Wiem, że gdzieś tutaj krążysz dookoła. Notka nie jest dla Ciebie. Wybierz z niej tylko to, co sprawi ci minimum radości. To jest dla Ciebie, Marcel.
Oprócz Yoriego. On jest dla Ciebie, Ade.
Cała reszta nie zasługuje na miano notki, ale jeśli ktoś jeszcze znajdzie coś dla siebie- bawcie się dobrze!
Patrzę i osądzam, biorę to, co chcę mieć, i niszczę wszystko, czego nie chcę mieć, ponieważ mam do tego prawo.
G. Masterton, Ciemnia.
Kiedy
obudził się bladym świtem w dniu po pierwszym spotkaniu z Yorim, podczas
którego to spędził kilka godzin na nieudolnej próbie parowania ciosów młodego
blondyna, miał wrażenie, że bolą go wszystkie mięśnie. Nie chciał nawet myśleć
o ramionach czy barkach, ale ku jego zdumieniu ostre igły przeszywały także
jego kark, plecy i nogi. Dziękował niebiosom za to, że ktoś z mitycznego miasta
ma władzę nad Yorim i nałożył na jego barki obowiązki, bo dzięki temu przez
najbliższe dwa dni nie będzie miał okazji stanąć ponownie przed koniecznością
morderczego wysiłku. Yori przyniósł dwa
miecze, wyszczerbione i zupełnie tępe.
-
Wziąłem je z magazynu- wyjaśnił, po czym paznokciem zdrapał z ostrza coś, co
przypominało zaschniętą krew. – W większości jest tam broń, którą zbierano po
bitwach.
Nawet
teraz, leżąc w czystej pościeli czuł, że wyimaginowane bakterie i wirusy gnieżdżą
się na jego skórze. Wzdrygnął się, przypominając sobie jak bolesna była ta
pierwsza lekcja. Największe obrażenia przyjęło jednak nie tyle ciało, co męska
duma. Chłopak, według Ethana, okazywał zbyt wiele entuzjazmu w obliczu
nieudolności mężczyzny we władaniu bronią.
-
Toć sparować takie pchnięcie nawet dzieciaki potrafią- kręcił głową z
szerokim uśmiechem na ustach, patrząc jak Ethan, czerwony ze złości, masuje
sobie bok, w który wbiła się klinga. Nawet zupełnie tępa, była kawałkiem
metalu, a w połączeniu z byczą siłą chłopaka, stawała się niemal śmiercionośnym
kawałkiem żelastwa.
Mimo
wszystko Ethan z zaciętością i uporem starał się władać mieczem, naśladując
chłopaka, puszczając mimo uszu jego śmiech i komentarze. Pod koniec sesji nawet udało mu się uniknąć
uderzenia w udo, które przy zaostrzonej klindze zakończyłoby jego ziemski żywot.
Podejrzewał, że blondyn pozwolił mu na to, by w jakiś sposób go podbudować. W
ciągu tych godzin zdążyli zapałać do siebie zalążkami sympatii, a Ethan wiele
dowiedział się o pobliskim mieście, Mistyi.
-
To największe miasto na świecie- mówił Yori, kiedy Ethan zgięty w pół, łapał
oddech. Po pewnym czasie dzieciak przestał się dziwić niewiedzy mężczyzny, w
zupełnie naturalny dla siebie, a zupełnie obcy innym ludziom sposób,
przechodząc nad nią do porządku dziennego, akceptując fakt, jako taki. Kontynuował
swoją opowieść w kilkudziesięciu krótkich częściach, wykorzystując każdą wolną
chwilę wytchnienia: - Mury są tak grube, że aby przejść przez bramę
potrzebujesz pięćdziesięciu kroków. Jest ich trzy, to znaczy bramy. Ta, przy
której służę na strażnicy, to Brama Szaleńców. Nazywa się ją tak, bo gdybyś
jechał tym traktem- wskazał gdzieś pomiędzy drzewa, za którymi ukryta była
droga- to dotarłbyś do Limbrii, a tylko głupiec by się na to zdecydował.
Po
kilku godzinach Ethan nauczył się zadawać pytania. Teraz, leżąc w ciepłej
pościeli i pozwalając by błogie uczucie rozpływało się po jego udręczonych
mięśniach, układał sobie wszystko w głowie, po to, by móc jak najwięcej
zapamiętać. Nie miał pojęcia skąd w nim tak wielkie dążenie do wiedzy, ale
czuł, że informacje o mieście i o rzeczach związanych ze światem, do którego
sprowadził ich Oren są niezwykle ważne. I mogą wkrótce okazać się pożyteczne.
Są
jeszcze dwie bramy- Zwycięzców, która prowadzi przez rzekę Orb i Kamienna, przy
której rozciąga się bazar. Ulice mają kształt okręgów, a na środku miasta stoi
pomnik króla, którego imię Ethan usłyszał, co najmniej milion razy. Yori niemal
każde zdanie kończył pięknym i pustym frazesem „jaśnie panującego króla
Daimona”. Mówił wiele rzeczy, a potok
jego słów był chaotyczny i wartki, często zupełnie niezrozumiały. Ethan nie o
wszystko miał czas zapytać, bo słowa płynęły także przy akompaniamencie szczęku
stali, jakby chłopak wcale nie wkładał wysiłku w atakowanie o wiele starszego
mężczyzny, tymczasem on koncentrował się całkowicie na tym, co robi, starając
się odparowywać ciosy Yoriego. Pomagało wyobrażanie sobie, ze klinga lśni
ostrością i za każdym uderzeniem wyzwala rozbryzgi krwi. Jego krwi.
Wiedział
jednak, że za miasto prowadzi szeroka, brukowana droga. Po obu jej stronach stoją
dumne drzewa, a ona wiedzie wprost do zamku. Ethan znał tylko szkockie zamki,
ale z opowieści młodziaka wywnioskował, że ta posiadłość w niczym nie
przypomina starych, twardych i zimnych murów szkockich twierdz. Był to raczej
pałac, przywodzący mu na myśl opowieści o Ludwiku XIV i wspaniałym Wersalu. Z tego,
co mówił mu Yori wynikało, że życie na dworze opływa w luksusy i przywileje,
brak obowiązków i przykrych konieczności. Ethan patrzył z powątpiewaniem na
rozanieloną twarz młodzieńca, kiedy opowiadał o suto zastawionych stołach,
szczęśliwych ludziach, tańczących w barwnych korowodach, bogactwie i pięknie.
Poprzysiągł sobie, że znajdzie sposób, by móc zweryfikować słowa chłopaka i
ujrzeć na własne oczy to, o czym z takim przejęciem opowiadał.
Czy
nauczył się czegoś podczas morderczej para szermierki z Yorim? Pomimo
nieschodzącego uśmiechu z ust, chłopak był bardzo dobrym nauczycielem. Gdyby
było inaczej, Ethan nigdy w życiu nie zgodziłby się, by osiemnastolatek śmiał
się z niego, kiedy upadał pod jego ciosami i podawał mu dłoń, kiedy po raz
setny nurkował twarzą w piachu i trawie. Jednak teraz wiedział jak trzymać
miecz, jak się nim obronić, jak sprawić by stanowił tarczę, przed ciosem. Czuł
się tak, jakby uzyskał jakąś moc, dar, tajemnicę, której nie posiada reszta
osób z kryształami. I to wprawiało go w niezwykle dobre samopoczucie.
Dlatego
też, zamiast przez najbliższe dwa dni nie ruszać się z łóżka, wstał i ubrał
się, zaciskając zęby przy wdziewaniu na siebie lnianej koszuli. Niczym starzec,
powoli podnosił nogi, ubierając spodnie, po czym wyszedł z pokoju. Prawdziwą
torturą okazało się wyjście po drabinie. Napinające się mięśnie barków i pleców
sprawiały, że miał ochotę wyć z bólu. Nagrodą był ciepły wiatr, wiejący od
strony lasu, przesycony zapachem żywicy. Nie zatrzymując się poszedł do zagrody
Pecado, biorąc z ganku juki, które leżały od wczoraj dokładnie w tym samym
miejscu. Poprzedniego dnia nie miał ani krzty siły, by znieść je ze sobą pod
podłogę chaty.
U
Orena już od bardzo dawna musiało nie być zwierząt, bo pomimo wielu poszukiwań,
Ethan nie znalazł nic, czym mógłby nakarmić Pecado. Musiała więc zadowalać się
słodko zieloną trawą, chociaż wiedział, że takiemu zwierzęciu jak kara klacz
nie może to wystarczyć. Chciałby wybrać
się do miasta i kupić lub wymienić za bukłaki znalezione w jukach Mikela worek
owsa. A jeśli nie worek to, chociaż kwartę czy dwie. Wolał jednak na razie nie
opuszczać bezpiecznej bazy, jaką stała się okolica chaty Orena. Nie dlatego by
się bał tego, co może ujrzeć w mieście, ale miał przeczucie, że starzec nie
pochwalałby takiej samowolki. Wolał go na razie nie denerwować, tym bardziej, że
wydawał się być naburmuszony od czasu, kiedy sprowadził do jego zagrody Pecado.
Wyciągnął z juk kilka jabłek, małych i ususzonych, ale klacz chętnie zgarniała
je z jego wyciągniętej dłoni, potrząsając łbem i przeżuwając.
-
Niestety, mała, na razie musi ci tyle wystarczyć- powiedział, głaszcząc klacz.
Oparł
się o naprawione przez siebie ogrodzenie. Wbrew wszystkiemu był z siebie zadowolony,
a świat nigdy nie wydawał mu się tak obfitujący w możliwości jak w tej chwili.
Postanowił, że za wszelką cenę nauczy się walczyć i zamierzał dotrzymać tej
obietnicy. Dzięki temu czuł się, jakby otrzymał przepustkę do świata, jakby
połowicznie już był jego częścią i nic nie mogło tego zmienić. Wpadł. Był we
wnętrzu gotującego się wywaru, a zamiast wić się i krzyczeć, czuł tylko
przyjemne ciepło i bulgoczącą konsystencję, czule opływającą całe jego ciało.
Blady
świt przebijał się przez smugi mgły, sunącej tuż nad mokrą od rosy trawą. Świat
dopiero budził się do życia, głosem miliona ptasich treli. Było chłodno, ale
nie zimno, chociaż wilgoć lepiła się do skóry, a światło przebijało się przez
drobne cząstki mglistych pasm. Wszystko dookoła wydawało się skrzyć, chociaż na
niebie panowała zaledwie zapowiedź wschodu słońca. Ethan przedzierał się przez
las, schylając się pod ciężkimi od deszczu gałęziami i unikając kontaktu z
nićmi pajęczyny, obwieszonymi rosą niczym koralikami.
Pałał
wielkim entuzjazmem. To, że działał, nie trwał w stagnacji, dawało mu siłę,
jakiej się nie spodziewał. Nie tylko czuł, że jest na właściwym miejscu, ale
kiedy myślał, że ma tutaj coś do zrobienia, miał jakiś niewielki kłębek
nadziei, który mówił mu, że da sobie radę. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy
ostatnio był w tak dobrym nastroju i kiedy ostatnio posiadał tak wielkie
pokłady wiary w samego siebie.
Postanowił
iść brzegiem jeziorka, na skróty. Kiedy przedarł się przez gałęzie i zasłonę
liści, stanął jak wryty. Nad szklaną taflą wody siedział chłopak o śniadej
karnacji. Jeden z tych, którzy przybyli tutaj wraz z nim. Ethan starał się jak
mógł odsunąć się od rzekomego udziału tych dzieciaków w wyznaczonym im przez
Orena zadaniu. To była jego misja i wiedział, że to on będzie musiał mierzyć
się, że wszystkimi przeciwnościami. Reszcie brakowało potencjału, przynajmniej tak
uważał. Przyglądał się samotnej postaci.
Mimo, że stał daleko i nie widział wyrazu twarzy młodego mężczyzny, to
wiedział, że chłopak gorączkowo się nad czymś zastanawia. Właściwie świadczyły
o tym także niecodzienne okoliczności. Ktoś, kogo myśli nie przypominają
kłębowiska węży, śpi spokojnym snem o tej porze, a nie włóczy się samotnie po
lesie.
W
dłoni chłopaka coś zalśniło, a Ethan, który miał już okazję poznać błysk stali
odbijającej światło w niemal każdej pozycji, poczuł skurcz w żołądku. Miał
bardzo silne przeczucie, że wie, co się za chwilę stanie, wobec czego powoli,
skrajem lasu, wciąż ukryty za niewielkimi krzewinkami, zbliżał się do Latynosa.
Wydawało
się, jakby chłopak medytował nad niewielkim ostrzem noża, które obracał między
palcami zupełnie nieświadomie. Kiedy Ethan był praktycznie tuż za jego plecami
młody mężczyzna podjął decyzje, przystawiając sobie nóż do odsłoniętego
ramienia. Zareagował pod wpływem impulsu:
- Co robisz, do cholery?- zapytał, chwytając jednocześnie
nadgarstek chłopaka, a drugą ręką wyciągając mu nóż z dłoni. Głupota
zaskakiwała go na każdym kroku.
Latynos potoczył zszokowanym spojrzeniem, które najpierw
wbił w palce ściskające go za przegub, a dopiero potem popatrzył na twarzy
Ethana. Jego źrenice rozszerzyły się tak, że jego oczy wydawały się być
zupełnie czarne. Milczał, patrząc, jakby odebrało mu mowę, a Ethanowi przyszło
na myśl, że może chłopak odciął sobie język, ale nim podjął decyzję by to sprawdzić,
młody odezwał się:
- Testuję.
- A dokładniej?- mruknął Ethan. Stali tak blisko siebie, że
nawet nie musiał podnosić głosu, by jego słowa wyraźnie rozbrzmiały w ciszy
poranka. - Co można testować przykładając sobie nóż do ramienia?
- Szybkość, z jaką wykrwawię się w piątkowy poranek
przecinając tętnicę ramienną.
Beztroska, z jaką wypowiedział te słowa, sprawiła, że Ethan
zaczął podejrzewać, że rozmawia z człowiekiem niespełna rozumu. Ale bystre
spojrzenie chłopaka mówiło mu, że nie należy go oceniać, póki nie dowie się, o
co tutaj właściwie chodzi. Mimo wszystko nie mógł się powstrzymać od lekkiej
nuty ironii, jednocześnie puszczając rękę chłopaka, ale nadal trzymając nóż
poza zasięgiem jego dłoni.
- Wspaniale. A może sprawdzimy jak szybko umrzesz, kiedy
wbiję ci go w oko.
- Pewnie trochę szybciej... – mruknął, po czym wyciągnął
dłoń: - Daj, pokażę ci, o co chodzi.
Wahał się tylko ułamek sekundy. W gruncie rzeczy nie
wiedział, dlaczego w ogóle życie chłopaka i to, co robił miałoby go
interesować, ale Latynos zaciekawił go swoją butą i pewnością siebie. Chciał zobaczyć,
co z tego wyniknie, dlatego oddał chłopakowi narzędzie.
Patrzył jak dzieciak przejeżdża ostrzem po skórze na
ramieniu tworząc szybko krwawiącą rysę. Musiał oddać mu honor. Nawet się nie skrzywił.
Ethan minę miał, a przynajmniej starał się mieć, maksymalnie obojętną, chociaż przeszył
go lekki dreszcz niepokoju, kiedy ciało otworzyło się pokazując swe krwiste
wnętrze. Chłopak zamiast biegać dookoła
w poszukiwaniu plastra, stał spokojnie z zamkniętymi oczami, marszcząc lekko
brwi. Krwawienie ustało, a rana powoli się zamykała. Po chwili nie było ani
śladu. Nawet biel blizny zniknęła.
- Imponujące- powiedział sam do siebie, podnosząc wzrok z
ramienia na twarz chłopaka. - Naprawdę zaskakujące. Jestem Ethan- dodał
zupełnie niespodziewanie nawet dla samego siebie, wyciągając rękę do chłopaka. -
Możesz tą moc przenieść na kogoś innego? W sensie, czy potrafiłbyś wyleczyć
drugą osobę, czy działa to tylko w odniesieniu do ciebie?
- Luis. Leczę i innych, chociaż to trochę bardziej... – odpowiedział,
ściskając mu dłoń. Chwilę szukał właściwego słowa, po czym dokończył: -
kłopotliwe. Męczące. Wymaga większego skupienia.
Człowiek, który leczy rany innych magiczną mocą. Oto
prawdziwa potęga. Ethan nagle przypomniał sobie z bolesną wyrazistością jak
wiele razy otrzymywał ciosy od Yoriego. I o tym, że w prawdziwej walce były
martwy po stokroć. Tak, kryształowa moc uzdrawiania naprawdę mogła mu się
jeszcze kiedyś przydać.
- Rozumiem. Uważaj tylko, żebyś nie przeholował z tymi
swoimi testami. Wydaje mi się, że w najbliższej przyszłości może nam się
przydać ktoś taki, jak ty.
-Spoko, mam głowę na karku, szefuńciu. Właściwie, na czym
polega twoja moc?
Patrzył na niego uważnie, bystro, uśmiechając się. Ethanowi
przyszło na myśl, że ten chłopak chyba nie będzie w stanie zbyt długo usiedzieć
spokojnie pod chatą Orena. Aż bał się pomyśleć, co zrobi, kiedy skończą mu się
pomysły na kolejne testy swojej mocy. Miał nadzieję, że nie zacznie ranić
innych, by się sprawdzić. Nie… Może był lekko narwany, ale nie wyglądał na
sadystę.
- Mogę przybrać postać jakiejkolwiek osoby, którą chociaż
raz w życiu widziałem. Marna moc w porównaniu z brakiem konieczności
troszczenia się o skaleczenia- rzekł, odwzajemniając uśmiech Luisa w nieco
bardziej stonowanej, okrojonej wersji.
Chłopak wytrzeszczył na niego oczy, a mężczyzna zaczął się
zastanawiać czy przypadkiem nie powiedział czegoś dziwnego czy głupiego.
- Możesz być mną? – zapytał.- Teraz?
Niemal się roześmiał z chorobliwej ekscytacji Luisa.
Schlebiało mu jego zainteresowanie, ale wątpił by rzeczywistość mogła sprostać
wygórowanym oczekiwaniom.
- Mogę tylko wyglądać jak ty. Nie mogę stać się tobą-
powiedział.
Płonące ciekawością spojrzenie chłopaka nie dało mu jednak
spokoju, dlatego zamknął oczy, z obrazem jego twarzy pod powiekami. Po chwili
otworzył oczy, a Luis przyglądał mu się uważnie, obchodząc dookoła jakby był
jakimś okazem muzealnym. Mruczał przy tym po hiszpańsku.
- Dobry obserwator od razu pozna, że nie jestem tobą- powiedział
Ethan, znów zamykając oczy i wracając do swojej postaci.
- Jak długo masz tę moc? – zapytał chłopak.
- Już niemal dziesięć lat. Ale nie wykorzystywałem jej należycie- w
porównaniu z mocą chłopaka, który mógł leczyć obdrapane kolana i rozcięte
palce, Ethan wydawał się sobie niemal zwyrodnialcem. Zmienił temat: - Ty i Twój
przyjaciel pochodzicie z jakiegoś ciepłego, przyjemnego kraju. Chyba niełatwo
było go porzucić?
- Peru - odparł. - "Niełatwo" to niedopowiedzenie,
było raczej... kurewsko trudno. Ale wygląda na to, że tak naprawdę nie było
innego wyboru.
- Wyobrażam sobie- powiedział i rzeczywiście mógł sobie to
tylko wyobrażać. Dla niego zmiana kraju i życia następowała wielokrotnie. Więc
czym różniła się jego sytuacja w tych czasach? Tylko różnym postępem
cywilizacyjnym, ale Ethan wiedział, że poczynił kroki, by dostosować się i do
tego. Jak zawsze uda mu się znaleźć niszę ekologiczną, w której będzie mógł
spokojnie żyć. Spojrzał na słońce, którego tarcza oświetlała właśnie czubki
drzew. Przypomniał sobie, dokąd zmierzał, dopóki nie spotkał chłopaka. Na jego
twarzy pojawił się wyraz zaciętości, ale przezwyciężył go, patrząc na Luisa.
- Muszę iść. Teraz
już przynajmniej wiem, że sam nie zrobisz sobie krzywdy.
- Pewnie, że nie - odparł, po czym z rozbawieniem, które
chciał ukryć pod nieudolnie udawaną irytacją, dodał: - Jestem potężnym władcą
żywiołu, pamiętasz?
- Ależ oczywiście, Panie Potężny- zaczął odchodzić w
kierunku ściany drzew, ale odwrócił się nim zniknął i podniósł do góry rękę w
geście pożegnania: - Do zobaczenia.
Polana zalana była już słońcem. Białe światło poprzecinane
było ostrym cienistym kształtem liści. Ethan, oddychając ciężko, leżał na
środku, na chłodnej ziemi, patrząc na płynące w górze obłoki. To było
niesamowite. Pomimo inności tego świata, przyroda pozostała taka sama.
Niezmienna, a zarazem ciągle ulegająca przemianą.
Ostrze wbiło się w miękką ziemię tuż przy jego głowie.
- Już nie żyjesz- blondyn wyciągnął ku niemu dłoń. Ethan schwycił
ją, wstając i jednocześnie wyrywając broń z mchu. Był to srebrzony miecz, który
mężczyzna wyciągnął dzisiejszego ranka, by wreszcie wypróbować go w walce.
Mimo, że nie był specjalistą, to czuł różnicę pomiędzy bogatą, szlachetną
stalą, a kawałkiem stępionego żelaza, którym do tej pory walczyli. Miecz
stanowiłby realne zagrożenie dla Yoriego, gdyby tylko Ethanowi udało się, choć
raz sprawić, by młodzian znalazł się w zasięgu ostrza.
Mruknął coś niewyraźnie o odpoczynku. Yori roześmiał się
głośno. Właściwie nie istniały chyba słowa, na które nie miałby w odpowiedzi
śmiechu.
- Nie ma miejsca na odpoczynek na polu walki!- rzekł,
unosząc miecz i przyjmując właściwą pozycję do ataku. Lekko kołysał się na
ugiętych nogach. Ethan nie podzielał jednak jego zapału.
- Nie jesteśmy na polu walki- stwierdził, ale posłusznie
uniósł miecz, naśladując ruchy chłopaka. Czuł się jak idiota. Ale kiedy nie
robił tego w taki sposób, to tracił miecz o wiele szybciej, niż wtedy, kiedy
stosował się do zaleceń nastolatka. Stwierdził więc, że może zaakceptować warunki
Yoriego i być posłusznym lub pewnego dnia nie zdążyć pożałować tego, że się do
nich nie stosował.
- Ale moglibyśmy być- powiedział Yori, atakując i tnąc
szerokim łukiem od dołu. Ethan bez większych trudności sparował pchnięcie,
które już zdążył poznać. Gorzej sytuacja miała się z tym, co nastąpiło później.
Yori obrócił się na pięcie, tym razem uderzając z góry, a kiedy rozległ się
szczęk stali uderzającej o stal, chłopak z siłą, jakiej się po nim nie
spodziewał, odepchnął go i ciął w odsłonięty bok.- A gdybyśmy byli, to już byś
nie żył.
Ethanowi krew zawrzała w żyłach. Yori miał rację, a to tylko
zaogniło już płonącą w nim złość. Odwrócił się, zaskakując chłopaka cięciem z
dołu. Nauczył się go tylko z obserwacji, które właściwie były dla niego
najcenniejszym źródłem nowych umiejętności. Wykorzystał fakt, że jest o wiele
cięższy i silniejszy od młodziana i zaatakował go serią szybkich cięć, które
docelowo miały przeciąć tętnicę szyjną, ewentualnie odciąć całą głowę, ale w
jego przypadku ciągle natrafiały na błyskawiczną zasłonę Yoriego. Ale po raz
pierwszy to Ethan atakował, a nie tylko potulnie przyjmował ciosy. Okręcił się
na pięcie, naśladując niedawny ruch chłopaka tyle, że uchylił się, podcinając mu
nogi. Yori upadł, zupełnie zaskoczony, a Ethan, nie bez satysfakcji, wycelował
w niego ostrzem.
- Rycerze tak nie walczą- fuknął Yori, wstając z miękkiego
mchu.
- Nie jestem rycerzem- odpowiedział mężczyzna, a tym razem
to na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, którego nawet gromiące spojrzenie
Yoriego nie mogło powstrzymać. Wiedział, że chłopak wierzy w te wszystkie
wzniosłe ideały, ale czuł, że w jego przypadku i w walce, którą miał podjąć,
nie będą miały przełożenia na rzeczywistość. Wobec tego nie miał zamiaru się
nimi przejmować. Poklepał młodego blondyna po ramieniu- Może jeszcze ty się
czegoś przy mnie nauczysz- rzekł.
- Nigdy w życiu- odpowiedział chłopak zupełnie szczerze,
podkreślając swoje słowa nieścieralnym uśmiechem. – Nie będę oszukiwał jak
jakiś najemnik.
- A więc ja oszukuję, tak?- roześmiał się. – Ciężko się
pogodzić z przegraną, prawda Yori z Berg?
- Z nieuczciwą wygraną, owszem, Ethanie- powiedział chłopak,
znów przyjmując swoją pozycję do ataku. – Ale nie kłopocz się. Już nie będziesz
miał ku temu okazji.
Z błyskiem w oczach, zaatakował.
Zbliżał się do Bramy Szaleńców. Widział już zarys murów,
które przebijały się swoim ceglastym kolorem zza ściany drzew. Wieże strażnicze
śpiewały chórem kilku trąb, zwiastując otwarcie bram dla przybywających spoza
miasta kupców. Ciężka żelazna krata ruszyła ku górze, niknąc gdzieś w
czeluściach muru. Yori przecisnął się pomiędzy ciżbą, która nie była tak liczna
jak przy Głównej Bramie, ale na pewno o wiele bardziej nieprzyjemna. Ci, którzy
przechodzili przez tę bramę pochodzili z odległych krain, albo mieli nie po
kolei w głowie i mieszkali w lasach, wypalając węgiel czy zbierając magiczne
zioła.
Kiedy już przedostał się do wnętrza Mistyi, skierował swoje
kroki prosto do strażnicy, wspinając się po kolejnych stopniach krętych schodów
i mijając po drodze kilku swoich druhów, którzy zmierzali w przeciwnym
kierunku. To na nich padł dzisiaj obowiązek sprawdzania wchodzących do miasta. Tymczasem
Yori, przechodząc przez kuchnię i łapiąc pajdę chleba, piął się dalej, wysoko
ponad inne budowle. Miał dzisiaj być obserwatorem. Zajął swoją pozycję, odgryzając spory kęs
chleba i zaraz potem chowając resztę za plecami, stając na baczność. Nadchodził
dowódca, a Yori nie miał zamiaru znów mu podpaść. Nadal miał bąble na rękach od
szczoty, którą musiał czyścić stopnie prowadzące na wieżę. Dzięki temu
wiedział, że jest ich ponad pięć setek.
Kiedy dowódca wydał rozkazy i skrył się przed nadchodzącym
skwarem w swojej chłodnej komnacie, Yori odetchnął z ulgą i powiódł wzrokiem po
mieście. Z tak wysoka widział dokładnie układające się w okręgi ulice, przy
których wyrosły piętrowe kamienne budowle, które nie mając miejsca by rozrastać
się w szerz, pięły się ku górze dziwacznymi, drewnianymi konstrukcjami pięter.
Stojąc twarzą zwrócony ku miastu po prawej stronie widział bazar, z którego bił
ciężki, przepełniony zapachami gwar dziesiątek głosów kupców, rozkładających
swoje towary.
Z dziwacznych, rozklekotanych budowli tulących się do
kręgów, wyróżniało się półkole leżące z jego lewej strony. Zadbane bielone
domostwa, które zagarnęły dla siebie także po kawałku spalonej słońcem ziemi,
tworzącej namiastkę ogrodu. Ulica Rzemieślnicza była nie tyle najbogatszą, co
najbardziej zadbaną. Liczne cechy otaczały opieką nie tylko ludzi należących do
rzemieślniczej rodziny, ale i domy, które stawały się wizytówkami. Nawet z
takiej odległości widział niektóre szyldy, chyboczące się na lekkim wietrze. Na
każdym znajdował się herb danego cechu.
Powiódł wzrokiem dalej, omiatając złotą postać króla
Daimona, a także białą kopułę świątyni. Aleją obsadzoną majestatycznymi
drzewami wszedł na zamkowe terytorium. Zbudowany z kamienia korpus budowli w
niczym nie przypominał warowni. Yori wiedział, że mury, pomimo tego, że
wzniesione z solidnego surowca, są cienkie, by można było tworzyć z nich
fantazyjne łuki i wnęki. Brama miała złoconą, delikatną kratę, zupełnie różną
od żelastwa, które w Bramie Szaleńców miało bronić Mistyę przed atakiem.
Misterna sieć raczej przypominała pajęczą niż ludzką. Za nią widać było biały
bruk dziedzińca i hebanowe wrota prowadzące wprost do wnętrza tego raju pełnego
obietnic lepszego życia. Mury zamku tworzyły misterną wiązankę korytarzy,
komnat, schodów i skrytek, których nie poznał do końca chyba żaden z władców.
Yori stał dobrą chwilę na blankach, kupcy rozstawili cały
swój towar, nawołując zbierających się mieszczan do wydawania monet. Miasto
zaczynało tętnić życiem. Chłopak czuł promienie słońca na karku, które piekły
niczym ognie, ale nie poruszał się, stojąc na straży porządku i obserwując tak
bacznie, jak tylko pozwalał mu na to pot lejący się z czoła. Dopiero, kiedy słońce stanęło w zenicie
uniosła się złota dworska brama, zwiastując tym samym, że życie, które trwało
już dobrych kilka godzin wśród nisko urodzonych, wdarło się także w te
nieosiągalne mury, wyrywając ze snu dostojnych panów i nadobne panie, budzące
się w swoich pieleszach i czekające na podanie sutego posiłku.
Leżała
w wielkim łożu z baldachimem w kolorze brudnego różu. Nienawidziła go, jak
wielu rzeczy oddanych jej do użytku. W zimnej komnacie wszystkie meble nosiły
ślady wieloletniego użytkowania, podczas gdy królewskie włości ustrojone były
złotem, klejnotami i marmurem, kontrastującym z puchem łabędziego pierza czy
gładką bielą gronostajowych pokryć. Tego właśnie pragnęła. Mierził ją widok
drewnianych i prostych mebli, mających jedynie wymiar utylitarny nie mogąc
równać się z królewskim przepychem. Westchnęła, czując narastającą w niej
frustrację. Dlaczego miałaby zadowolić się tylko połowicznym sukcesem?
Poczuła
jak coś zimnego przesuwa się po jej udzie, sunąc powoli do góry. Zamknęła oczy,
wsłuchując się w delikatny szelest, jaki wydawała jej skóra w zetknięciu z
metalem. Ostrze gładziło jej brzuch, a potem przepłynęło ledwo namacalnie pomiędzy
piersiami. Kiedy stalowy chłód przytknął się do sutki, poczuła jak sztywnieje.
Otworzyła oczy i przekręciła głowę, patrząc na leżącą obok niej szatynkę.
Podpierała się na ramieniu zupełnie ignorując świdrujące spojrzenie zielonych
oczu, którego tak wielu unikało niczym ognia. W lewej dłoni ściskała rękojmię
krótkiego sztyletu, którym z uśmiechem na ustach przesuwała po białej skórze,
raz po raz przygryzając dolną wargę w skupieniu obserwując jak z miękkiego
ciemnoróżowego fragmentu piersi powstaje twarde, sterczące wybrzuszenie. Jej
uśmiech poszerzył się, kiedy obie sutki były spiczaste. Odłożyła sztylet,
pochyliła się i drażniła je gorącymi ustami. Miravel Nineve, leżąc na plecach, mimowolnie
westchnęła, przymykając oczy.
Czuła
się zniewolona, a jednocześnie w tym zniewoleniu było jej dobrze. Mogła
zignorować wszelkie obowiązki na rzecz błogostanu, który ją ogarniał, a kiedy
zaskakująco delikatna dłoń zaczęła gładzić jej brzuch i podbrzusze, wszystkie
myśli oddaliły się w pośpiechu, pozostawiając jasny, gorejący znak w umyśle.
Znak, który wskazywał prostą drogę ku rozkoszy. Usta spoczęły na jej ustach,
miękkie, tęchnące ciepłym oddechem, sprawiającym, że wargi Miravel same
rozchyliły się zapraszając do środka wijący się język. Ruchy kobiecej dłoni
stały się bardziej natarczywe, drażniły się z nią, raz po raz zahaczając
palcami o źródło wszelkiej przyjemności i cofając się. Aż wreszcie, kiedy ich
oddechy stanowiły jedno opadające i wznoszące się, ociężałe tchnienie, a palce
kobiety zanurzały się raz po raz w jej wnętrzu, budując prostą, wznoszącą się
drogę ku szczytom, rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Miravel Nineve, do
tej pory wygięta niczym struna, ku nadchodzącemu spełnieniu opadła na poduszki,
pragnąc mocy, która spopieliłaby intruza.
-
Wejść- rozkazała zamiast tego, unosząc się lekko na łokciach. Wszedł herold,
niosąc kilka zapieczętowanych listów na srebrnej tacy. Miravel westchnęła. Nie
da się uniknąć nadchodzącego poranka, choćby nie wiem jak bardzo się chciało.
-
Poczta, pani- herold ukłonił się, wbijając wzrok w podłogę.
Miravel
wstała, wygrzebując się spod ciepłej pościeli i stanęła przed mężczyzną, naga,
ignorując szczypiący chłód, czego nie można było powiedzieć o jej ciele, które
pokryło się gęsią skórką. Odebrała papiery od mężczyzny, a ten wyprostował się.
Jego wzrok wbił się teraz w nią. Miravel uśmiechnęła się lekko, zadowolona.
Miała ochotę powiedzieć mężczyźnie, żeby patrzył, bo jest to pewnie jedno z
najpiękniejszych nagich, kobiecych ciał, jakie ujrzał w swoim życiu. Może i by
to zrobiła, gdyby nie to, że w chwilę później cała pochlebiająca jej uwaga
skupiła się na jakimś punkcie obok niej. To Kenna stanęła tuż obok, a Miravel
mogła przestać się dziwić, skąd ta nagła zmiana zainteresowania.
-
Możesz wyjść- warknęła w stronę drobnego, oczarowanego mężczyzny, który wykonał
jej rozkaz z pewnym opóźnieniem.
Odwróciła
się w stronę szatynki, która patrzyła na nią z uśmiechem, szerokim i szczerym,
który obejmował każdą część jej twarzy. Kenna na co dzień nosiła męską zbroję,
pod którą ukrywało się większość jej atrybutów, którymi to mogłaby zdobywać nie
tylko posłuch żołnierzy, ale także ich dozgonną miłość, którą dawaliby jej na
każde skinienie palca. Pełne piersi, niemal idealne, bez jakichkolwiek
niedoskonałości. Umięśniony brzuch i silne, kobiece uda, którymi mogłaby
połamać człowiekowi żebra. Kenna była wysoką kobietą, posiadającą niezachwianą
pewność siebie, wprawiającą w zakłopotanie wszystkich dookoła.
Miravel
czuła jak bardzo jej zazdrości. Pochodziła z możnego rodu, miała ciało bogini i
siłę, dzięki której władała całym wojskiem swojego ojca. Poruszała się z
gracją, jakiej nigdy nie ujawniała, nosząc zbroję. Podeszła do Miravel,
obejmując ją w talii i stając tuż za nią tak, że mogła czuć ciepło piersi
przyciśniętych do pleców.
-
Może dokończymy to, co nam przerwano- oddech Kenny lekko pieścił płatek jej
ucha, natomiast opuszki jej placów delikatnie gładziły czarne znamię,
przywodzące na myśl diament zatopiony w skórze w miejscu, w którym ciężar
piersi spotykał się z twardym łukiem żeber.
-
Nie teraz- odparła. To, co w gorących tchnieniach wydawanych pod ciepłym i
kryjącym schronieniem pościeli wydawało się miękkie i chętne, w obliczu
chłodnego kontrastu z ostrym światłem dnia, umiejętnie ostudziło wszelkie
wzniosłości. – Rada zbiera się w samo
południe.
Przeszła
przez komnatę, wchodząc do przylegającego do niej pomieszczenia, stanowiącego
integralną część jej kwaterunku. Służące nalewały wodę do wielkiej balii
stojącej pośrodku, para unosiła się, zakrywając wszystko ciepłą mgiełką,
zapraszającą i nęcącą obietnicą. Miravel nie zwracała uwagi ani na kojące
ciepło wody, ani na dziewczyny, które polewały ją wodą, olejkami i szorowały
jej skórę. Jedynym, na czym się skupiała były listy przyniesione przez
mężczyznę. Trzymała je z dala od wilgoci, unosząc wysoko nad głową i starając
się przejrzeć ich treść. Cztery z pięciu zamieniły się w kule papieru, które
leżały na kamiennej posadzce, odrzucone. Jeden okazał się niezwykle ciekawy. Na
tyle, by wywołać uśmiech na twarzy Miravel. Wyszła, ociekając wodą, a służące
niemal natychmiast okryły ją ciepłym i miękkim kawałkiem płótna, które
wchłonęło krople. Jedna z kobiet upinała jej włosy, kolejne niosły suknię. Uwielbiała,
kiedy jej usługiwano, kiedy mogła być w centrum zainteresowania i nic nie
stawało na przeszkodzie temu, by czuć się wielbioną. Tak, Miravel była
stworzona do życia w luksusie, zawsze o tym wiedziała. Tak samo, jak wiedziała,
do czego zmierza. Wtedy nic nie mogło jej przeszkodzić.
Rada,
której zadaniem było wspomaganie króla Daimona w podejmowaniu decyzji, zbierała
się w okrągłej sali, sąsiadującej z salą tronową, w której rozpatrywano sprawy
ludu. Było ich sześcioro. Sześć odrębnych tonów, które w założeniu miały łączyć
się wyśpiewując zgodnym chórem najlepsze rozwiązania. Wątpiła by kiedykolwiek
miało to miejsce. Radzie przewodził sam władca, przed którego obliczem gięły
się kolana. A raczej to obowiązek nakazywał, by usłużnie się gięły. Daimon,
jaśnie panujący, błyszczący glorią i chwałą wśród pospólstwa, dla każdemu, kto
miał na dworze swoje oczy i uszy, jawił się, jako marionetka w pięknych
dłoniach swej królewskiej małżonki. Właśnie dzięki przychylności Taiki Miravel
otrzymała należne jej miejsce. Zasiadła na równi z mężczyznami, chociaż oni
sami nigdy nie okazywali, by w istocie była im równa.
Kiedy
weszła w Sali znajdował się tylko Paimon, królewski brat, kołyszący się na
krześle z pełną nonszalancją. Był potężnym mężczyzną i ogrzewał krew niejednej
kobiety. Wstał i pochylił głowę, na co ona odpowiedziała mu tym samym.
Podszedł, a kiedy stawał blisko, zdawało się, że góruje nad wszystkim dookoła,
przysłaniając cały świat, który zdawał się nie istnieć lub istnieć w nim.
-
Miravel- ustami dotknął jej wyciągniętej dłoni. – Spotkałem córkę hrabiego Byrona,
chyłkiem opuszczającą twoją komnatę.
Uśmiechnęła
się. Znała swoje miejsce w hierarchii i dopóki jej pozycja nie będzie stała i
pewna, musiała grać według zasad stawianych jej przez ważniejszych.
-
Wybacz, panie, ale w moich wyobrażeniach nie mieści się by Kenna z Umith
cokolwiek robiła chyłkiem.
-
Zapewne masz rację- roześmiał się, a jego śmiech wydawał się odbijać echem od
kamiennych ścian i powracać zwielokrotniony. – Chciałbym tylko zaproponować
próbę przełamania tej kobiecej rutyny, wśród której zdajesz się obracać.
Kiedy
Miravel otwierała usta by uprzejmie odpowiedzieć, drzwi otworzyły się, a do
pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Nineve opadła na kolana przed swoim
władcą, a ten, zupełnie ignorując swojego brata podszedł ku niej, wyciągając
dłoń, którą kobieta ucałowała, a potem schwyciła, by wstać.
-
Miravel, moja droga, królowa wspominała mi o twoim zaangażowaniu w sprawę
piractwa na Olennach- Daimon nie był starym człowiekiem. Był mężczyzną w sile
wieku, o lekko pochylonych ku przodowi ramionach, jakby uginał się pod ciężarem
obowiązków, które uwidaczniały się także w cienkich pasmach siwizny znaczących
kasztanowe włosy króla. Jedno nie ulegało wątpliwości. Daimon był dobrym
człowiekiem, co w opinii Miravel stanowiło pokaźną rysę na królewskiej
charakterystyce. Nieugięty. Sprawiedliwy. Władczy. Król nie powinien być dobry,
bo dobroć leży zbyt blisko słabości. Wszyscy o tym wiedzieli. – Wysłanie
zatrutego ładunku okazało się skuteczniejsze i tańsze niż morskie eskapady. Podobno
po słonych wodach nadal pływają okręty widmo ze zwłokami na pokładach.
- W
czasach bohaterów trzeciej ery piractwo karano stryczkiem, a nie kobiecymi
sztuczkami- starczy głos przerwał rozważania króla. Mężczyzna, który z nim
przybył, usiadł na krześle, wyciągając nogi, by dać starym kością odpoczynek.
Paimon
roześmiał się.
-
Mistrzu Egardielu, z całym szacunkiem, ale pierdolisz. Skoro podziałało, to czy
ważne jest, czy za pomocą stryczka, czy trucizny, czy obdarcia ze skóry. Dobra robota,
moja droga- ukłonił się, po czym opadł na krzesło stojące naprzeciwko starca. –
Jedna kobieta rozgromiła piracką flotę. Flaning aż uciekł zbierać twoje
pokłosie, z podkulonym ogonem gnał na pełnych żaglach, nie mogąc się pogodzić z
tym, że okazałaś się skuteczniejsza niż admirał floty.
Miravel
nie mogła ukryć lekkiego uśmiechu. Była z siebie dumna, owszem. I zupełnie
słusznie. Z elegancją i skutecznością, jakiej nikt się po niej nie spodziewał,
zdjęła z barków króla palący problem. Czuła, że właśnie wspięła się o jeden
stopień wyżej, umacniając swoją pozycję. Nie chciała by samozadowolenie stępiło
jej umysł, więc zdusiła je w zarodku. Skupiła się na tym, co teraz było dla
niej najważniejsze. Na treści listu, który tkwił ukryty w rękawie jej sukni,
czekała aż Rada zacznie radzić, a nie bajdurzyć. Poczuła to tylko przez ułamek sekundy. Krótkie
ukłucie, jakby ktoś wbijał jej szpilkę w pierś. Nawet nie zareagowała, była już
przyzwyczajona, do tych nagłych i nieoczekiwanych igieł zazdrości. Odwróciła
się, szukając. Rozpływające się pod bielmem spojrzenie starca napotkało jej
wzrok, a wówczas od razu zmieniło obiekt. Ukłucie ustało, ale kobieta zmrużyła
lekko oczy. Zazdrościł jej.
-
Możemy zaczynać. Sir Nicola i Gwardia wykonują rozkazy- rzekł władca, zajmując
miejsce na podwyższeniu.
Rozkazy?
Miravel nic nie wiedziała o rozkazach. Nie lubiła, kiedy coś działo się poza
jej kontrolą. Mimo to uśmiechnęła się zachęcająco do Mistrza Egardiela, który
zwykle rozpoczynał zebrania Rady. Starzec zmierzył ją nieprzychylnym
spojrzeniem. Obiecała sobie, że sprawi,
by w niedalekiej przyszłości oczy starca stopniały w blasku rozgrzanego do
białości żelastwa.
Rozpoczął
się długi wywód dotyczący złota w skarbcu, mnożących się na traktach grup
wędrownych rabusi i zbójców, uciekających się nie tylko do zamachów na mienie,
ale też na życie, czy, bogini broń!, na cnotę delikatnych panien.
-
Nie wiem cóż tym razem, droga memu sercu Miravel mogłaby zatruć, by uwolnić nas
od tej przykrej zarazy, ale radziłbym ustawić straże wzdłuż traktów. Może część
Gwardii Królewskiej mogłaby zostać oddelegowana…
-
Gwardia jest od tego, by chronić króla i dwór- powiedziała, skupiając na sobie
uwagę królewskich braci. Dzisiejszego dnia los jej sprzyjał. Miała przewagę nad
starcem, zwykle kryjącym się za szerokimi barami rycerskich dowódców. Ale nie
tym razem. Dostrzegła w tym swoją
szansę. – Nic dziwnego, że coraz śmielej sobie poczynają, skoro wiedzą, że już
niedługo otrzymają wsparcie potężnej siły.
Zamilkła,
by dać mężczyznom czas na przetrawienie jej słów i by ziarno niepokoju mogło
wykiełkować. Żaden z nich nie wiedział, o czym mówi. Nie było to dla niej
zaskoczeniem.
-
Wyjaśnij, proszę- Daimon oparł się na łokciach, patrząc na nią uważnie spod półprzymkniętych
powiek.
- Na
północy gromadzą się kiraalczycy. Zbliżają się do granicy, budują domy, ostrzą
stal. Mówi się, że nadchodzi wojna. Słychać też głosy, szepczące o potajemnym
pakcie łączącym Kiraal z banitami z Limbrii. Potwierdzają to twoje słowa,
Mistrzu- skinęła dłonią. Mrożący krew w żyłach pakt wymyśliła na poczekaniu. Ale
przecież nie było to niemożliwe? – Powinniśmy zacząć przygotowania do wojny.
Zwołać hrabiów, by chorągwie stały w gotowości.
-
Niepotrzebny entuzjazm- chłodny ton Paimona ostudził gorączkę, którą rozpalały
jej słowa.
Nie
spodziewała się sprzeciwu ze strony następcy tronu. Jak i wszystko to, co niespodziewane,
tak i to przyprawiło ją o ból głowy.
-
Słucham?
-
Kiraal nie uderzy na Anani- pewny siebie, skierował swoje słowa do brata,
zupełnie ją ignorując. Nawet ona musiała dostrzec niezachwianą siłę twardych
słów, które niszczyły jej miękkie, rozpadające się dłoniach wieści.
Sięgnęła
do rękawa, rzucając na stół list. Wstała, krzyżując spojrzenie z Paimonem.
-
Mam list, w którym zaufany człowiek donosi o kiraalczykach.
-
Napisany ręką równie niepewną, jak głowa, która stworzyła treść- zmiął list w
dłoni, pozwalając by opadł, niczym płatek popiołu ze spalonego miasta.
Zapadła
cisza, w której mogłyby rozbrzmiewać tylko trzaski iskier z oczekujących
królewskiego wyroku, oczu.
-
Nie ma potrzeby, by kilku kiraalczyków mąciło nasze umysły. Niepokoją mnie braki z złocie, o których
wspominałeś, Mistrzu.
Miravel
pokłoniła się pokornie, przy akompaniamencie starczego głosu. To samo zrobił
Paimon, patrząc na nią spode łba, z uśmiechem, który mógłby stać się synonimem
tryumfu. Nie przyznał jej racji, bo ugodziło go to, że to nie on dotarł do tych
wieści. Cholerny egoisto.
Była
szczęśliwa. Szczęście oddzielało się płatami od rozczarowania dzisiejszego
dnia. Znalazła rozwiązanie, które nie tylko da jej przewagę, ale umocni jej
wizerunek w oczach całego świata. Stanie się potężna. Wszystkie elementy
składały się w jej głowie w logiczną całość, tworząc spójny obraz nadchodzącego
zniszczenia. Miravel uśmiechnęła się, czuła to tak wyraźnie, jak napływające
zewsząd rozbłyski energii pulsującej wokół niej, fluktuującej, ciągle zmiennej,
a jednak wyraźnej i tak realnej, że wydawało się, iż można ją dotknąć i
kształtować. I w istocie tak było. Mogła to zrobić. Sprawić, by strzępki mgły
stały się silnymi korzeniami, wdzierającymi się w miękkie ciało, drążącymi aż
do upadku. Wszystko musiało pójść zgodnie z jej wolą. W innym przypadku będzie
zgubiona. Kładła na szalę swój los i śmiała się głos, bo wiedziała, że nie
istnieje inne rozwiązanie, jak jej zwycięstwo. Musi tylko zatroszczyć się o to,
by na drugiej szalce nie kłaść zbyt wiele. Nie mogła mierzyć się z całym
światem. Postanowiła ograniczyć się tylko do pociągania za sznurki, które w
niedługim czasie oplotą wszystkich dookoła, a ona będzie trzymała pęk nitek,
wzmacniając nacisk, bądź też w swej dobroci dając chwilę wytchnienia.
Kenna
spała w jej łóżku. Miała lekko uchylone usta, na których Miravel złożyła
pocałunek. Tyle wystarczyło. Błysnęły niebieskie oczy, patrzące zupełnie
przytomnie. Skupiła wzrok na jej twarzy, uśmiechnęła się.
- Czemu
tak późno?- zapytała, przeciągając się i unosząc na poduszkach.
-
Pilnowałam rachowania skarbca.
-
Ty? Czemu ta stara papuga nie mogła tego robić? Przecież właśnie, dlatego
jeszcze się go tutaj karmi.
-
Jest stary, musiał odpocząć- skrzywiła się Miravel, co Kenna odczytała zupełnie
opacznie.
-
Jesteś dla nich za dobra- mruknęła, siadając za jej plecami i odwiązując
wstążki trzymające w ryzach gorset sukni. – Pomogę ci- odgarnęła jej włosy z
karku.
Ogrzewała
się ciepłem jej ciała, przywierając do niego. Kenna była miękka, pachniała
trawą i wiatrem. Ale Miravel oddawała jej pocałunki z myślą o czymś zupełnie
innym. Było coś, na czym zależało jej bardziej niż na pieszczotach.
- Kenno,
może posłałabyś po swojego ojca?- zapytała w ciszy przerywanej dźwiękiem, który
tak uwielbiała. Melodią skóry, ocierającej się o skórę. – Zbliża się święto
monarchii, może chciałabyś spotkać się z nim przy takiej okazji.
Kobieta
oparła się na łokciu, patrząc na nią badawczo, wreszcie odsłoniła zęby w
uśmiechu, tym, który oznaczał, że naprawdę jest z czegoś zadowolona. Odgarnęła
z jej twarzy kosmyk włosów, palcem przejeżdżając po jej nosie i wargach.
-
Jesteś dla mnie za dobra- wyszeptała. – To wspaniały pomysł. A teraz pora na
to, by dokończyć pewną poranną czynność, którą tak brutalnie nam przerwano.
Zawisła
nad nią, a kiedy ucałowała jej piersi, krótko ostrzyżone włosy połaskotały
twarz Miravel. Nie zwracała na to uwagi. Przed oczami roztaczały się wizje
przyszłości, nad którą zawisła łuna sukcesu. A kiedy włosy Kenny załaskotały
jej uda, a usta rozsiewały słodkie pocałunki złożone z kojącej rosy i parzącego
żelastwa, Miravel żyła już tylko tym, jak radośnie będzie płonął świat u jej
stóp.
Czytałam już tyle razy tę notkę, a wciąż brak mi słów! Może zacznę od początku.
OdpowiedzUsuńYori. Mój Ci jest! Aż mam ochotę przykryć mu głowę chustką niczym Danusia i oznajmić to całemu światu! Mimo, że Yori skazańcem nie jest, ale cóż. I tak go kocham nad życie, o czym powiem jeszcze dalej.
Ethan. Ethana kocham nad życie od zawsze. Możesz o nim mówić, co tylko chcesz, ale mnie do niego nie zniechęcisz. Czasem mam ochotę go popukać po głowie i powiedzieć mu "chłopie, ogarnij się wreszcie", gdy plecie trzy po trzy, ale potem się zastanawiam, czy to aby ja nie gadam głupot. Zaczynam się wtedy zastanawiać, co ja bym zrobiła w jego sytuacji i dochodzę do różnych, dziwnych wniosków. Hah, Ethan miał zakwasy! High5! Polecam ćwiczenie aikido, kiedyś mu przejdzie, hihi. Żartuję, nie pozwoliłabym mu tak się katować. Aczkolwiek ta szeroka postawa na lekko ugiętych nogach jest postawą stabilną, którą się używa nie tylko przy władaniu mieczem, więc niech Ethan nie narzeka i się słucha Yoriego ;).
A teraz powrócę do mojego zachwytu Yorim, a raczej go rozwinę. Kocham go, kocham. Z każdą swoją odsłoną skrada coraz bardziej moje serce, choć wydaje mi się, że zagarnął je już całe. Aż komuś go zazdroszczę (Yoriego, nie mojego serca)! Kocham go za jego prostotę, pogodę ducha, ale też zaradność, odpowiedzialność i taką równowagę. Jeśli można pożartować, to się żartuje, ale jeśli trzeba wykonywać obowiązki, to w pocie czoła (dosłownie i w przenośni) je wykonuje. Tylko go podziwiać :). No i jeszcze ten jego młodzieńczy urok, ach!
Miravel. Uch, wiesz, że jej nie lubię z pewnych względów przyszłościowych. To chyba zazdrość, którą ona tak bezczelnie kieruje. Nawet u mnie! Ale muszę przyznać, że u Ciebie w notce pomimo swojego chłodu, zauroczyła mnie. Chyba zaczynam pałać do niej sympatią, to dziwne, ale jakże przyjemne. A w połączeniu z Kenną... Pikantnie, ale wyrafinowanie! Swoją drogą czekam więcej na Kennę. Co jeszcze do samej Miry - wie baba, czego chce. To dobrze. Coraz mniej takich kobiet, które wiedzą, czego chcą i biorą sprawy w swoje ręce. No i są na tyle pewne siebie oraz swojej pozycji, aby odmówić uciechy następcy tronu ;).
Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na jeden mały szczegół. Te piękne opisy. Zarówno w ustach Yoriego, jak i te ogólnie. Przedstawienie muru Mistyi, samego miasta, zamku, jego wnętrza, obyczajów, a także posiedzenia rady. Jak ja Ci zazdroszczę tej lekkości słowa. I dokładności! Widziałam to wszystko oczami wyobraźni. I się zakochałam w Mistyi.
Dużo weny, dużo czasu, dużo notek!
Kocham, ściskam, całuję, czekam!
Ade
Droga Lei,
OdpowiedzUsuńzdecydowałam, że napiszę do Ciebie list. Nie, nie komentarz, komentarze są zbyt... banalne? błahe? miałkie? Powierzchowne, to chyba dobre słowo. A ja mam Ci bardzo wiele do powiedzenia :)
Porównałaś mnie do krążownika – bardzo słusznie, bo wracam do Ethana niczym boomerang za każdym razem, gdy odprawiam prywatny pogrzeb Wenie. A on tą swoją cudowną mocą zmartwychwstaje ją za każdym razem, niezależnie od tego, jak głęboko ją zakopałam. Czytam i za każdym razem doszukuję się czegoś nowego, to właśnie lubię – nie tylko Ethan może zmieniać twarz; Twoje notki z każdym kolejnym czytaniem wyciągają na światło dzienne nową Prawdę, której za pierwszym czy drugim razem nie uchwyciłam. To zadziwiająca umiejętność, której jesteś szczęśliwą posiadaczką; kto wie, może nawet masz gdzieś ukryty kryształ?
Lei, Lei, Lei. Pozwól, że na chwilę wrócę do tej dedykacji! Wybacz, ale moja egoistyczna i egocentryczna natura nie pozwala mi tego przemilczeć. Zupełnie, nie wiem, czym sobie zasłużyłam, ale zostałam mile połechtana. Generalnie jeden z najlepszych umysłowych orgazmów jakie ostatnio mi się przydarzyły. Dostać dedykację na blogu o Ethanie-moim idolu! Doprawdy, wiesz, jak zrobić mi dobrze, nawet jeśli nie wiesz ;>
A, i nie myśl, że ten komentarz to tylko dlatego, że o mnie wspomniałaś. Po prostu zbierałam się bardzo długo. I nie, nie dlatego, że jestem leniem. Dlatego, że zwyczajnie nie wiedziałam, co napisać. Ale teraz już wiem.
Ethan jest dla mnie – generalnie – strefą sacrum. Bo wiesz, Lei, książki, to także świat. I to świat, który człowiek sam sobie wybiera. Ja wybieram ten bez zastanowienia. Kupuję w ciemno, jak kota w worku. Wykreowałaś rzeczywistość, która wciąga jak wir – ani się nie obejrzysz, a już leżysz bezwładnie w morskiej kipieli. Ale jakie to przyjemne!
Etan Rouge. Nigdy nie przypuszczałam, że widząc czyjeś personalia, ba!, myśląc o nich, będę się uśmiechać (i nie będzie to mój chłopak, wybacz :D ). A jednak. Jedno wspomnienie i szczerzę się jak głupia. Człowiek – zagadka. Dominujący i uległy jednocześnie. Ulega przede wszystkim swojej ciemnej stronie, przede wszystkim w przeszłości. Rzezimieszek, tak go określam, jak o nim myślę, zdradzę Ci sekret. Jest rzezimieszkiem. Uwielbiam czarne charaktery, ale on jest bardziej biały, niż śmiałam przypuszczać. Chwyta za serce – swoim zaangażowaniem, krytycyzmem, wolą walki, dobrocią, i – o Boże – mogę wymieniać w nieskończoność i się nie zmęczyć. Uwielbiam go. Ale to nie on tutaj jest najważniejszy, więc zejdę z niego, zanim pomyślisz, że się w nim zadurzyłam :D Chociaż to też nie byłoby kłamstwem.
Najważniejsze są twoje opisy! Wprost wyjęte z książek Wielkiej Fantastyki. Nawet nie wiesz, jak Ci ich zazdroszczę! Miravel chyba dostałaby zawału, jakby przebywała w moim towarzystwie. Ale! Z drugiej strony jeszcze bardziej cieszę się, że mogę sobie pokrążyć w Twoim otoczeniu i ogrzać się w blasku chwały. Ta historia jest płynną perfekcją. Jakbym mogła, to zamknęłabym ją w fiolce i wypiła. Ethan, Pheobe, Julie, Yori, Miravel, Kenna. Czuję się, jakby byli moimi przyjaciółmi, wrogami, kochankami i oprawcami w jednym. Ulegam ich urokowi. Są prawdziwi. Nie prawdopodobni, prawdziwi, tak że właściwie czasami mam ochotę wyciągnąć rękę przed siebie i ich dotknąć. Macki mojej wyobraźni dotykają je po stokroć. W moim umyśle są ciągle żywe, to naprawdę zadziwiające.
OdpowiedzUsuńNa koniec muszę zwrócić uwagę na trzy aspekty. Mam dobre i złe wiadomości. Pewnie wolałabyś pierwsze przeczytać złą, ale zrobię ci – jak na ironię – na złość. Twoje opisy nie dość, że są barwne, to jeszcze szczegółowe i magiczne. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale często w komentarzach przytaczam 'perełki', które rzucają mi się w oczy podczas czytania. Tutaj tego nie zrobię. Z jednego prostego powodu: jest ich zbyt wiele, nie potrafię wyróżnić jednej czy dwóch. Ale wszystkie mam gdzieś za przegniłą korą mózgową, więc jeśli będziesz miała ochotę o nich posłuchać, to napiszę Ci na gadu.
Po drugie, nie znam nikogo, kto piszę tak magiczne i cudowne opisy seksu. Boże, daj więcej. A najlepiej napisz 50 twarzy Greya – tylko Ty mogłabyś zmienić to (moim zdaniem) największe rozczarowanie roku w chodzącą perełkę. Zdradzę Ci tajemnicę: chyba nigdy więcej nie tknę literacko tematu seksu: ustawiłaś poprzeczkę jak przy skoku wzwyż.
A teraz ta zła wiadomość. Zła wiadomość dotyczy mnie. Jest bardzo intymna, tak jak powinna być w liście. To w sumie jest list otwarty, ale mam nadzieję, że nikomu nie będzie chciało się czytać takiego molochu :)
Miałam wiele pomysłów na tę serię. Naprawdę wiele. Nawet ostatnio krążył (jak krążownik) po mojej głowie jeden z nich. W sumie najbardziej klarowny. Ale cieszę się, że nigdy go nie zrealizuję, bo czułabym głęboki niedosyt, jeśli miałabym porównać go z Twoim światem. Nie lubię rozczarowań, ale w tym wypadku byłabym chodzącym rozczarowaniem.
Ale za to wiernie będę czytać i czytać.
Mam nadzieję, że więcej komentować.
Jeszcze raz dziękuję, za stworzenie mojej głowie nowego domu :)
Kocham Cię i Buziaczkuję,
Marcela
PS Wybacz ckliwość xD
PS2 Jak widzisz, nadrabiam ilość komentarzy xd W jednym się nie zmieściło :D
Wow, dziewczyny tyle napisały, że nie wiem co mogę jeszcze dodać :D Powiem tak: Yori - brak słów, szkoda, że tacy faceci nie istnieją, bo ja bym klękła przed nim na kolanach :D Nieźle wymęczył Ethana i jest wreszcie ktoś kto jest w stanie nad nim zapanować mimo tak młodego wieku. Świetnie opisujesz ich walki, a to dzięki temu, że dokładnie wpasowałaś się w te nasze "średniowiecze".
OdpowiedzUsuńCo do Ethana: Jaki troskliwy o Luis! Kto by pomyślał, że tak się zatroszczy. Dialog krótki, ale konkretny - każdy ma niezwykłą moc i w sumie ja nie wiem kogo bym wybrała ;D
A Mira... Ja się jej osobiście bardzo bym bała gdybym miała się z nią spotkać. Chłodna i przerażająca. Mnie przeraża jej siła i dominacja. Scena z Kenną... świetnie opisana. Podobała mi się niesamowicie!
Nie wiem co mam jeszcze dodać, notka świetna i nie wiem dlaczego tak marudziłaś.
Tośka
Chciałabym móc tak barwnie, jak Ty, opisywać ten świat, ale czuję, że nie będę w stanie. I może trochę dlatego tak odkładam przeniesienie się w te czasy. Ethan imponuje mi swoją wytrwałością i ambicją, w tej notce przypominał mi Sherlocka z serialu, a więc, w skrócie, zauroczył mnie po raz kolejny, tym razem inną odsłoną. Podobają mi się wszystkie dialogi, są bardzo naturalne, a jednocześnie na poziomie, czuję bystrość Twoich bohaterów. Miravel mnie zaciekawiła, ale nie widzę innej możliwości, taka postać nie może pozostawiać czytelników obojętnymi. Czuję, że potrafi nieźle namieszać na dworze, a ja chętnie będę w jej intrygach uczestniczyła. O dziwo, choć jest tak silną kobietą, nie przysłoniła Ethana w tej notce, oboje mi się niezmiernie podobali. I chętnie poczytam o Ethanie w akcji, kiedy już zgłębi wszystkie tajniki walki wręcz.
OdpowiedzUsuńZazdroszczę talentu, możesz spokojnie pisać książkę. I darować sobie te wstępy o jakości, bo nie masz za grosz rozeznania ;)
Fragment, w którym Yori uczy Ethana władania mieczem - bajeczny. Super, super, super. Na prawdę nieziemsko mi się podobał. Świetnie też wplotłaś w całość fragmenty o trzech bramach, które prowadzą do miasta. I w ogóle to wszystko, że Yori opowiada Ethanowi o mieście.
OdpowiedzUsuńNotka ogólnie długa, pierwsze co pomyślałam, gdy zobaczyła notkę - Aleee długa. Ale zaczęłam czytać i tak sobie czytała i czytałam.. i przeczytałam wszystko :)
Życzę weny i powodzenia w pisaniu pracy na studia ;*
Czytam tą notkę już drugi raz. Pierwszy był zaraz po tym, jak ją napisałaś. Mimo to wciąż nie mam bladego pojęcia co Ci napisać. To, że było fantastyczne na pewno dowiedziałaś się już od dziewczyn. Moje uwielbienie do Ethana rośnie w niewyobrażalnym wręcz tempie. Jest wspaniały, po prostu mój idealny facet, twardy, inteligentny, zagadkowy. A Miravel. O, kochana, to było piękne. Mimo długości notki czytało się ją szybko i bardzo przyjemnie. Twoi bohaterowie wydają się wychodzić poza nałożone szablony, czasem mam wrażenie, że stoją tuż obok, czekają, aż się nimi zainteresuję.
OdpowiedzUsuńBrawo! Jestem pod wielkim wrażeniem.
Pozdrawiam,
F.
Wybacz mi tę nieprzyzwoitą zwłokę w komentowaniu. Przeczytałam ten rozdział kilka razy i za każdym razem mnie przytłacza; nie tyle długością, co swoją świetnością. Nie chciałabym (znowu) tylko masełkować, ale chyba na to wyjdzie.
OdpowiedzUsuńYori jest kochany, taki trochę błędny rycerz jakby patrzeć na niego bardziej współczesnym okiem, ale jednocześnie jest bardzo na miejscu jeśli chodzi o tamte czasy. Wydaje mi się bardzo prawdziwy i z przyjemnością o nim czytam.
Miravel jest kolejną postacią z odległych czasów, która naprawdę podbija serce swoją realnością. Wybitnie sfeminizowana, bardzo mi się podoba ujęcie jej w ten sposób.
A jedyną rzeczą, która jest bardzo (bardzo!) zła to to, że przez opracowanie dialogu z Luisem postawiłaś mi poprzeczkę tak wysoko, że obawiam się momentu, w którym będę musiała się za niego wziąć. A jeszcze bardziej obawiam się momentu, w którym będę musiała go opublikować.
W każdym razie niech moje opóźnienie nie będzie tu żadnym wyznacznikiem (no może tylko takim, że byłam zbyt zachwycona i zapomniałam jak się pisze), bo rozdział jest c u d o w n y.