czwartek, 10 stycznia 2013

05. My nie kradniemy.



 Dla wszystkich tych, którzy to przeczytają. I dla jednej szczególnej osoby, która potrafi siedzieć całą noc, wysłuchując mojego *marudzenia*


 Każdy z nas ma swoją własną rzeczywistość albo nawet kilka i czasem trudno orzec, której należy się trzymać.
 G. Masterton, Rook


Siedział poza kręgiem rozmawiających ludzi z zaciśniętymi w pięści dłońmi. Bardzo chciałby podzielić się z kimś uczuciem niepokoju, które go nawiedzało. Czasami wydawało mu się, że wręcz wpada w ciemnopomarańczową otchłań paniki, z której nikt go nie wyciągnie. Wtedy zaciskał mocniej pięści, aż paznokcie wbijały mu się w wewnętrzną stronę dłoni. Pomagało, choć tylko na krótko. Dostrzegł zbliżającą się ku niemu postać, a kiedy podniósł wzrok, by spojrzeć jej w twarz, pomarańcz gęstniejący wokół niego rozjarzył się ciepłą czerwienią. Poruszała się z niezwykłą gracją, jak na dziewczynę, która nie spędziła życia będąc kimś z wyższej sfery. Miała dziecięco okrągłą twarz z migdałowymi niebieskimi oczami, a jej blond włosy sprawiały, że wyglądała tak młodo i ulotnie, jakby za chwilę miała rozpłynąć się niczym cienkie nitki mgły. Tylko jej ruchy zdradzały, że jest dojrzalsza. Chociaż za nic w świecie nie chciała tego okazać, maskując wszystkowiedzące spojrzenie szerokim, dziewczęcym uśmiechem.
- Jak się czujesz w roli wybawiciela świata? – zapytała Julie, siadając obok niego. Wydawało mu się, że ciepło bijące z jej ciała przewyższa o kilka stopni to, którego źródłem był żywy ogień. Cieszył się, że ma twarz spowitą półmrokiem, w innym wypadku, mogłaby dostrzec błysk w jego oczach.
- Wcale – odpowiedział, zgodnie z prawdą, starając się za wszelką cenę skupić na słowach płynących z uwodzicielsko wygiętych, pełnych warg. - Nie potrafię sobie wyobrazić, że my moglibyśmy cokolwiek zrobić razem, nie mówiąc już o pokonaniu jakichś uosobień grzechów. Wszystkie te zdolności wydają się niesamowite w naszym świecie, ale tutaj zdają się być tak strasznie, śmiesznie małe i nic nieznaczące.
Dawno już nie wypowiedział na głos tego, co siedziało w jego głowie. Teraz, przy Julie, nie potrafił zapanować nad potokiem słów, które wypływały z jego ust. Znów zacisnął pięści. Musiał wziąć się w garść.
- Śmiesznie małe? Uważasz, że to wszystko jest śmiesznie małe? Myślisz, że ludzie chodzą sobie normalnie w biały dzień i każdy z nich ma jakąś moc?
Przeklął się w duszy. Wiedział, że nie należy mówić, tego, co ma się na myśli. I chociaż taka opinia w jego profesji równałaby się dożywotniej banicji, teraz i tak nie miało to znaczenia. Ethan dawno już nie myślał o sobie w kategoriach profesjonalisty. Wręcz przeciwnie, ostatnimi czasy zaczął dostrzegać jak wiele ograniczeń ma próba zrozumienia ludzkiego umysłu oraz to, jak wiele może ułatwić zupełny brak zainteresowania tym tematem. Postrzegał wszystko takie, jakim, w jego opinii, było. Zupełnie bezwiednie, będąc zajętym własnymi myślami, odpowiedział:
- Bierzesz to zbyt dosłownie. Każda z tych mocy jest wspaniała i nietuzinkowa, jednak myślę, że to, z czym będziemy musieli się zmierzyć, jest potężniejsze od każdego z nas. Żeby, chociaż wyrównać szanse musielibyśmy działać wspólnie... –stwierdził, a to, co mówił wydało mu się, pierwszy raz tego wieczoru, jasne i klarowne. Wypowiedzenia na głos, chociażby cząstki swoich obaw, pokazało mu, w czym tkwi tak naprawdę ich źródło. Nie w zagrożeniu, jakim były grzeszne personifikacje, ale w tym, że według blondyna nie mieli szans. Jakkolwiek by się nie starali. Nie chciał teraz o tym myśleć. Nie, nie teraz, kiedy ciepły zapach Julie otaczał go ciepłym kokonem znieczulenia. - Nieważne. A jak twoje wrażenia?
- Kiedyś nigdy bym nie pomyślała, że człowiek może mieć nadludzką moc. Jednak mimo wszystko nie jestem w stanie uwierzyć we wszystko, co widzę i słyszę tutaj. W dodatku, jeśli rzeczywiście jesteśmy w średniowieczu, to już tęsknię za cywilizacją...
Jej wypowiedź dawała mu pretekst, by móc swobodnie na nią patrzeć. Ethan był dobrym obserwatorem, chociaż większości rzeczy nigdy sobie nie uświadamiał, ale to wcale nie znaczyło, że nie widział wznoszących się w rytm oddechu piersi, ramion, które lekko podrygiwały, kiedy Julie gestykulowała albo jej palców, które lekko wykręcała, kiedy słuchała, co on mówi.
- Człowiek do wielu rzeczy może się przyzwyczaić. Przywykniesz. Mnie tam się podoba. Można odetchnąć od tego, co było. Wydaje mi się, że starzec i tak przygotował się specjalnie na nasze przybycie, a prawdziwy szok kulturowy przeżyjemy dopiero, kiedy zapuścimy się do tego miasta, o którym przedtem wspominał. Do Mistyi.
- Tak, już czuję ten szok. Mam aż gęsią skórkę. Chyba nie będę miała, co tu robić –westchnęła lekko i odchyliła się, tak, że blask ognia igrał na całej jej sylwetce. Zamknęła oczy, a jej długie włosy dotykały trawy. Ethan mógłby z tym widokiem pozostać na długie godziny. Światłocień tylko wyostrzył to, co mężczyzna zauważył jeszcze w Gruzji. Julie była piękna. Nie mógł stwierdzić, czy odpowiadała jakimś konkretnym kanonom piękna, czy po prostu porwała go jej młodość i spontaniczność. Otworzyła oczy, a prawie czterdziestoletni mężczyzna poczuł się jak dzieciak, który został przyłapany na podglądaniu koleżanek przebierających się w szatni. - Ewentualnie mogę ubijać masło.
Roześmiał się, ale nawet w jego uszach zabrzmiało to nerwowo.
- Naprawdę chciałbym to zobaczyć. Myślę, że nie będziesz miała czasu na nudę. Siostra będzie cię potrzebować.
Przez ułamek sekundy zastanowił się nad tym głębiej, odrywając zarówno spojrzenie, jak i myśli od Julie. Czy właśnie po to Oren sprowadził także towarzyszy podróży osób, które posiadały kryształ? Widział ich teraz rozmawiających w parach, śmiejących się, dzielących niepokojem. Jeśli to rzeczywiście miało pomóc, to on sam był na straconej pozycji, chociaż nie wyobrażał sobie, by mógł być ktoś, kto by z nim przeżył coś takiego. Sam sobie nie radził z całą tą wiedzą, a co dopiero dzielić się z kimś, kto, dajmy na to, tak jak Phoebe, dopiero rozpoczyna życie. Dotarło do niego, że Julie porusza ustami, więc na nowo skupił całą swoją uwagę tylko na niej:
- Poradzi sobie. Jest dzielniejsza niż się wydaje – powiedziała tak pewnie, że gdyby takim samym tonem zwróciła się do niego, musiałby jej uwierzyć. Patrzyła teraz prosto w jego twarz odwracając się lekko. Jej kolano musnęło zaledwie jego udo, a Ethan poczuł, że ogień płonie, dając zbyt wiele ciepła. - Myślę jednak, że powinniśmy odetchnąć, rozerwać się póki możemy.
Odgarnęła włosy, a w jej spojrzeniu nadal gościła niezłomna pewność siebie. Gdyby tylko mógł jej nie ulec, to niemałą frajdę sprawiłoby mu utarcie tej małej dziewczynce pysznego nosa. „Gdyby” stało się dla niego słowem kluczem, gdyż chętnie podjął grę, która mogła mieć tylko jedno rozwiązanie. I tylko jednego zwycięzcę, chociaż o tym wolał nie myśleć.
- Zgadzam się, zresztą chyba takie miało być założenie dzisiejszego wieczoru. Dzisiaj nie myślimy.
- Widzę, że myślisz dokładnie tak samo jak ja. A raczej nie myślisz – gdyby ktoś na nich patrzył, to z uśmiechu Julie wyczytałby wszystko. Ethan miał czelność podejrzewać, że nawet ślepiec potrafiłby wyczuć napięcie, które między nimi powstało oraz sugestię, szeroką szemrzącą strugą spływającą z ust blondynki. - Tak sobie właśnie nie myślę, że jest tu nudno.
Wstał i podał jej dłoń. Uśmiechnęła się do niego. Zastanawiał się, które z nich jest bardziej przekonane o tym, że wygrywa w tej grze. Dałby sobie odciąć wyciągniętą do blondynki dłoń, że to ona ma niemal stuprocentową pewność swojej sprawczej mocy.
 - Możemy zmienić miejsce, jeżeli tylko chcesz.
- Z chęcią. Co mi oferujesz, Ethanie?
Zapytała, a on mógłby przysiąc, że usłyszał lekkie drżenie niecierpliwości w jej głosie. Nie wypuściła jego dłoni z uścisku, a jej ręka, mała i ciepła, emanowała obietnicą.
- Swoje towarzystwo, chyba, że ono także wyda ci się nudne.
Popatrzył na nią, kilkadziesiąt centymetrów niższą, blond dziewczynkę, stojącą o wiele za blisko, by mogłaby być mu obojętną. Wydawało mu się, że oczy wszystkich spoczywają na nich, ale niewiele go to obchodziło. Skoro potrafił ignorować własny zdrowy rozsądek, to obce spojrzenia na pewno nie będą mu przeszkadzać
- Gdybym uważała je za nudne, to już dawno by mnie tu nie było. Zaoferuj mi to, co najlepsze.
Roześmiał się, bo już dawno nie słyszał czegoś równie głupiego, a równocześnie słodko uwodzicielskiego. W innych okolicznościach najpierw postarałby się wybić sobie Julie z głowy przy pomocy ściany, czy czegoś równie trwałego i uszkadzającego czaszkę, ale w przypadku ich nieuchronnej śmierci, wcale nie zamierzał tego robić.
- Zapraszam w takim razie w me skromne progi.
Pociągnął ją w stronę chatki, a później przepuścił, by mogła jako pierwsza zejść do podziemi. Kiedy stali już na takim samym poziomie, a gorąco ogniska zastąpił chłód kamieni, wydawało mu się, że w pewnym momencie dostrzegł błysk zwątpienia w oczach Julie, jednak, kiedy podała mu ponownie dłoń, jej ruchy były pewne jak zawsze.
- Dowiem się, gdzie mogę wpadać – powiedziała, bardziej po to, by zagłuszyć ciszę, która panowała wokół nich. Poprowadził ją długim korytarzem, a ich kroki dudniły wśród kamiennych ścian, migoczących w blasku pochodni. Nie szli długo, bo stanęli już przy pierwszych, masywnych drzwiach z piątką wymalowaną na drewnie.
- Zapraszam – rzekł, przepuszczając ją przodem.
Weszła, rozglądając się ciekawie po surowym wnętrzu. Ethan uśmiechnął się sam do sobie, bo nie miał bladego pojęcia, czego dziewczyna mogła się spodziewać. Na stoliku płonęła samotna świeca, która bardziej wydłużała i pogłębiała cień niż dawała światło.
- Przytulnie tu – mruknęła cicho, kiedy drzwi lekko trzasnęły, zamykając się za Ethanem. Mężczyzna powstrzymał parsknięcie tylko dlatego, że oczy blondynki spoczęły na nim.
- Do przytulności wiele brakuje - odpowiedział, podchodząc do niej. Nie miał pojęcia czemu, ale poczuł, że role się odwróciły. On przejął kontrolę, a to tylko dodało mu pewności siebie. Spojrzał na dziewczynę, będąc od niej oddalonym jedynie o kilka centymetrów. Podobało mu się to, że musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mu w twarz. Widział dokładnie, z jaką doskonałością jej usta odcinają się na jasnej skórze. Pochylił się i lekko ją pocałował. Miała miękkie wargi, skłonne do pocałunków, uległe. Cała ich zaciętość i pewność zniknęła. Muśnięcie trwało ułamek sekundy. Teraz niemal stykali się nosami.- Od razu lepiej.
Z jej gardła wydobył się pomruk, a oczy pozostawały półprzymknięte. Ethan uśmiechnął się po raz pierwszy zupełnie szczerze, nie myśląc o niczym ani nikim innym, jak tylko o stojącej przed nim młodej kobiecie, ogarniętej przyjemnością, której on jest przyczyną. Poczuł, że jej ramiona go obejmują, a palce zatapiają się we włosach. Przypomniał sobie, jak te same palce bawiły się źdźbłami trawy podczas ich pierwszego spotkania, a także jak dzisiaj wyginały się lekko, kiedy Julie go słuchała. Przywołanie w pamięci takich szczegółów podziałało na niego silniej, niż mógłby się spodziewać.
- Zdecydowanie lepiej – wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy, co sprawiło, że o mało nie poddał się gwałtownej chęci podniesienia tej drobnej osóbki i rzucenie jej wprost na stojące nieopodal łóżko.
Julie stanęła na palcach, łapczywie dosięgając jego ust. Była natarczywa, ale to nie mogło zmienić tego, co już o niej wiedział. Ulegała pod jego pocałunkami, pozwalała by przejął kontrolę i prowadził w tym tańcu. Posłusznie rozchyliła usta, by mógł wsunąć język między jej wargi. Chwycił ją w talii i przyciągnął do siebie, przekraczając tym samym granicę ostatnich centymetrów. Czuł wyraźnie jej piersi na swoim torsie, kiedy napierała na niego całym ciałem, Bez problemu wyczuwał napięte mięśnie, kiedy tak prężyła się, stojąc na palcach, by móc go dosięgnąć. Długi pocałunek dobiegł końca, jednak jej usta nadal spoczywały na jego, kiedy wyszeptała, drażniąc go ciepłym oddechem:
- Żadnych chorych zobowiązań.
Wszystko zdawało się drżeć w oczekiwaniu, a Ethan stwierdził, że tyle musi trwać wieczność, kiedy tak patrzył w rozszerzone niebieskie oczy, będące tak, blisko, że wydawało mu się, że poza nimi nie istnieje już świat.
- Żadnych zobowiązań – przytaknął, choć już dawno zapomniał, co to w ogóle znaczy to słowo.
Jego zgoda była dla niej koniecznością, gdyż dopiero teraz zupełnie się na niego otworzyła. Jej ruchy stały się szybkie i niekontrolowane, a zniecierpliwienie Julie udzieliło się także i jemu. Uniósł ją lekko i położył na łóżku, całując jej długą szyję, po której jeszcze do niedawna błądziły migotliwe cienie, spowodowane językami ognia. Teraz to jego język sunął od obojczyka, aż po płatek ucha. Całował jej twarz, delikatnie, jakby próbował uspokoić nie tylko ją, ale i siebie. Delikatnie, z cierpliwością, jakiej nie posiadał na co dzień, rozpalał ich pożądanie.
Stanął na podłodze i podał jej ręce, tak by mogła usiąść. Nie spuszczając z niej wzroku, przesuwał dłonią po jej karku i szyi, aż wreszcie zaczął dotykać biustu ukrytego pod grubym materiałem średniowiecznej sukni. Rozplatał wiązanie znajdujące się między jej piersiami, a kiedy skończył, rozcięcie sięgało aż do pępka. Widział w nim jej bladą, niemal białą skórę, której blask świecy nadawał złocisty kolor. Niewiele myśląc, przytknął swoje czoło do jej szyi, dotykając ustami piersi, czując jak pod dotykiem jego warg Julie wygina plecy, wyciągając ku niemu klatkę piersiową. Odsunął się od niej, ściągając z siebie koszulę, ukradkiem spoglądając na jej ciało, z którego swobodnie opadła góra sukni. Miała pełne, blade piersi, a w migotliwym świetle świecy sutki wydawały się mieć kolor mlecznej czekolady. Poczuł, że jego podniecenie narasta, a kiedy ich naga, niczym nieokryta skóra przylgnęła do siebie, to z jego ust wydobyło się westchnienie przyjemności. Była tak ciepła, a jej ciało miękkie i niemal plastyczne, układając się zgodnie z jego dotykiem, odpowiadając na niego, wędrując za jego wzrokiem.
Blond włosy rozsypały się na pościeli, kiedy Julie położyła się na łóżku, wyciągając ku niemu ramiona i ciągnąc go za sobą. Poddał się jej, tak jak ona uległa jemu. Obsypywał pocałunkami jej brzuch, którego mięśnie napinały się i rozluźniały, kiedy dziewczyna wzdychała ciężko, poruszając biodrami, wciąż tkwiącymi w wielobarwnych fałdach szerokiej spódnicy. Przesuwał palcami po granicy między jej skórą, a warstwą materiału. Tańczyła, wraz z jego powolnymi ruchami, w górę i w dół, niemal wibrując z niecierpliwości. I chociaż po ustach Ethana błąkał się lekki uśmiech zadowolenia, które sprawiała mu ta delikatna tortura to, sam nie mogąc ukryć zniecierpliwienia, postanowił skrócić jej i swoje męki. Ściągnął z nich ubrania, a sprawne, długie palce Julie o ostro zakończonych paznokciach pomagały mu, odwzajemniając się długimi, czerwonymi pręgami pozostawionymi na jego biodrach.
Była zupełnie naga, leżąca na białej pościeli z włosami rozrzuconymi wokół głowy, wijącymi się pasmami światła. Patrzyła na niego tak, jak może patrzeć tylko młoda dziewczyna, pewna swej urody, pewna tego, jak działa na mężczyznę. Nie musiała czuć wstydu, bowiem nie miała czego się wstydzić, mając pełną świadomość swojego ciała. Wydawało mu się, że w pokoju nagle zrobiło się bardzo gorąco, a powietrze stało się wilgotne i lepkie, nasączone zapachem lata i słońca. Zimne kamienne mury wcale już takimi nie były, stały się połyskującymi księżycową poświatą tajemnicami zamkniętymi przed ludzkim wzrokiem. Pocałował ją w pełne, ładnie wykrojone usta, które chętnie rozwarły się przed nim. Jej język delikatnie drażnił jego dolną wargę, co niemal doprowadzało go do szaleństwa, kiedy przerwał pocałunek, schodząc niżej, aż do pępka, całując każdy centymetr jej skóry, dłońmi przesuwając po jej udach i biodrach, które znów wyginały się na spotkanie jego dotyku. Okrył ją swoim ciałem, pragnąc by ich skóra zetknęła się ze sobą na całej powierzchni. Wydawało mu się, że jej uda palą jego ciało żywym ogniem, jednak pod delikatnym naporem, rozsunęły się tak, że mógł poczuć ją całą, jak wychodzi mu na spotkanie, otaczając go satynową wstęgą płomiennego pożądania. Objęła go ramionami, przyciągając ku sobie, a skóra jego torsu lekko pocierała jej piersi w takt ruchów, sprawiających, że oboje płonęli, płonęli nie przejmując się tym, że wokół nich unoszą się iskry, rozsypując się, krzesząc na ich ciałach kolejne ogniska, rozpalając i stygnąc na ich skórze. Czuł jak jej paznokcie zatapiają się w jego ciało, raniąc, ale i wzmagając podniecenie. Jego ruchy były powolne i leniwe, a jednak nieuchronnie prowadzące do celu. Przylgnął do niej tak, że jej przyspieszony oddech łaskotał mu ucho. Byli teraz jedną falującą, rozognioną materią, której spełnienie było bliskie, do którego oboje dążyli, które miało za chwilę nadejść, wymazując wszelkie myśli i słowa, na rzecz krzyku, wypływającego z głębi trzewi, drgającego na wargach, rozbijającego nocną ciszę na kawałki. Jej mgliste pasma snuły się leniwie, podczas gdy oni leżeli,  nie licząc upływających sekund, czekając aż ich ciała ostygną, a pot spłynie sperlonymi kroplami, unosząc ze sobą popioły pozostałe po jasno płonącym pożądaniu.



Ranek powitał go silnym bólem głowy, jakby poprzedni wieczór spędził w gorzelni, smakując wszelkiego rodzaju trunków. Leżał zupełnie sam i cieszył się z takiego obrotu sytuacji. Raz po raz zamykał oczy, jakby chciał sprawdzić, za którym razem to, co widział dookoła siebie, rozmaże się  znikając. Z jednej strony wciąż rozpamiętywał na nowo ciepło, które emanowało z ciała Julie, niemal czuł zapach jej potu, a przed jego oczami ukazywały się dwa, głębokie, jasnoniebieskie i migotliwe jeziora, które porażały go swoją pewnością siebie. Ethan jęknął, przetaczając się na łóżku tak, że teraz leżał na brzuchu z głową ukrytą pod poduszką wypchaną gęsim pierzem. Zdawał sobie sprawę, że musi teraz wyglądać jak kobieta, która właśnie odkryła, że utraconego dziewictwa nic jej nie zwróci, ale nie dbał o to. W końcu był w swojej sypialni i miał prawo zachowywać się tak, jak mu się podobało. Pod poduszką zaczęło mu brakować świeżego powietrza, kiedy wreszcie zrozumiał, czemu widok Julie go nie opuszcza, a wraz z tym wyobrażeniem nasila się ból głowy.
Miał kaca. Prawdziwego, doskwierającego i gderającego, jak stara teściowa, kaca. Moralnego.
Nastolatka wyraźnie oznaczyła granice ich wspólnej zażyłości, ale Ethana nie opuszczało wrażenie, że nastolatki bardzo rzadko wiedzą, czego chcą, a ich słowa niewiele mają wspólnego z ich prawdziwymi myślami. Nie mógł pozwolić sobie na to, by ta dziewczyna miała jakiekolwiek złudzenia. Wczoraj był niemal pewien tego, że ich znajomość będzie krótka, intensywna i zakończy się, tak czy siak, ich śmiercią. Jednak dzisiaj, bez gorąca buchającego z ogniska, bez poruszających się wokół cieni, nie miał już ochoty na poddawanie się śmiertelnemu przeznaczeniu. Poranki mają to do siebie, że odganiają nocne mary. Potrafią odgonić także nocne uniesienia.
Kiedy Ethan, ogolony i wykąpany, wyszedł przed chatę stwierdził z przerażeniem, że myśli o poranku były mocno przesadzone. Wyglądało na to, że wstał, jako ostatni, a słońce znajduje się już wysoko na niebie. Rozglądał się za znajomą twarzą, za złotą głową, podrygującą w takt kroków, ale nigdzie nie dostrzegł Julie. Połowa jego duszy była zadowolona, natomiast druga odczuła srogie rozczarowanie. Nie zaszczycając nikogo spojrzeniem zszedł z ganku i tak, jakby miał do załatwienia coś niecierpiącego zwłoki, udał się między drzewa, a ich ciemnozielona, ocieniona powłoka już po chwili odcięła go zupełnie od tamtej, dziwnej komuny.
Szedł nie bacząc nawet na to, dokąd zmierza ani jak, tak naprawdę, ma zamiar wrócić. Musiał to wszystko przemyśleć w spokoju, jakiego nie dawały mu kamienne ściany, ani otwarta przestrzeń polany, na której stała chata Orena, otoczona pustymi zagrodami, między którymi kiedyś być może chodziły różnorakie zwierzęta, oraz zarośniętym ogrodem warzywnym, w którym fasola, kartofle i cukinie walczyły o przetrwanie z powojem, powoli poddając się najeźdźcy. Ethan w każdej sytuacji dostrzegał to, co negatywne. Taką już miał naturę, że zamiast cieszyć się z doświadczenia i mądrości Orena, myślał o nim raczej jak o starcze, który utracił wszystko, co było mu drogie, więc mógł oddać się bez reszty walce. Empatia, której niegdyś Ethan posiadał w nadmiarze najwidoczniej nie została całkiem wypleniona, ponieważ Rouge wyraźnie widział, jak egoistycznie zachowuje się ten tutejszy boski syn, stawiając w pierwszym szeregu do walki młodych ludzi, którzy z siłą tytanów pchają przed sobą wózek wypełniony marzeniami i rojeniami, nie bacząc na narastające wokół nich bagna i kamienne wyboje.
Jednak czy to tak bardzo różniło się od tego, co działo się w ich świecie? Ethan pokręcił głową, odgarniając gałęzie, które blokowały mu przejście. Najwidoczniej trudność sprawiało mu to, że zwykle w wiadomościach oglądał anonimowych młodzików, wsadzanych do drewnianych skrzynek, okrytych flagą. Różnymi flagami. Miał problem z tym, by odezwać się do kogokolwiek z osób sprowadzonych tu przez Orena, bo miał wrażenie, że, o bogowie!, mógłby kogoś polubić, a potem musiałby cierpieć, kiedy nadejdzie, to co nieuniknione.
I, w tak pokrętny sposób, jego myśli zatoczyły koło, zatrzymując się znów na Julie, którą poznał aż za dobrze, zważając na okoliczności. Westchnął z rozdrażnieniem, nie zauważając gałęzi, która smagnęła go prosto w twarz.
Podczas swojego spaceru nie zwrócił uwagi na to, że w pewnym momencie drzewa się rozrzedziły, a gąszcz krzewinek zniknął, ustępując miejsca leśnemu, pachnącemu grzybami, poszyciu. Szedł najwidoczniej jakimś wąwozem, bo po jego lewej stronie wyrosło wzniesienie, oddzielające go ścianą złożoną z ziemi i wystających korzeni. Niektóre drzewa rosły na wzniesieniu, tuż przy krawędzi, niebezpiecznie się przechylając i przywodząc na myśl ludzi, wychylających się ponad urwisko, by dostrzec jego dno. Ethan przystanął, patrząc na tych niemych skoczków i niemal słysząc głosy płynące z ich strony.
Głosy narastały i Ethan z niemałym przerażeniem zdał sobie sprawę, że są rzeczywistym elementem tego świata. Na wzniesieniu ktoś był, a sądząc po mnogości przekleństw, nie był to jeden człowiek i nie wydawał się być usposobiony przyjacielsko. Jednak Ethan usłyszał coś jeszcze, coś, co sprawiło, że przylgnął do błotnistego zbocza i zaczął powoli, cicho i sukcesywnie piąć się w górę. Kiedy jego głowa wychyliła się spoza urwiska jego trud został nagrodzony. Na wzgórzu siedziało sześciu mężczyzn, a w niewielkim oddaleniu od nich stały przytoczone do drzew, konie, których ciche rżenie dobiegło jego uszu jeszcze na dole. Od razu dostrzegł tego, który wyróżniał się karym umaszczeniem, wielkimi, niczym głowa dorosłego człowieka, kopytami i przepięknie wygiętą szyją. Klacz przypominała konia fryzyjskiego, była jednak o wiele większa i masywniejsza, dlatego miał wrażenie, jakby nagle znalazł się w domu, wpatrzony oczami małego chłopca w stada koni pasące się na pastwiskach należących do jego rodziny.
Ethan chciał mieć tego konia.
Jego rozmyślania przerwały głosy mężczyzn, którzy wstali. Rouge przylgnął do podłoża tak ściśle, jak to było tylko możliwe, nasłuchując.
- Timo nas wyruchał, chłopcy- powiedział gruby mężczyzna, którego brązowe strąki brody pokrywały całą przestrzeń od policzków, aż po wydatny brzuch. – Chyba nie myślicie, że ci kupcy jeszcze się tutaj pojawią.
- Jak nie dziś, to jutro- powiedział długowłosy blondyn, znacznie młodszy od swojego przedmówcy. – Jak myślisz, że wrócę do Birkal bez złota, to powinienem zamiast ciebie wziąć twoją żonę, Dunkel. Ma większe jaja.
- I dłuższą brodę- zarechotał czarnowłosy, a blizna, znajdująca się na jego policzku rozciągnęła się, tak, że Ethan nawet z tej odległości widział jej różowe, ledwo zasklepione wnętrze.
- Pierdol się, Mikel- burknął ten nazywany Dunkelem i zwrócił się do milczących dotąd dwóch pozostałych kompanów. Musieli być braćmi, bo byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Te same ognistorude czupryny, proste, napiętnowane licznymi piegami nosy i identyczne, ciemnobrązowe znamiona na skroniach. Ethan zaklął cicho, uświadamiając sobie niezwykle wielki urodzaj bliźniąt, który miał miejsce w ciągu ostatnich kilku tygodni jego życia. – Co robimy, Panowie?
Ethan miał niezwykle silne wrażenie, że bliźniaków nazywa się tak, ponieważ nikt nie był w stanie zorientować się który jest, którym. Ponadto widać było, że w odróżnieniu od reszty, zajmują znaczącą pozycję w społeczeństwie. Ethanowi przypadły do gustu złocone rękojeści mieczy, na których tych dwoje zaciskało swoje palce.
- Zamknijcie mordy i słuchajcie- powiedział jeden z Panów, a jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na polanie zrobiło się tak cicho, że Rouge bał się oddychać, by nie wzniecić szelestu liści. Oczyma wyobraźni widział złotą rękojmię wystającą z jego piersi. Mimo panującej ciszy, Ethan nie usłyszał zupełnie nic, jednak najwidoczniej do uszu mężczyzn dotarły jakieś dźwięki, bo wszyscy poruszyli się niespokojnie, zachowując ciszę. Wbiegli w przeciwległą ścianę lasu. Rudzielec powiedział na odchodnym:
- Dunkel, pilnuj koni. Tylko znów się nie uchlej, jak dziki prosiak, bo nie dostaniesz ani monety- warknął, a jego głos wydawał się być chrzęstem kamienia, ocierającego się o kamień. Nawet na skórze Ethana pojawiła się gęsia skórka. Leżał nieruchomo, ukryty za warstwą ściółki i oblepionych błotem kamieni. Odczekał chwilę, po czym zamknął powieki, przypominając sobie twarz rudego mężczyzny. Otworzył szeroko oczy i poczuł, że teraz dostanie to, czego chce, chyba że nogi odmówią mu posłuszeństwa i poniosą go gdzie pieprz rośnie. Widział jak kara klacz zastrzygła uszami, a po jej bokach przemknął dreszcz spowodowany ukłuciem końskiej muchy.
Wyszedł wprost na polanę, szeleszcząc uginającymi się pod jego stopami liśćmi. Miał nadzieję, że wygląda w tej chwili na pewnego swego.
Szelest zaalarmował Dunkela:
- Co do…- zaczął, podnosząc się z pnia, na którym siedział i wyciągając ostrze z chrzęstem, który sprawił, ze Ethanowi zadzwoniły zęby. Niemal zawrócił, ale był zbyt zdeterminowany, by tak po prostu odpuścić. Zresztą żelastwo w ręku grubasa drżało wyraźnie, a kiedy przyjrzał mu się mętnymi oczami o wypłowiałym, żółtym kolorze, Ethan zdał sobie sprawę, że nawet nie wykorzystując swojej mocy, mógłby powalić go jednym ciosem. – Co się stało, Panie?
Jego pytanie było bojaźliwe i miało chyba związek z bukłakiem, w którym coś chlupotało, a który nieudolnie starał się wepchnąć do płóciennego tobołka, przytoczonego do jego pasa,
- Potrzebujemy konia- powiedział Ethan, a jego głos brzmiał zimno i oschle, tak, że głupi wyraz tych słów niemal utonął w tym tonie, brzmiąc konkretnie i nie znosząc sprzeciwu. Podszedł pewnym krokiem do przywiązanych rzędem koni i zaczął odwiązywać sznur karej klaczy, która patrzyła na niego ciekawskim spojrzeniem wystających, brązowych oczu.
- Mojej Dory?!- wrzasnął grubas, podbiegając do niego z obnażonym ostrzem, co pewnie by go przeraziło, gdyby nie to, że Dunkel wyglądał komicznie z podskakującym brzuchem. Tuż przy siodle klaczy Ethan dostrzegł srebrną rękojeść miecza, chwycił ją i pociągnął. Odwrócił się do brodacza:
- Masz z tym jakiś problem?
- Nie, skądże… Pewnie, jasne, bierz ją, przecież i tak zaraz wrócicie- mamrotał Dunkel, a Ethan prawie mu współczuł.
Wsiadł na wysoki grzbiet klaczy, zastanawiając się jak taki Dunkel w ogóle dosiada konia, po czym wjechał w las, w miejscu, w którym dobrą chwilę temu zniknęło pięciu dorosłych mężczyzn, uzbrojonych i o wiele bardziej rozgarniętych niż ten, którego zostawiał za swoimi plecami. Jednak tuż poza zasięgiem jego wzroku, zawrócił, okrążając wzgórze. Klacz szła powoli, a jej wielkie kopyta odznaczały się w miękkim poszyciu. Na szczęście już niebawem dotarł do rozmiękłego wąwozu, w którego błocie koń niemal brodził, pozostawiając za sobą bliżej niezidentyfikowane, rozmemłane wgłębienia w mule.
Mężczyzna już miał skierować konia na, jak mu się wydawało, drogę prowadzącą do chaty Orena, kiedy dobiegł go szczęk stali i krzyki. Nie były to słowa, były to wrzaski wyrywające się z gardeł mordowanych ludzi, tuż przed tym, kiedy życie opuści ich ciała.
Nie wahał się ani chwili, wbijając pięty w boki klaczy, która natychmiast zerwała się do galopu, jakby tylko czekając na jego znak. Omijał wystające korzenie, unikał miękkiego podłoża, aż nagle pod kopytami konia zadudnił bruk, którym wyłożony był szeroki trakt, prowadzący przez sam środek lasu. Nisko nad drogą zwieszały się konary drzew, wyciągając cienkie gałęzie, by móc dosięgnąć jeźdźców. Ethan wypadł z kniei niemal na sam środek drogi, jednak przez dłuższą chwilę pozostał niezauważony. Przed nim rozpościerał się widok, który nieraz wyobrażał sobie czytając książki, czy oglądał w telewizji podczas transmisji jakichś historycznych filmów. Na środku drogi stał wóz, drugi leżał zepchnięty do rowu, a jego przednie koło nadal się poruszało. Właśnie to kręcące się, drewniane koło przykuło uwagę Ethana, dlatego w pierwszej chwili nie zauważył trupów. O ziemię z głuchym łoskotem padło ciało, a czarnowłosy Mikel, rozdziawiając swoje usta i bliznę, wbijał ostrze prosto między łopatki, leżącego na brzuchu płowowłosego mężczyzny.
Mikel go dostrzegł, podnosząc wzrok znad rosnącej kałuży krwi wokół jasnych włosów. Przez dobrą chwilę mierzyli się wzrokiem, a w spojrzeniu mężczyzny Ethan ze zdumieniem odkrył strach.
- Kim ty, do cholery, jesteś?- wrzasnął, zwracając tym samym uwagę pozostałych przy życiu osób.
Ethan zrozumiał. Był trzecim Panem dosiadającym klaczy należącej do ich kompana, pozostawionego w obozie. Wykrzywił usta w grymasie.
Już miał mu odpowiedzieć, kiedy zza przewalonego na bok wozu wyskoczyła postać młodego chłopaka z obnażonym ostrzem w dłoni. W okamgnieniu doskoczył do Mikela, wykorzystując jego rozkojarzenie i ciął go w samą pierś, sprawiając, że na głowę zabitego wcześniej mężczyzny spłynął potok krwi. Ethan zauważył, że jest jedyną żywą osobą, nie licząc zbirów, których poznał na wzgórzu. Miał jasne włosy i zacięty wyraz twarzy, kiedy odwracał się na nacierających na niego czterech pozostałych mężczyzn. Wywinął się spod ciosu wymierzonego mu przez blondyna, zaraz później atakując i trafiając wyższego i starszego mężczyznę w szyję, tnąc ostro i głęboko. Jednak, kiedy Rouge dostrzegł okrwawioną stał w rękach rudych mężczyzn oraz zaciętość i chęć mordu w ich oczach, nie miał złudzeń, kto zaraz dołączy do gromady martwych.
Nie powinien się mieszać. Wielu rzeczy nie powinien był robić w swoim życiu, począwszy od skakania z Tay Bridge, gdzie w toni odnalazł kryształ, a na uprawianiu seksu z nastolatką, zasłaniając się maksymą carpe diem w obliczu ich krótkiego, przyszłego żywota. Tak i tym razem Ethan pozostał głuchy na głos rozsądku.
Spiął konia, który ruszył naprzód, rozbryzgując wokół małe kamyczki i piasek, zalegające na bruku. Ethan znów wyciągnął miecz, ciągle przytoczony do siodła, chociaż właściwie nie miał bladego pojęcia, co powinien z nim zrobić. Pewnie wyglądał śmiesznie, wyciągając ku mężczyznom ostrze, niczym rycerską kopię na filmach. Sam efekt zaskoczenia wystarczył, bowiem walczący rozstąpili się przed masywną klaczą, a Ethan wygiął się, łapiąc młodego chłopaka za tył koszuli i, wciągając go na grzbiet karego konia, modląc się, by materiał wytrzymał. Niemal spadł z wierzchowca, kiedy zwierzak uskoczył nie chcąc stratować głowy, leżącego u jej stóp człowieka. Ethan spojrzał w dół i miał wrażenie, że wszystkie trzewia podchodzą mu do gardła. Na ziemi leżały ciała. Najbliżej nich spoczywały zwłoki dziewczyny. Miała obnażone piersi, na których zastygła krew. Wydawało mu się, że trwało wieki nim uniósł wzrok, chcąc popatrzeć jej w twarz, ale to w  Ethana patrzyło niebieskie oko, nieruchome niczym szklana kulka, otoczone feerią krwistych tkanek i białych kości.



Zatrzymali się dopiero po kilkudziesięciu minutach jazdy szybkim kłusem. Ethan wciąż zmieniał kierunek, chcąc za wszelką cenę zgubić ewentualny pościg. Sam się zastanawiał, co też właściwie się stało i pewnie spisałby to wszystko na karb wyobrażeń, snów czy innych mar, gdyby nie szamocząca się kukła, którą wiózł i która musiała już mieć wystarczająco boleśnie obite żebra, by wyć z bólu, a mimo tego z ust blondyna nie wyrwało się chociażby jedno słowo.
Ethan przetrząsał juki przy siodle, chcąc opóźnić konieczność spojrzenia na chłopaka, który opadł na poszycie i leżał oddychając głęboko. Rouge w bagażach znalazł jedynie kilka bukłaków o różnej wielkości i zawartości. Skrzywił się. Ten koń naprawdę należał do grubasa. Stwierdził jednak, że nie ma co narzekać i otworzył coś, co pachniało jak wino wiśniowe.  Wyciągnął je w stronę blondyna, dopiero teraz przyglądając mu się z uwagą.
Miał jasne, bardzo jasne włosy, lekko poskręcane, tak, że przypominał Ethanowi jego samego w latach młodości. Jego duże, okrągłe, zielone oczy spoglądały na niego z trwogą, ale i z czymś, co przypominało… podziw? Ethanowi wcale się to nie spodobało, więc potrząsnął napojem:
- Bierzesz czy nie?- warknął, a chłopak niemal natychmiast wyrwał mu bukłak przykładając do niego usta. Pił i pił, a kilka kropel spływało mu z kącika ust na brodę.
- Dziękuję- odpowiedział po chwili, ocierając rękawem brodę i oddając wino Ethanowi, który poczuł, że naprawdę potrzebuje się napić. Opadł więc na ściółkę przy blondynie, pijąc i myśląc o tym, że przekonał się na własnej skórze, do jakiej rzeczywistości trafił. Zapomniał nawet o ludziach, którzy siedzą bezpiecznie pod chatą Orena, nie mając pojęcia o tym, że wokół nich trwa prawdziwa wojna, mieszkają ludzie, którzy mogą oddychać i mówić, a także umierać. Wstrząsnęło to Ethanem bardziej niż powinno. Jakby bezpieczna bańka, w której umieścił ich starzec rozpękła się, ochlapując wszystko wypalającym dziury kwasem rzeczywistości.
Otworzył oczy i dostrzegł przerażone spojrzenie chłopaka.
- Świetnie- mruknął sam do siebie, spoglądając na swoje dłonie, które miały znacznie ciemniejszą skórę, niż blada pokryta piegami skóra Pana, w którego postaci przebywał ostatnich kilkadziesiąt minut. Przypomniała mu się masa mięsa, z której patrzyło na niego niebieskie oko i poczuł, obrzydzenie, na samą myśl o tak podłej kreaturze, w której skórę wstąpił.
- Kim jesteś?- zapytał chłopak, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość, palcami otaczając rękojeść swojego miecza. Mimo wszystko, patrzył na niego z zaciekawieniem.
- Ethan Rouge- odpowiedział, bo nie widział powodu, dla którego miałby kłamać.
- Jesteś jakimś upiorem? Czy magiem? A może bestią żyjącą w tych lasach, przybierającą ludzką postać?- blondyn nie potrafił ukryć zainteresowania, które sprawiło, że jego twarz wygładziła się, a Ethan z przerażeniem odkrył, że chłopak może mieć najwyżej dwadzieścia lat.
- Chciałbym, ale niestety jestem tylko człowiekiem, który potrafi się maskować- rzekł, znów pijąc, co dało mu kilka sekund na to, by przyjrzeć się młokosowi. Ubrany był tylko w jakąś płócienną koszulę, spod której widać było wyraźnie zarysowane mięśnie i kilka ran zadanych mu podczas walki. Nie mogły być jednak głębokie, bo krew zdążyła zakrzepnąć, pozostawiając tylko wąskie, ciemnobrunatne znaki. – A ty, jak się nazywasz? I ile masz lat?
Ku niemałemu zaskoczeniu mężczyzny, chłopak wyprostował się, po czym ukłonił mu się dworsko, zataczając dłonią kilka kółek. Ethan wybuchnąłby śmiechem, gdyby nie śmiertelnie poważna mina chłopca.
- Zwą mnie Yori z Berg- powiedział z nutą dumy w głosie. – W tym roku zobaczę swoje osiemnaste obchody święta ku czci Atriva, mojego patrona.
Niewiele mógł z tego zrozumieć. Jednego tylko był pewien, bo mógł się o tym przekonać na własne oczy:
- Dobrze walczysz, Yori z Berg- powiedział Ethan, a blondyn wypiął dumne pierś łasy na pochwały, pokazując jak jeszcze jest młody i niedojrzały. Gdyby ktoś powiedział Rouge, że ten tutaj zabił właśnie z zimną krwią dwóch dorosłych mężczyzn, to by nie uwierzył. A jednak.
- Dziękuję, panie- znów się pokłonił, a Ethan powtórzył za nim ten dziwny ruch dłoni, czując się jak idiota, a jednocześnie dobrze się bawiąc. – Chcę zostać rycerzem walczącym w imię miłościwie nam panującego króla Daimona.
Znów nie miał pojęcia o czym on właściwie mówi, ale przytaknął mu, nie chcąc podważać jego pewności siebie. Przyszła mu do głowy myśl, że jeśli miał zmierzyć się z wrogiem ludzkości, to powinien najpierw nauczyć się walczyć. Reszta posiadaczy kryształów z łatwością mogła spopielić wroga, czy utopić go w hektolitrach wody, ale nie on. Patrząc na tego młodego chłopaka, postanowił, że nie da się tak łatwo zabić. Nie będzie czekał, aż ktoś przeskoczy nad jego nieruchomą, zmasakrowaną twarzą.
- Yori z Berg gdzie mieszkasz?
- W mieście – powiedział, patrząc na niego jakby był mężczyzną przebranym w trykot. Uniósł rękę wskazując gdzieś w puszczę po prawej stronie. – W Mistyi. Stolicy- wytłumaczył, chyba dostrzegając nareszcie, że Ethan nie ma bladego pojęcia o czym mowa. – Musisz być z bardzo daleka, panie- powiedział, a w jego głosie brzmiała nutka podejrzliwości.
- Tak, z bardzo daleka- potwierdził. – Czy mógłbyś nauczyć mnie walczyć, Yori?
Zadał to pytania, czując się jak idiota, jednak potrzeba zdobycia jakiejś przydatnej w tym świecie umiejętności była tak dojmująca, że nie mógł zaprzepaścić takiej szansy. Chyba, że chciał zginąć na trakcie nawet nie dożywszy spotkania z ich prawdziwym wrogiem. 
- To będzie dla mnie zaszczyt. W końcu zawdzięczam ci życie, Ethanie, a ja zawsze spłacam swoje długi- rzekł patetycznie, jednak wyciągnął rękę do mężczyzny, a on nie był w stanie jej nie uścisnąć.
- Jutro w południe w tym miejscu?- zapytał blondyna, który kiwnął głową, a zaraz potem jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, który swym zasięgiem obejmował całą postać.
- Jesteś bardzo dziwnym człowiekiem- rzekł Yori, przyglądając mu się z rozbawieniem.
Ethan poczuł się jak na jakiejś wielkiej karuzeli. Z jednej strony młodzieniec był poważny i pompatyczny, w swoich dziwnych uprzejmościach i grzecznościach, a z drugiej strony był jak psiak, który łasi się do nogi, oczekując pochwał. Sama wizja uczenia czegoś, co w jego mniemaniu Ethan już dawno powinien umieć, sprawiała mu niemałą przyjemność. Mężczyzna przypomniał sobie, że ten jasnowłosy psiak ma mordercze skłonności i puścił jego rękę.
- Ci na trakcie…- zaczął, a po chwili dodał: - To nie była twoja rodzina czy ktoś bliski?
- Nie- wzruszył ramionami chłopak, zbierając swoje rzeczy ze ściółki, a Ethana poraził jego niedbały ton. Nie rozumiał jak można z zaciętością lwa walczyć o życie ludzi, którzy są ci zupełnie obojętni. – Miałem ich eskortować do bramy- grymas zniekształcił mu twarz. – Nie wykonałem rozkazu i  znów każą mi szorować posadzki- mruknął do siebie.
Ethan stał, patrząc jak się oddala i znika za drzewami po prawej stronie. Przerażało go to, do jakiego świata trafili. Obowiązek i rozkazy sprawiały, że młodzi chłopcy chcieli ginąć z mieczem wbitym w brzuchy. Bogactwo łączyło się ze śmiercią. Ethan też był złodziejem, ale nigdy nikogo nie zabił, by zyskać pieniądze. Cieszył się ze spotkania Yoriego. Wreszcie uzyska broń, którą będzie potrafił walczyć o swoje życie. I nie tylko swoje, dodała jego podświadomość, kiedy podnosił z ziemi miecz  wykończony srebrem. Wydawało mu się, że w klindze odbił się kawałek nieba, a błękit nakazał mu powrócić tam, gdzie będzie mógł spotkać kogoś, kto obdarzy go niebieskim spojrzeniem.




Odkąd wjechał na polanę, otaczającą chatkę Orena, nikt nie odezwał się ani słowem. Idąc do podziemi skierował swoje kroki do kuchni, która była specjalnie zaopatrzona na ich pobyt. Po wydarzeniach dzisiejszego popołudnia nie mógł i nie chciał spędzać dnia w zamkniętych czterech ścianach. I chociaż w głowie mu huczało, a myśli krążyły niedbale, nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia, to Ethan poczuł, jakby tęsknił za towarzystwem młodego blondyna. Teraz, patrząc na przybyłych z nim posiadaczy kryształów żywiołów zastanawiał się na ile to, co się przydarzyło było prawdą. Yori zdawał się być marą, która nawiedziła go w realistycznym do bólu śnie.
Podziemne wnętrze chaty kryło wiele zakamarków. Ethan nie zdążył wszystkiego obejrzeć, ale wiedział, gdzie jest biblioteka. Wszedł do pomieszczenia, na którego ścianach w równych rzędach stały książki. Minął tomiszcza, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem i skierował się na lewo do drzwi z napisem „zbrojownia”, by chwilę po wejściu zrozumieć, że ten kto wymyślił tą nazwę był trochę narwany. W pomieszczeniu znajdowała się skrzynia z niedbale wrzuconymi ostrzami, kilka sztyletów połyskiwało na półce, a w szufladach komody Ethan odnalazł części pancerza. Pokręcił głową z dezaprobatą. Jeśli to było wszystko, co miał im do zaoferowania Oren, to już mogli się żegnać z życiem. Rouge powędrował myślami do ukrytego w jego pokoju srebrnego miecza i poczuł się szczęśliwy i niezależny, a szczególnie na tym ostatnim bardzo mu zależało. Dopiero teraz dostrzegł, że w zbrojowni znajdują się jeszcze jedne drzwi. Nacisnął klamkę, wrota ustąpiły,  a mężczyzna wszedł do wąskiego i długiego pomieszczenia, w którym wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu. Musiał to być jakichś schowek czy magazyn, w każdym razie było tutaj wszystko, na zwojach sznura począwszy, a na wielkich skórzanych skrzydłach skończywszy. Ethan dostrzegł coś, co wywołało uśmiech na jego twarzy. Wziął z półki potężny młotek i rozglądnął się za gwoździami, które okazały się być porozrzucane po całym pomieszczeniu. Dobrych kilka minut zajęło mu zbieranie ich i wkładanie do kieszeni. Jedne były długie i ostre, a inne powykręcane i przyrdzewiałe, jednak Ethanowi to nie przeszkadzało. Wyszedł z założenia, że nigdy nie wiadomo, co się może przydać.




Wbijał właśnie ostatniego gwoździa, podziwiając swoje dzieło. Naprawił jedną z nieużywanych zagród Orena, a wewnątrz niej spokojnie pasła się Pecado, skubiąc o wiele za długą trawę i łypiąc na niego. Patrzył na zwierzę zupełnie pochłonięty tym widokiem, jakby zapomniał już, jak wspaniałe są konie. Jego uwagę odwróciła poruszająca się sylwetka, wyraźnie do niego spiesząca. Rozpoznał Orena, który w dłoni dzierżył ociosany kijek. Najwidoczniej zapomniał, że powinien mu służyć do podpierania się, po ciągnął go za sobą, raz po raz wyrzucając go przed siebie, tak że wydawał się być jakimś skrzydlatym owadem, który zapomniał jak się lata.
Stanął nieopodal, patrząc bacznie na karą klacz. Wreszcie przeniósł spojrzenie na Ethana i rzekł głosem pełnym nagany i ostrości:
- My nie kradniemy.
Ethan spojrzał na niego z niedowierzaniem. Stwierdzenie starca, w obliczu wydarzeń dzisiejszego dnia wydało mu się równie śmieszne, co przerażająco absurdalne.
- Pewnie też nie zabijamy- odpowiedział niemal natychmiast, zupełnie nie kontrolując słów, wypływających z jego ust. – Szkoda tylko, że wszyscy wokół właśnie to robią.
Oren patrzył na niego z zaciekawieniem zmieszanym z irytacją.
- To nie znaczy, że mamy się zniżać do ich poziomu- powiedział z pasją.
- Rozumiem, że istnieje inny sposób na zniszczenie grzechów, o których mówiłeś?- zapytał podchodząc do starca. W jego sercu rozgorzał najprawdziwszy na świecie gniew. Nienawidził, kiedy ludzie stawali się hipokrytami.
- Grzechy to co innego…- zaczął Oren, ale Ethan nie był w stanie znieść kolejnych banałów prawionych przez starca. Poznał brutalną prawdę i żadne zapewnienia Orena nie były w stanie zamazać widoku krwi.
- Wszystko co robimy pcha nas ku nim, prawda? Im szybciej nauczymy się żyć w waszym świecie, tym lepiej. Widziałem dziś na własne oczy, jak jest ten świat- powiedział cicho, ale jego głos był doskonale słyszalny. – Nie zabijamy? Nie kradniemy? Idź i powiedz to trupom, leżącym na trakcie.
Oren nie wydawał się nawet minimalnie zaskoczony tym, że Ethan wie o czymś, co działo się poza granicami polany. Blondyn miał wrażenie, że starzec wie o wszystkim, co dzieje się w tym świecie, bez konieczności opuszczania swojej bezpiecznej przystani. Tyle tylko, że stadko, które tutaj sprowadził, nie miało jego wiedzy i świadomości. A powinno, pomyślał Ethan.
Siwy mężczyzna nic nie odpowiedział. Patrzył na deski, które pozbijał Ethan, po czym znów na niego spojrzał, a w jego oczach można było dostrzec coś miękkiego, ulotnego i naiwnego.
- Solidna robota- rzekł tylko, poklepując belki i oddalił się. Tym razem używał kijka do podpierania się, jakby rozmowa z Ethanem zmęczyła go i postarzyła.




Stał, opierając się torsem o nieoheblowane deski. Dzień zaczął go przytłaczać, dlatego z miną skazańca, czekającego wybawienia, patrzył na powolną wędrówkę słońca po horyzoncie.
Poczuł, że ktoś go obserwuje i odwrócił głowę w prawo, napotykając niezłomne spojrzenie Julie. Mało nie dostał ataku serca, ale opanował się. Poczuł się zbyt zmęczony, by jeszcze dziś stawiać czoła blondynce, jednak nie miał wyboru, bowiem dziewczyna z wyraźną radością witała go uśmiechem.
- Julie- kiwnął lekko głową w ramach przywitania, mając jeszcze cień nadziei na to, że zniechęci ją jego postawa i odejdzie. Nawet nie zszokowało go to, że mimo wszystko podeszła do niego i oparła się o naprawioną konstrukcję zagrody.
-  Co słychać?- zapytała z taką radością, że pomimo narastającej w nim obawy, nie potrafił podzielić się z nią choćby najmniejszą jej częścią.  
- Dobrze. A u ciebie?- zapytał, starając się stłumić w sobie wyrzuty sumienia… oraz obraz jej nagiego ciała.
- Świetnie- uśmiechnęła się promiennie, a Ethanowi stanęło serce, kiedy wyobraził sobie, do czego mógłby go zachęcić ten uśmiech. Był tak zmęczony, że przegrywał walkę ze swoimi fantazjami. – Chociaż Sefi mnie rano obudziła, a wolałabym jednak trochę odespać. Fajnie było.
Fajnie. Ethan poczuł gorycz w ustach, smakując to słowo. Nienawidził go.
- Julie, jesteś taka młoda…- zaczął wbrew sobie. Najchętniej otoczyłby głowę ramionami, złożył ją na deskach i przeczekał, aż dzień się skończy i będzie mógł zasnąć. Odetchnął, oddalając od siebie tą kuszącą myśl i dodał pewniej: - Jesteś wspaniała, ale nie jestem kimś, kto nadaje się na stały związek. Martwię się, że nie jestem w stanie dać ci tego, czego pragniesz.
Dopadły go wątpliwości, które miał rano. Żył na tyle długo, żeby móc z całą pewnością stwierdzić, że kobiety mogą zarzekać się na wszystkie świętości, iż nie potrzebują uczucia, ale… Kłamią.
Uśmiech znikł z twarzy Julie, uniosła jednak brew, przyglądając mu się.
- Stały związek? A skąd ty sobie wziąłeś to, że ja pragnę stałego związku?
Mówiła z pełnym przekonaniem, jakby to, że w ogóle rozpoczął temat wykraczało poza jej najśmielsze oczekiwania.
Chciał tylko postawić sprawę wystarczająco jasno, by nie musieć później użerać się z gryzącymi wyrzutami sumienia za zranienie tak młodej, pełnej życia dziewczyny.
-Wiele razy już to słyszałem. Nie chcę zostawiać ci jakichkolwiek złudzeń: żadnych zobowiązań to żadnych zobowiązań. Nigdy się to nie zmieni, Julie- powiedział, mając przemożone uczucie, że właśnie powiedział dziewczynie, iż nigdy jej nie pokocha. Nie miał ochoty się nad tym zastanawiać. Nie teraz, nie dziś. Pewnie w innych okolicznościach, nawet nie rozważałby takich słów.  
- Chyba zapominasz, kto zaproponował ten układ. Żadnych zobowiązań. Nie licz na to, że kiedykolwiek zakocham się w tobie i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Nawet, jeśli byś się we mnie zakochał, to nie oczekuj niczego ode mnie.
Ethan był przeszczęśliwy. To były słowa, z rodzaju tych, które masz ochotę usłyszeć po ciężkim dniu. Słowa, które sprawiają, że masz lekki sen. Uwielbiał takie jasne, klarowne sytuacje i niezmiernie cieszył go fakt, że to dziewczyna ubiegła go w takich deklaracjach. Ona miała poczucie pewności i swojego sprawstwa, natomiast on czyste, jak łza sumienie.
- Nie mam żadnych oczekiwań względem ciebie- powiedział szczerze uradowany. Starał się stłumić uśmiech błąkający mu się na ustach. – Chcę tylko, by wszystko było jasne. Niebagatelna jest także różnica wieku… - zaczął, czekając aż mu przerwie, aż pozwoli mu się uwolnić od tego jeszcze jednego niedomówienia.
- Doprawdy? Wolałbyś, żebym była pomarszczona? No wiesz, jeśli to cię bardziej podnieca, to droga wolna- zbuntowała się. W jej głosie mnóstwo było irytacji. Kiedy się tak denerwowała, lekko marszczyła nos i mrużyła oczy, sprawiając, że po ciele Ethana przebiegł przyjemny dreszcz.
- Jesteś piękna, gdy się złościsz- rzekł niemal ze śmiechem. Taka była dziewczęca w tym, jak go traktowała, jak traktowała samą siebie i całą sytuację. Tylko ktoś tak młody może mieć w sobie tak wielką siłę bagatelizowania.
- Ty chyba sam nie wiesz, co chcesz- prychnęła, chociaż jej słowom brakowało werwy, którą miała jeszcze przed chwilą. Ethan stanął naprzeciwko niej, kładąc dłonie na deski, tak, ze Julie stała między jego ramionami. Pochylił się, chcąc, by ich twarze znalazły się na tym samym poziomie
- Wiem dokładnie, czego chcę. Musiałem ci to wszystko powiedzieć. Wbrew pozorom mam sumienie, które niemiłosiernie mi ciąży- rzekł dobitnie, oschle, chcąc by dziewczyna dobrze wdrukowała sobie to, co do niej mówił. Patrzył jej w oczy, a z jego wspomnień wydobył się obraz wpatrzonego w niego nieruchomego oka martwej dziewczyny. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz, kiedy ciepło Julie działało na niego tak obezwładniająco, niczym środek znieczulający.
- To dobrze- wycedziła przez zęby. Ale nagle przeszła zupełną metamorfozę. Z rozwrzeszczanej nastolatki stała się zalotną i uwodzicielską kobietą, kiedy tak spoglądała w dal, bawiąc się wiązaniem przy dekolcie sukni. – Bo co ja bym zrobiła, gdybyś nie wiedział? Zapewne nic.
Uśmiechnął się. Zastanawiał się, co przyniesie Julie jej pewność siebie. Życie potrafi srogo rozczarować, a już na pewno dziewczęta z nastawieniem takim, jakie posiadała ona.
Pochylił się jeszcze niżej, całując ją w miejsce, gdzie obojczyk łączył się z jej szyją. Ciepła skóra otuliła mu twarz i poczuł, że jego mięśnie się rozluźniają, kiedy chłonął całym sobą jej zapach.
- Pragnę cię- powiedział bardziej do siebie niż do niej, a jego usta poruszały się, drażniąc jej skórę. Przy niej wszystko wydawało się proste i nieskomplikowane. Pragnął nie tylko jej ciała, ale także sposobu bycia. Chciałby móc być taki jak ona. Beztroski, swobodny, szczęśliwy.
Dotarł do niego jej śmiech. Palcami zatopiła się w jego włosy, sprawiając, ze przywarli do siebie w uścisku.
- Wiem- powiedziała krótko, a jej dłoń pieściła jego kark.- Ja ciebie też.
Bardzo chciał poddać się otępieniu, które nim owładnęło, ale wiedział, że to nie miejsce na obnażanie siebie, w prawie dosłownym tego słowa znaczeniu. Dlatego zamiast trwać przy Julie, odsunął się od niej, przeszedł pod poprzecznymi belkami zagrody.
- Chodź- zwrócił się do niej. – Pokażę ci coś.  
Podążyła posłusznie za nim, a Ethan zaśmiał się w duchu nie wiedząc, gdzie podziała się ta opryskliwa, nieznosząca sprzeciwu dziewczyna sprzed chwili. Podszedł do Pecado, która uniosła łeb i zastrzygła uszami. Była niezwykle spokojnym, posłusznym zwierzęciem, które słuchało człowieka w każdej sytuacji. Ethan cieszył się z tego, bo od wielu lat nie miał styczności z końmi i nie był pewien czy poradziłby sobie z jakimś narowistym ogierem.
Wyciągnął rękę i pogładził karą klacz po chrapach. Zaraz potem odwrócił się do Julie, która stanęła niepewnie tuż za jego plecami. Uśmiechnął się i położył swoje dłonie na biodrach dziewczyny.
- Uwaga- rzucił, chociaż było za późno na protesty. Poderwał ją z ziemi, nie zważając na pisk zaskoczenia, wydobywający się z jej ust. Posadził ją na wysokim grzbiecie Pecado. Uważał, że to imię bardziej pasuje do klaczy, niż wcześniejsze. Chwilę później sam wskoczył na konia, udami ściskając siedzącą przed nim Julie. – Gotowa?
W tej chwili można było powiedzieć o Julie wiele, ale na pewno nie to, że była pewna swego. Patrzyła na niego wielkimi oczami.
- Żartujesz sobie ze mnie- mruknęła niezadowolona.
- W życiu- odpowiedział, chociaż jego słowom mógł przeczyć szeroki uśmiech. Niewiele mogło mu teraz popsuć humor. Cieszył się, że wrócił do chaty Orena. Cieszył się, że była z nim Julie.
Wjechali w las, a klacz szła równym stępem. Ethan tylko od czasu do czasu musiał ściągać, to popuszczać wodze, by kierować zwierzęciem. Dzięki temu mógł skupić się na opierającej się o jego tors Julie i jej biodrach, poruszających się w rytmie kroków konia. Było to dla Ethana tak silnie seksualne przeżycie, że nie mówił nic, dopóki nie dojechali w miejsce, które odkrył, błąkając się po lesie, po tym, jak obraz Yoriego rozpłynął się między drzewami. Ciężko było nazwać to polaną, bowiem drzewa rosły gęsto. Szeroko rozłożone korzenie pojawiały się to tu, to tam, jakby chciały o sobie przypomnieć. Jednak pomiędzy nimi całą ściółkę pokrywał miękki dywan mchu. Ethan zatrzymał Pecado, zsiadł z niej i stanął obok by pomóc dziewczynie.
- Ładnie tu- powiedziała, jakby niepewna tego, jak powinna się zachować.
- Wiem. Jak wiadomo niezbyt towarzyski ze mnie typ. Wiele czasu spędzam w miejscach takich jak to- rzekł.
Albo na traktach, na których możesz spotkać się z Kostuchą, dodała jego podświadomość, ale zignorował ją.
Julie stała zbyt blisko niego, by mógł myśleć o czymkolwiek innym, jak nie o jej zarzuconych szyję ramionach i pocałunku delikatnie drażniącym jego usta. Odpowiedział na niego z całą mocą, wpijając swoje wargi w jej.
Była jego lekiem na całe zło, drzemiące gdzieś w tym świecie, czające się za każdym z nich. Pozwalała mu nie myśleć, dając w zamian całą siebie. Był tyko jednym wielkim czuciem, ogarniętą żądzą ludzką materią, dążącą tylko do tego, by osiągnąć spełnienie.
Jaką wartość miała walka, śmierć czy życie w obliczu tak upajającego zapomnienia?

8 komentarzy:

  1. Pierwsza. Podkreślanie mojego pierwszeństwa sprawia mi niesamowitą przyjemność.
    Dodam tylko sprostowanie: całą noc, ranek i dzień. A jakby było potrzeba to i dobę. Tylko, że to nie Ty marudzisz.
    1) Ile uciechy z tego naszego chędożenia :D. Będę się powtarzać, wybacz. Nadałaś temu tak osobliwy i oryginalny klimat, że jestem oczarowana i to bardzo. Zresztą wiesz o tym, bo się rozwodziłam już nad tym. Każda postać ma oddaną osobowość, a opisy nie przytłaczają, wręcz przeciwnie. Są idealnie wyważone. Mistrzu mój.
    2)YORI! Yori, Yori, Yori, Yooooori! Wielbię go, to wiesz. Wiesz, że go wielbię, prawda? Ethana wielbię od dawna, ale Yoriego wielbię ogólnie. W sumie też od dawna, ale w końcu ożył! I niezmiernie mnie to cieszy :). Oby żył długo i często, bo bardzo dobrany z nich duet. Cała scena bitwy i opisy przyrody, w ogóle wszystko... Jeju, Lei, naprawdę. Tak Twoje opisy wpływają na wyobraźnię, że czytając to, mam wszystko przed oczami. Widzę każdy ruch, każde drzewo, każdy błysk światła, czy każde źdźbło trawy. Mój Mistrzu po raz drugi.
    3) Ten Oren to taki cwany, ha. Ale w sumie dobrze, nie jest idealny. Trudno żeby był, skoro z Karainelem się próbowali powybijać. Masz głowę, nie powiem :). Mistrzu mój, razy trzy!
    4) I znowu Julie, ale ja się cieszę niezmiernie! Uwielbiam to, jak Ethan ją widzi, uwielbiam. W jego oczach jest taka... Taka, jaką chciałam, aby była. A nawet więcej. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile Ethanowi daje. Cieszy mnie to. Chyba wszystko mnie cieszy. Tak przyjemnie się czyta o swojej postaci u kogoś, a Ty nadajesz Julie taką kreację... Ach, wstyd mi za siebie. Dobrze, że u Ciebie jest taka, jaka miała być.
    Moje ukochane, najcudowniejsze opisy. A mi wciąż mało notki! Jeszcze sobie przeczytam z raz, dwa, może trzy ;).
    Miej wenę, miej! I to dużo! I czas.
    Kocham, kocham bardzo mocno i całuję, Ade.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hm... tyle tego, że nie wiem o czym napisać. Po pierwsze Yori jest przesłodki i w ogóle pomysł na spotkanie jego i Ethana niesamowity! Mam nadzieję, że będzie go coraz więcej w Twoich notkach. Co do Orena tak samo jak i Ade potrafisz dobrze się w niego wczuć, chciałabym tak umieć też. Julie niesamowicie dopełnia osobę Ethana i razem są niezniszczalni. Mam nadzieję, że mimo tego jak patrzy na nią Ethan pod względem związku, zresztą ona na niego też, to i tak skończą razem, żyjąc długo i szczęśliwie :D
    Nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć - wszystko już powiedziała Gosia.
    Jedno pytanie: Co tak krótko????
    Tośka

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie śpię, bo czytam Twoją notkę! A raczej przeczytałam :).
    Kocham, Ade <3 ;*.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ade, Słońce ty moje... Podziwiam cię i trochę się boję :D

      Usuń
  4. Na początek tradycyjne: przepraszam za opóźnienie. Okej, podziało się tutaj tyle, że sama nie wiem od czego zacząć. Od początku: Julie i Ethan i seks. Od razu zaznaczam, że nie lubię opisów seksu, zwykle są płytkie i głupawe albo przesadnie patetyczne, nierealne i drażniące. Z takim moim podejściem jasne jest, że nie da się mnie zachwycić, co najwyżej nie zniechęcić do dalszego czytania. I Ty mnie nie zniechęciłaś, jako jedna z naprawdę nielicznych. (to komplement, całkiem spory, swoją drogą)
    Drugi fragment z Julie: moja główna refleksja to "Ale z Ethana (typowy) f a c e t". I w ogóle to marzę o chwili kiedy pojawi się jakaś starszawa niewiasta i wytknie mu ten romans z małolatą (aż sama żałowałam że Luis nie jest starszawą niewiastą). Choć nie myśl sobie, że jestem przeciwko romansowi Ethana z Julie (Chodzi tylko i wyłącznie o to, że jestem z natury złośliwa) - są razem uroczy i bardzo bardzo miło mi się ich czyta razem. Niechaj im szczęście sprzyja.
    I w ogóle to Ethan jest taki kochany w tym ciągłym myśleniu o tym, że muszą działać razem - nie spodziewałam się tego w sumie po nim.
    Yori jest uroczy także, mam nadzieję, że będzie go dużo w przyszłości.
    A ogólnie to boże, jak ty pięknie piszesz, aż mam kompleksy jak kończę czytać i przestaję się zachwycać. Naprawdę, cudowne opisy, dialogi, wszystko takie żywe i realne, że ojej.
    Mam nadzieję, że wkrótce uda się nam coś naskrobać razem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Za każdym razem jak czytam Twoje notki, mam wrażenie jakbym czytała książkę a nie bloga. Twoje opisy są bogate, wszystko jest spójne, we właściwym miejscu i pełne akcji, aż wyczekuje się z niecierpliwością następnego zdania. Podoba mi się relacja Julie i Ethana, chociaż ciężko mi wierzyć w ich zapewnienia, ciekawe kto pierwszy się złamię. Widzę, że Ethan przenosi swoje zwyczaje do Mestyi, mam nadzieję, ze nie bedzie sie wychylal na tyle, zeby zbytnio oberwac. Z jego zaradnoscia mam wrazenie, ze dosc szybko nauczy sie walczyc. Jego spiecie z Orenem dalo mi duzo do myslenia i nieco uczlowieczylo Orena, ktory wydawal sie bez skazy. Chce wiecej i napiszmy cos koniecznie razem <3
    Zu

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętam, jak czytałam tą notkę i pisałam komentarz, który się nie dodał. Zapadła mi w pamięć. Nie dlatego, że była bardzo długa, co swoją drogą jest wielką zaletą. Tak, moja droga, to jest właśnie odpowiednia długość notki! Wszystko było tak pięknie opisane, czysto i jasno dla odbiorcy. Nie wiem, czy już wspominałam, ale Ethan jest moim ulubionym bohaterem z serii i byłoby mi miło, gdyby udało się wymyślić jakiś dialog z moją Christine.
    Co do samej notki... Wprowadzenie nowej postaci było genialnym posunięciem. Uwielbiam tego chłopaka i liczę na jakieś ciekawe akcje z nim w roli głównej. Zdarzenie z koniem i mężczyznami na wzgórzu, majstersztyk.
    Po prostu czekam na więcej. I więcej. I pisz kobieto! Pisz, bo wychodzi ci to wspaniale!!
    Pozdrawiam,
    F.

    OdpowiedzUsuń
  7. Lei, Lei, Lei.
    Jak ja bym chciała pisać takie opisy jak ty. One są takie lekkie i prześliczne. Mimo, że notki zawsze są długie, to czytając, nie odczuwa się tego tak. Po prostu... Jakoś to tak leci i nagle koniec.
    Tyle z mojej strony, życzę Ci weny i kolejnej notki :D

    OdpowiedzUsuń