Rogue nie miał zamiaru odwracać wzroku.

8 komentarzy:

  1. Pierwsza! Uuuuwielbiam być pierwsza pod Twoją notką... :D. Jest pięknie *.*! Cudownie *.*! Ja się rozpływam ^.^! Tylko czemu tak krótko :<? Ty wiesz, że ja jestem Twoim fanem #1 :). I ja CHCĘ tych korepetycji, o.

    Dostanę trochę czasu, to będę czytać po raz kolejny! I kolejny, i kolejny...

    Ach, uwielbiam Twoje pisadła *.*!

    OdpowiedzUsuń
  2. Skończyłam. I wcale nie uważam, że jest jakoś przydługo czy nudno. Jest akurat. Idealnie. Potrafisz przez całą notkę tak dobrać słowa, że na samym końcu człowiek wręcz pragnie, aby przeczytać jeszcze. Same opisy też są niezwykłe. Z wielką gracją opisujesz o czym myśli Ethan.

    I słowo daję, chcę jeszcze :)

    FANTASY

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwszy przymiotnik jaki przychodzi mi do głowy to: cu-do-wne. Naprawdę fantastyczny rozdział, przeczytałam go jednym tchem. Piękne opisy, doceniam je bardzo-bardzo, bo sama nie umiem ich pisać i pewnie dlatego za czytaniem ich też nie przepadam, ale u Ciebie są tak trafne, wyważone i wyobraźniogenne, że to sama przyjemność. Podoba mi się, że Ethan od środka jest taki... inny, cieplejszy niż Ethan na zewnątrz, a taki efekt niełatwo uzyskać, szczególnie tak naturalnie, więc chylę czoła naprawdę. Fragment z moimi chłopakami był super uroczy, bardzo się wyuśmiechałam, dziękuję za niego. ;)
    Poza tym superładny szablon!
    Może w końcu ruszę coś i ja z rozdziałem.
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  4. Notka jest po prostu fenomenalna *.*
    Kilka błędów-normalka.
    Ale wszystko oprócz tego jest tak, jak być powinno.
    Dwa słowa...Chcę więcej! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Powiem Ci, że Ethan to jest chyba najprawdziwsza postać w całej serii, opisujesz zajebiście dobrze jego spostrzeżenia, a przy tym pozostaje taki prawdziwy i ludzki. Oczywiście wątek Ethan - Julie bardzo ciekawqy, lecz nie aż tak jak ten który przed chwilą czytałam u Ade ;p sądzę, że nie dlugo u Ciebie też się pojawi więc czekam ze zneicierpliwieniem!

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam odmienność Ethana, jego doświadczenie, zupełnie inne spojrzenie na rzeczywistość i dojrzałość. Cały ciąg zdarzeń, w którym uczestniczy ma dla mnie dużo sensu i jest logiczny. Jego charakter nie ulega gwałtownym zmianom, jest przemyślany i dopracowany i jestem szczerze zachwycona. Dalej się jaram poprzednią notką, ale ta była również cudowna. Podoba mi się sposób w jaki odbiera Julie i to, że opisujesz jego pierwsze wrażenia dotyczące pozostałych posiadaczy kryształu, scala to nasze wszystkie historie i dodaje realizmu. W ogóle się rozpływam i chcę dużo więcej. I zdecydowanie musimy coś razem napisać, chociaż jakiś tyci dialog ;)
    Zu

    OdpowiedzUsuń
  7. Jejku, ja ci zazdroszczę twojego pisania. *.*
    Ślicznie dobierasz słowa i to wszystko tak lekko się układa w całość, że człowiek chce więcej i nie może się oderwać od czytania. ;)
    Ethan jest taki...hmm, inny. W pozytywnym, oczywiście, sensie. :)
    Aż się ciepło na serduchu robi jak się twoje notki czyta. *O*
    Nie za bardzo się zachwycam ? xdd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie to wszyscy tutaj się za bardzo "zachwycają", bo ja wiem ile razy waliłam głową w mur pisząc te notki. Niemniej jest mi bardzo, bardzo miło i ciepło na serduszku. Dziękuję :)

      Usuń