czwartek, 14 marca 2013

06. W dążeniu do celu.



Wiem, że gdzieś tutaj krążysz dookoła. Notka nie jest dla Ciebie. Wybierz z niej tylko to, co sprawi ci minimum radości. To jest dla Ciebie, Marcel
Oprócz Yoriego. On jest dla Ciebie, Ade. 
Cała reszta nie zasługuje na miano notki, ale jeśli ktoś jeszcze znajdzie coś dla siebie- bawcie się dobrze!



Patrzę i osądzam, biorę to, co chcę mieć, i niszczę wszystko, czego nie chcę mieć, ponieważ mam do tego prawo. 
G. Masterton, Ciemnia.  
 



Kiedy obudził się bladym świtem w dniu po pierwszym spotkaniu z Yorim, podczas którego to spędził kilka godzin na nieudolnej próbie parowania ciosów młodego blondyna, miał wrażenie, że bolą go wszystkie mięśnie. Nie chciał nawet myśleć o ramionach czy barkach, ale ku jego zdumieniu ostre igły przeszywały także jego kark, plecy i nogi. Dziękował niebiosom za to, że ktoś z mitycznego miasta ma władzę nad Yorim i nałożył na jego barki obowiązki, bo dzięki temu przez najbliższe dwa dni nie będzie miał okazji stanąć ponownie przed koniecznością morderczego wysiłku.  Yori przyniósł dwa miecze, wyszczerbione i zupełnie tępe.
- Wziąłem je z magazynu- wyjaśnił, po czym paznokciem zdrapał z ostrza coś, co przypominało zaschniętą krew. – W większości jest tam broń, którą zbierano po bitwach.
Nawet teraz, leżąc w czystej pościeli czuł, że wyimaginowane bakterie i wirusy gnieżdżą się na jego skórze. Wzdrygnął się, przypominając sobie jak bolesna była ta pierwsza lekcja. Największe obrażenia przyjęło jednak nie tyle ciało, co męska duma. Chłopak, według Ethana, okazywał zbyt wiele entuzjazmu w obliczu nieudolności mężczyzny we władaniu bronią.
- Toć sparować takie pchnięcie nawet dzieciaki potrafią- kręcił głową z szerokim uśmiechem na ustach, patrząc jak Ethan, czerwony ze złości, masuje sobie bok, w który wbiła się klinga. Nawet zupełnie tępa, była kawałkiem metalu, a w połączeniu z byczą siłą chłopaka, stawała się niemal śmiercionośnym kawałkiem żelastwa.
Mimo wszystko Ethan z zaciętością i uporem starał się władać mieczem, naśladując chłopaka, puszczając mimo uszu jego śmiech i komentarze.  Pod koniec sesji nawet udało mu się uniknąć uderzenia w udo, które przy zaostrzonej klindze zakończyłoby jego ziemski żywot. Podejrzewał, że blondyn pozwolił mu na to, by w jakiś sposób go podbudować. W ciągu tych godzin zdążyli zapałać do siebie zalążkami sympatii, a Ethan wiele dowiedział się o pobliskim mieście, Mistyi.
- To największe miasto na świecie- mówił Yori, kiedy Ethan zgięty w pół, łapał oddech. Po pewnym czasie dzieciak przestał się dziwić niewiedzy mężczyzny, w zupełnie naturalny dla siebie, a zupełnie obcy innym ludziom sposób, przechodząc nad nią do porządku dziennego, akceptując fakt, jako taki. Kontynuował swoją opowieść w kilkudziesięciu krótkich częściach, wykorzystując każdą wolną chwilę wytchnienia: - Mury są tak grube, że aby przejść przez bramę potrzebujesz pięćdziesięciu kroków. Jest ich trzy, to znaczy bramy. Ta, przy której służę na strażnicy, to Brama Szaleńców. Nazywa się ją tak, bo gdybyś jechał tym traktem- wskazał gdzieś pomiędzy drzewa, za którymi ukryta była droga- to dotarłbyś do Limbrii, a tylko głupiec by się na to zdecydował.
Po kilku godzinach Ethan nauczył się zadawać pytania. Teraz, leżąc w ciepłej pościeli i pozwalając by błogie uczucie rozpływało się po jego udręczonych mięśniach, układał sobie wszystko w głowie, po to, by móc jak najwięcej zapamiętać. Nie miał pojęcia skąd w nim tak wielkie dążenie do wiedzy, ale czuł, że informacje o mieście i o rzeczach związanych ze światem, do którego sprowadził ich Oren są niezwykle ważne. I mogą wkrótce okazać się pożyteczne.
Są jeszcze dwie bramy- Zwycięzców, która prowadzi przez rzekę Orb i Kamienna, przy której rozciąga się bazar. Ulice mają kształt okręgów, a na środku miasta stoi pomnik króla, którego imię Ethan usłyszał, co najmniej milion razy. Yori niemal każde zdanie kończył pięknym i pustym frazesem „jaśnie panującego króla Daimona”.  Mówił wiele rzeczy, a potok jego słów był chaotyczny i wartki, często zupełnie niezrozumiały. Ethan nie o wszystko miał czas zapytać, bo słowa płynęły także przy akompaniamencie szczęku stali, jakby chłopak wcale nie wkładał wysiłku w atakowanie o wiele starszego mężczyzny, tymczasem on koncentrował się całkowicie na tym, co robi, starając się odparowywać ciosy Yoriego. Pomagało wyobrażanie sobie, ze klinga lśni ostrością i za każdym uderzeniem wyzwala rozbryzgi krwi. Jego krwi.
Wiedział jednak, że za miasto prowadzi szeroka, brukowana droga. Po obu jej stronach stoją dumne drzewa, a ona wiedzie wprost do zamku. Ethan znał tylko szkockie zamki, ale z opowieści młodziaka wywnioskował, że ta posiadłość w niczym nie przypomina starych, twardych i zimnych murów szkockich twierdz. Był to raczej pałac, przywodzący mu na myśl opowieści o Ludwiku XIV i wspaniałym Wersalu. Z tego, co mówił mu Yori wynikało, że życie na dworze opływa w luksusy i przywileje, brak obowiązków i przykrych konieczności. Ethan patrzył z powątpiewaniem na rozanieloną twarz młodzieńca, kiedy opowiadał o suto zastawionych stołach, szczęśliwych ludziach, tańczących w barwnych korowodach, bogactwie i pięknie. Poprzysiągł sobie, że znajdzie sposób, by móc zweryfikować słowa chłopaka i ujrzeć na własne oczy to, o czym z takim przejęciem opowiadał.
Czy nauczył się czegoś podczas morderczej para szermierki z Yorim? Pomimo nieschodzącego uśmiechu z ust, chłopak był bardzo dobrym nauczycielem. Gdyby było inaczej, Ethan nigdy w życiu nie zgodziłby się, by osiemnastolatek śmiał się z niego, kiedy upadał pod jego ciosami i podawał mu dłoń, kiedy po raz setny nurkował twarzą w piachu i trawie. Jednak teraz wiedział jak trzymać miecz, jak się nim obronić, jak sprawić by stanowił tarczę, przed ciosem. Czuł się tak, jakby uzyskał jakąś moc, dar, tajemnicę, której nie posiada reszta osób z kryształami. I to wprawiało go w niezwykle dobre samopoczucie.
Dlatego też, zamiast przez najbliższe dwa dni nie ruszać się z łóżka, wstał i ubrał się, zaciskając zęby przy wdziewaniu na siebie lnianej koszuli. Niczym starzec, powoli podnosił nogi, ubierając spodnie, po czym wyszedł z pokoju. Prawdziwą torturą okazało się wyjście po drabinie. Napinające się mięśnie barków i pleców sprawiały, że miał ochotę wyć z bólu. Nagrodą był ciepły wiatr, wiejący od strony lasu, przesycony zapachem żywicy. Nie zatrzymując się poszedł do zagrody Pecado, biorąc z ganku juki, które leżały od wczoraj dokładnie w tym samym miejscu. Poprzedniego dnia nie miał ani krzty siły, by znieść je ze sobą pod podłogę chaty.
U Orena już od bardzo dawna musiało nie być zwierząt, bo pomimo wielu poszukiwań, Ethan nie znalazł nic, czym mógłby nakarmić Pecado. Musiała więc zadowalać się słodko zieloną trawą, chociaż wiedział, że takiemu zwierzęciu jak kara klacz nie może to wystarczyć.  Chciałby wybrać się do miasta i kupić lub wymienić za bukłaki znalezione w jukach Mikela worek owsa. A jeśli nie worek to, chociaż kwartę czy dwie. Wolał jednak na razie nie opuszczać bezpiecznej bazy, jaką stała się okolica chaty Orena. Nie dlatego by się bał tego, co może ujrzeć w mieście, ale miał przeczucie, że starzec nie pochwalałby takiej samowolki. Wolał go na razie nie denerwować, tym bardziej, że wydawał się być naburmuszony od czasu, kiedy sprowadził do jego zagrody Pecado. Wyciągnął z juk kilka jabłek, małych i ususzonych, ale klacz chętnie zgarniała je z jego wyciągniętej dłoni, potrząsając łbem i przeżuwając.
- Niestety, mała, na razie musi ci tyle wystarczyć- powiedział, głaszcząc klacz.
Oparł się o naprawione przez siebie ogrodzenie. Wbrew wszystkiemu był z siebie zadowolony, a świat nigdy nie wydawał mu się tak obfitujący w możliwości jak w tej chwili. Postanowił, że za wszelką cenę nauczy się walczyć i zamierzał dotrzymać tej obietnicy. Dzięki temu czuł się, jakby otrzymał przepustkę do świata, jakby połowicznie już był jego częścią i nic nie mogło tego zmienić. Wpadł. Był we wnętrzu gotującego się wywaru, a zamiast wić się i krzyczeć, czuł tylko przyjemne ciepło i bulgoczącą konsystencję, czule opływającą całe jego ciało.



Blady świt przebijał się przez smugi mgły, sunącej tuż nad mokrą od rosy trawą. Świat dopiero budził się do życia, głosem miliona ptasich treli. Było chłodno, ale nie zimno, chociaż wilgoć lepiła się do skóry, a światło przebijało się przez drobne cząstki mglistych pasm. Wszystko dookoła wydawało się skrzyć, chociaż na niebie panowała zaledwie zapowiedź wschodu słońca. Ethan przedzierał się przez las, schylając się pod ciężkimi od deszczu gałęziami i unikając kontaktu z nićmi pajęczyny, obwieszonymi rosą niczym koralikami.
Pałał wielkim entuzjazmem. To, że działał, nie trwał w stagnacji, dawało mu siłę, jakiej się nie spodziewał. Nie tylko czuł, że jest na właściwym miejscu, ale kiedy myślał, że ma tutaj coś do zrobienia, miał jakiś niewielki kłębek nadziei, który mówił mu, że da sobie radę. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był w tak dobrym nastroju i kiedy ostatnio posiadał tak wielkie pokłady wiary w samego siebie.
Postanowił iść brzegiem jeziorka, na skróty. Kiedy przedarł się przez gałęzie i zasłonę liści, stanął jak wryty. Nad szklaną taflą wody siedział chłopak o śniadej karnacji. Jeden z tych, którzy przybyli tutaj wraz z nim. Ethan starał się jak mógł odsunąć się od rzekomego udziału tych dzieciaków w wyznaczonym im przez Orena zadaniu. To była jego misja i wiedział, że to on będzie musiał mierzyć się, że wszystkimi przeciwnościami. Reszcie brakowało potencjału, przynajmniej tak uważał.  Przyglądał się samotnej postaci. Mimo, że stał daleko i nie widział wyrazu twarzy młodego mężczyzny, to wiedział, że chłopak gorączkowo się nad czymś zastanawia. Właściwie świadczyły o tym także niecodzienne okoliczności. Ktoś, kogo myśli nie przypominają kłębowiska węży, śpi spokojnym snem o tej porze, a nie włóczy się samotnie po lesie.
W dłoni chłopaka coś zalśniło, a Ethan, który miał już okazję poznać błysk stali odbijającej światło w niemal każdej pozycji, poczuł skurcz w żołądku. Miał bardzo silne przeczucie, że wie, co się za chwilę stanie, wobec czego powoli, skrajem lasu, wciąż ukryty za niewielkimi krzewinkami, zbliżał się do Latynosa.
Wydawało się, jakby chłopak medytował nad niewielkim ostrzem noża, które obracał między palcami zupełnie nieświadomie. Kiedy Ethan był praktycznie tuż za jego plecami młody mężczyzna podjął decyzje, przystawiając sobie nóż do odsłoniętego ramienia. Zareagował pod wpływem impulsu:
- Co robisz, do cholery?- zapytał, chwytając jednocześnie nadgarstek chłopaka, a drugą ręką wyciągając mu nóż z dłoni. Głupota zaskakiwała go na każdym kroku.
Latynos potoczył zszokowanym spojrzeniem, które najpierw wbił w palce ściskające go za przegub, a dopiero potem popatrzył na twarzy Ethana. Jego źrenice rozszerzyły się tak, że jego oczy wydawały się być zupełnie czarne. Milczał, patrząc, jakby odebrało mu mowę, a Ethanowi przyszło na myśl, że może chłopak odciął sobie język, ale nim podjął decyzję by to sprawdzić, młody odezwał się:
- Testuję.
- A dokładniej?- mruknął Ethan. Stali tak blisko siebie, że nawet nie musiał podnosić głosu, by jego słowa wyraźnie rozbrzmiały w ciszy poranka. - Co można testować przykładając sobie nóż do ramienia?
- Szybkość, z jaką wykrwawię się w piątkowy poranek przecinając tętnicę ramienną.
Beztroska, z jaką wypowiedział te słowa, sprawiła, że Ethan zaczął podejrzewać, że rozmawia z człowiekiem niespełna rozumu. Ale bystre spojrzenie chłopaka mówiło mu, że nie należy go oceniać, póki nie dowie się, o co tutaj właściwie chodzi. Mimo wszystko nie mógł się powstrzymać od lekkiej nuty ironii, jednocześnie puszczając rękę chłopaka, ale nadal trzymając nóż poza zasięgiem jego dłoni.
- Wspaniale. A może sprawdzimy jak szybko umrzesz, kiedy wbiję ci go w oko.
- Pewnie trochę szybciej... – mruknął, po czym wyciągnął dłoń: - Daj, pokażę ci, o co chodzi.
Wahał się tylko ułamek sekundy. W gruncie rzeczy nie wiedział, dlaczego w ogóle życie chłopaka i to, co robił miałoby go interesować, ale Latynos zaciekawił go swoją butą i pewnością siebie. Chciał zobaczyć, co z tego wyniknie, dlatego oddał chłopakowi narzędzie.
Patrzył jak dzieciak przejeżdża ostrzem po skórze na ramieniu tworząc szybko krwawiącą rysę. Musiał oddać mu honor. Nawet się nie skrzywił. Ethan minę miał, a przynajmniej starał się mieć, maksymalnie obojętną, chociaż przeszył go lekki dreszcz niepokoju, kiedy ciało otworzyło się pokazując swe krwiste wnętrze.  Chłopak zamiast biegać dookoła w poszukiwaniu plastra, stał spokojnie z zamkniętymi oczami, marszcząc lekko brwi. Krwawienie ustało, a rana powoli się zamykała. Po chwili nie było ani śladu. Nawet biel blizny zniknęła.
- Imponujące- powiedział sam do siebie, podnosząc wzrok z ramienia na twarz chłopaka. - Naprawdę zaskakujące. Jestem Ethan- dodał zupełnie niespodziewanie nawet dla samego siebie, wyciągając rękę do chłopaka. - Możesz tą moc przenieść na kogoś innego? W sensie, czy potrafiłbyś wyleczyć drugą osobę, czy działa to tylko w odniesieniu do ciebie?
- Luis. Leczę i innych, chociaż to trochę bardziej... – odpowiedział, ściskając mu dłoń. Chwilę szukał właściwego słowa, po czym dokończył: - kłopotliwe. Męczące. Wymaga większego skupienia.
Człowiek, który leczy rany innych magiczną mocą. Oto prawdziwa potęga. Ethan nagle przypomniał sobie z bolesną wyrazistością jak wiele razy otrzymywał ciosy od Yoriego. I o tym, że w prawdziwej walce były martwy po stokroć. Tak, kryształowa moc uzdrawiania naprawdę mogła mu się jeszcze kiedyś przydać.
- Rozumiem. Uważaj tylko, żebyś nie przeholował z tymi swoimi testami. Wydaje mi się, że w najbliższej przyszłości może nam się przydać ktoś taki, jak ty.
-Spoko, mam głowę na karku, szefuńciu. Właściwie, na czym polega twoja moc?
Patrzył na niego uważnie, bystro, uśmiechając się. Ethanowi przyszło na myśl, że ten chłopak chyba nie będzie w stanie zbyt długo usiedzieć spokojnie pod chatą Orena. Aż bał się pomyśleć, co zrobi, kiedy skończą mu się pomysły na kolejne testy swojej mocy. Miał nadzieję, że nie zacznie ranić innych, by się sprawdzić. Nie… Może był lekko narwany, ale nie wyglądał na sadystę.
- Mogę przybrać postać jakiejkolwiek osoby, którą chociaż raz w życiu widziałem. Marna moc w porównaniu z brakiem konieczności troszczenia się o skaleczenia- rzekł, odwzajemniając uśmiech Luisa w nieco bardziej stonowanej, okrojonej wersji.
Chłopak wytrzeszczył na niego oczy, a mężczyzna zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie powiedział czegoś dziwnego czy głupiego.
- Możesz być mną? – zapytał.- Teraz?
Niemal się roześmiał z chorobliwej ekscytacji Luisa. Schlebiało mu jego zainteresowanie, ale wątpił by rzeczywistość mogła sprostać wygórowanym oczekiwaniom.
- Mogę tylko wyglądać jak ty. Nie mogę stać się tobą- powiedział.
Płonące ciekawością spojrzenie chłopaka nie dało mu jednak spokoju, dlatego zamknął oczy, z obrazem jego twarzy pod powiekami. Po chwili otworzył oczy, a Luis przyglądał mu się uważnie, obchodząc dookoła jakby był jakimś okazem muzealnym. Mruczał przy tym po hiszpańsku.
- Dobry obserwator od razu pozna, że nie jestem tobą- powiedział Ethan, znów zamykając oczy i wracając do swojej postaci.
- Jak długo masz tę moc? – zapytał chłopak.
- Już niemal dziesięć lat.  Ale nie wykorzystywałem jej należycie- w porównaniu z mocą chłopaka, który mógł leczyć obdrapane kolana i rozcięte palce, Ethan wydawał się sobie niemal zwyrodnialcem. Zmienił temat: - Ty i Twój przyjaciel pochodzicie z jakiegoś ciepłego, przyjemnego kraju. Chyba niełatwo było go porzucić?
- Peru - odparł. - "Niełatwo" to niedopowiedzenie, było raczej... kurewsko trudno. Ale wygląda na to, że tak naprawdę nie było innego wyboru.
- Wyobrażam sobie- powiedział i rzeczywiście mógł sobie to tylko wyobrażać. Dla niego zmiana kraju i życia następowała wielokrotnie. Więc czym różniła się jego sytuacja w tych czasach? Tylko różnym postępem cywilizacyjnym, ale Ethan wiedział, że poczynił kroki, by dostosować się i do tego. Jak zawsze uda mu się znaleźć niszę ekologiczną, w której będzie mógł spokojnie żyć. Spojrzał na słońce, którego tarcza oświetlała właśnie czubki drzew. Przypomniał sobie, dokąd zmierzał, dopóki nie spotkał chłopaka. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaciętości, ale przezwyciężył go, patrząc na Luisa.
 - Muszę iść. Teraz już przynajmniej wiem, że sam nie zrobisz sobie krzywdy.
- Pewnie, że nie - odparł, po czym z rozbawieniem, które chciał ukryć pod nieudolnie udawaną irytacją, dodał: - Jestem potężnym władcą żywiołu, pamiętasz?
- Ależ oczywiście, Panie Potężny- zaczął odchodzić w kierunku ściany drzew, ale odwrócił się nim zniknął i podniósł do góry rękę w geście pożegnania: - Do zobaczenia.



Polana zalana była już słońcem. Białe światło poprzecinane było ostrym cienistym kształtem liści. Ethan, oddychając ciężko, leżał na środku, na chłodnej ziemi, patrząc na płynące w górze obłoki. To było niesamowite. Pomimo inności tego świata, przyroda pozostała taka sama. Niezmienna, a zarazem ciągle ulegająca przemianą.
Ostrze wbiło się w miękką ziemię tuż przy jego głowie.
- Już nie żyjesz- blondyn wyciągnął ku niemu dłoń. Ethan schwycił ją, wstając i jednocześnie wyrywając broń z mchu. Był to srebrzony miecz, który mężczyzna wyciągnął dzisiejszego ranka, by wreszcie wypróbować go w walce. Mimo, że nie był specjalistą, to czuł różnicę pomiędzy bogatą, szlachetną stalą, a kawałkiem stępionego żelaza, którym do tej pory walczyli. Miecz stanowiłby realne zagrożenie dla Yoriego, gdyby tylko Ethanowi udało się, choć raz sprawić, by młodzian znalazł się w zasięgu ostrza.
Mruknął coś niewyraźnie o odpoczynku. Yori roześmiał się głośno. Właściwie nie istniały chyba słowa, na które nie miałby w odpowiedzi śmiechu.
- Nie ma miejsca na odpoczynek na polu walki!- rzekł, unosząc miecz i przyjmując właściwą pozycję do ataku. Lekko kołysał się na ugiętych nogach. Ethan nie podzielał jednak jego zapału.
- Nie jesteśmy na polu walki- stwierdził, ale posłusznie uniósł miecz, naśladując ruchy chłopaka. Czuł się jak idiota. Ale kiedy nie robił tego w taki sposób, to tracił miecz o wiele szybciej, niż wtedy, kiedy stosował się do zaleceń nastolatka. Stwierdził więc, że może zaakceptować warunki Yoriego i być posłusznym lub pewnego dnia nie zdążyć pożałować tego, że się do nich nie stosował.
- Ale moglibyśmy być- powiedział Yori, atakując i tnąc szerokim łukiem od dołu. Ethan bez większych trudności sparował pchnięcie, które już zdążył poznać. Gorzej sytuacja miała się z tym, co nastąpiło później. Yori obrócił się na pięcie, tym razem uderzając z góry, a kiedy rozległ się szczęk stali uderzającej o stal, chłopak z siłą, jakiej się po nim nie spodziewał, odepchnął go i ciął w odsłonięty bok.- A gdybyśmy byli, to już byś nie żył.
Ethanowi krew zawrzała w żyłach. Yori miał rację, a to tylko zaogniło już płonącą w nim złość. Odwrócił się, zaskakując chłopaka cięciem z dołu. Nauczył się go tylko z obserwacji, które właściwie były dla niego najcenniejszym źródłem nowych umiejętności. Wykorzystał fakt, że jest o wiele cięższy i silniejszy od młodziana i zaatakował go serią szybkich cięć, które docelowo miały przeciąć tętnicę szyjną, ewentualnie odciąć całą głowę, ale w jego przypadku ciągle natrafiały na błyskawiczną zasłonę Yoriego. Ale po raz pierwszy to Ethan atakował, a nie tylko potulnie przyjmował ciosy. Okręcił się na pięcie, naśladując niedawny ruch chłopaka tyle, że uchylił się, podcinając mu nogi. Yori upadł, zupełnie zaskoczony, a Ethan, nie bez satysfakcji, wycelował w niego ostrzem.
- Rycerze tak nie walczą- fuknął Yori, wstając z miękkiego mchu.
- Nie jestem rycerzem- odpowiedział mężczyzna, a tym razem to na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, którego nawet gromiące spojrzenie Yoriego nie mogło powstrzymać. Wiedział, że chłopak wierzy w te wszystkie wzniosłe ideały, ale czuł, że w jego przypadku i w walce, którą miał podjąć, nie będą miały przełożenia na rzeczywistość. Wobec tego nie miał zamiaru się nimi przejmować. Poklepał młodego blondyna po ramieniu- Może jeszcze ty się czegoś przy mnie nauczysz- rzekł.
- Nigdy w życiu- odpowiedział chłopak zupełnie szczerze, podkreślając swoje słowa nieścieralnym uśmiechem. – Nie będę oszukiwał jak jakiś najemnik.
- A więc ja oszukuję, tak?- roześmiał się. – Ciężko się pogodzić z przegraną, prawda Yori z Berg?
- Z nieuczciwą wygraną, owszem, Ethanie- powiedział chłopak, znów przyjmując swoją pozycję do ataku. – Ale nie kłopocz się. Już nie będziesz miał ku temu okazji.
Z błyskiem w oczach, zaatakował.



Zbliżał się do Bramy Szaleńców. Widział już zarys murów, które przebijały się swoim ceglastym kolorem zza ściany drzew. Wieże strażnicze śpiewały chórem kilku trąb, zwiastując otwarcie bram dla przybywających spoza miasta kupców. Ciężka żelazna krata ruszyła ku górze, niknąc gdzieś w czeluściach muru. Yori przecisnął się pomiędzy ciżbą, która nie była tak liczna jak przy Głównej Bramie, ale na pewno o wiele bardziej nieprzyjemna. Ci, którzy przechodzili przez tę bramę pochodzili z odległych krain, albo mieli nie po kolei w głowie i mieszkali w lasach, wypalając węgiel czy zbierając magiczne zioła.
Kiedy już przedostał się do wnętrza Mistyi, skierował swoje kroki prosto do strażnicy, wspinając się po kolejnych stopniach krętych schodów i mijając po drodze kilku swoich druhów, którzy zmierzali w przeciwnym kierunku. To na nich padł dzisiaj obowiązek sprawdzania wchodzących do miasta. Tymczasem Yori, przechodząc przez kuchnię i łapiąc pajdę chleba, piął się dalej, wysoko ponad inne budowle. Miał dzisiaj być obserwatorem.  Zajął swoją pozycję, odgryzając spory kęs chleba i zaraz potem chowając resztę za plecami, stając na baczność. Nadchodził dowódca, a Yori nie miał zamiaru znów mu podpaść. Nadal miał bąble na rękach od szczoty, którą musiał czyścić stopnie prowadzące na wieżę. Dzięki temu wiedział, że jest ich ponad pięć setek.
Kiedy dowódca wydał rozkazy i skrył się przed nadchodzącym skwarem w swojej chłodnej komnacie, Yori odetchnął z ulgą i powiódł wzrokiem po mieście. Z tak wysoka widział dokładnie układające się w okręgi ulice, przy których wyrosły piętrowe kamienne budowle, które nie mając miejsca by rozrastać się w szerz, pięły się ku górze dziwacznymi, drewnianymi konstrukcjami pięter. Stojąc twarzą zwrócony ku miastu po prawej stronie widział bazar, z którego bił ciężki, przepełniony zapachami gwar dziesiątek głosów kupców, rozkładających swoje towary.
Z dziwacznych, rozklekotanych budowli tulących się do kręgów, wyróżniało się półkole leżące z jego lewej strony. Zadbane bielone domostwa, które zagarnęły dla siebie także po kawałku spalonej słońcem ziemi, tworzącej namiastkę ogrodu. Ulica Rzemieślnicza była nie tyle najbogatszą, co najbardziej zadbaną. Liczne cechy otaczały opieką nie tylko ludzi należących do rzemieślniczej rodziny, ale i domy, które stawały się wizytówkami. Nawet z takiej odległości widział niektóre szyldy, chyboczące się na lekkim wietrze. Na każdym znajdował się herb danego cechu.
Powiódł wzrokiem dalej, omiatając złotą postać króla Daimona, a także białą kopułę świątyni. Aleją obsadzoną majestatycznymi drzewami wszedł na zamkowe terytorium. Zbudowany z kamienia korpus budowli w niczym nie przypominał warowni. Yori wiedział, że mury, pomimo tego, że wzniesione z solidnego surowca, są cienkie, by można było tworzyć z nich fantazyjne łuki i wnęki. Brama miała złoconą, delikatną kratę, zupełnie różną od żelastwa, które w Bramie Szaleńców miało bronić Mistyę przed atakiem. Misterna sieć raczej przypominała pajęczą niż ludzką. Za nią widać było biały bruk dziedzińca i hebanowe wrota prowadzące wprost do wnętrza tego raju pełnego obietnic lepszego życia. Mury zamku tworzyły misterną wiązankę korytarzy, komnat, schodów i skrytek, których nie poznał do końca chyba żaden z władców.
Yori stał dobrą chwilę na blankach, kupcy rozstawili cały swój towar, nawołując zbierających się mieszczan do wydawania monet. Miasto zaczynało tętnić życiem. Chłopak czuł promienie słońca na karku, które piekły niczym ognie, ale nie poruszał się, stojąc na straży porządku i obserwując tak bacznie, jak tylko pozwalał mu na to pot lejący się z czoła.  Dopiero, kiedy słońce stanęło w zenicie uniosła się złota dworska brama, zwiastując tym samym, że życie, które trwało już dobrych kilka godzin wśród nisko urodzonych, wdarło się także w te nieosiągalne mury, wyrywając ze snu dostojnych panów i nadobne panie, budzące się w swoich pieleszach i czekające na podanie sutego posiłku.



Leżała w wielkim łożu z baldachimem w kolorze brudnego różu. Nienawidziła go, jak wielu rzeczy oddanych jej do użytku. W zimnej komnacie wszystkie meble nosiły ślady wieloletniego użytkowania, podczas gdy królewskie włości ustrojone były złotem, klejnotami i marmurem, kontrastującym z puchem łabędziego pierza czy gładką bielą gronostajowych pokryć. Tego właśnie pragnęła. Mierził ją widok drewnianych i prostych mebli, mających jedynie wymiar utylitarny nie mogąc równać się z królewskim przepychem. Westchnęła, czując narastającą w niej frustrację. Dlaczego miałaby zadowolić się tylko połowicznym sukcesem?
Poczuła jak coś zimnego przesuwa się po jej udzie, sunąc powoli do góry. Zamknęła oczy, wsłuchując się w delikatny szelest, jaki wydawała jej skóra w zetknięciu z metalem. Ostrze gładziło jej brzuch, a potem przepłynęło ledwo namacalnie pomiędzy piersiami. Kiedy stalowy chłód przytknął się do sutki, poczuła jak sztywnieje. Otworzyła oczy i przekręciła głowę, patrząc na leżącą obok niej szatynkę. Podpierała się na ramieniu zupełnie ignorując świdrujące spojrzenie zielonych oczu, którego tak wielu unikało niczym ognia. W lewej dłoni ściskała rękojmię krótkiego sztyletu, którym z uśmiechem na ustach przesuwała po białej skórze, raz po raz przygryzając dolną wargę w skupieniu obserwując jak z miękkiego ciemnoróżowego fragmentu piersi powstaje twarde, sterczące wybrzuszenie. Jej uśmiech poszerzył się, kiedy obie sutki były spiczaste. Odłożyła sztylet, pochyliła się i drażniła je gorącymi ustami. Miravel Nineve, leżąc na plecach, mimowolnie westchnęła, przymykając oczy.
Czuła się zniewolona, a jednocześnie w tym zniewoleniu było jej dobrze. Mogła zignorować wszelkie obowiązki na rzecz błogostanu, który ją ogarniał, a kiedy zaskakująco delikatna dłoń zaczęła gładzić jej brzuch i podbrzusze, wszystkie myśli oddaliły się w pośpiechu, pozostawiając jasny, gorejący znak w umyśle. Znak, który wskazywał prostą drogę ku rozkoszy. Usta spoczęły na jej ustach, miękkie, tęchnące ciepłym oddechem, sprawiającym, że wargi Miravel same rozchyliły się zapraszając do środka wijący się język. Ruchy kobiecej dłoni stały się bardziej natarczywe, drażniły się z nią, raz po raz zahaczając palcami o źródło wszelkiej przyjemności i cofając się. Aż wreszcie, kiedy ich oddechy stanowiły jedno opadające i wznoszące się, ociężałe tchnienie, a palce kobiety zanurzały się raz po raz w jej wnętrzu, budując prostą, wznoszącą się drogę ku szczytom, rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Miravel Nineve, do tej pory wygięta niczym struna, ku nadchodzącemu spełnieniu opadła na poduszki, pragnąc mocy, która spopieliłaby intruza.
- Wejść- rozkazała zamiast tego, unosząc się lekko na łokciach. Wszedł herold, niosąc kilka zapieczętowanych listów na srebrnej tacy. Miravel westchnęła. Nie da się uniknąć nadchodzącego poranka, choćby nie wiem jak bardzo się chciało.
- Poczta, pani- herold ukłonił się, wbijając wzrok w podłogę.
Miravel wstała, wygrzebując się spod ciepłej pościeli i stanęła przed mężczyzną, naga, ignorując szczypiący chłód, czego nie można było powiedzieć o jej ciele, które pokryło się gęsią skórką. Odebrała papiery od mężczyzny, a ten wyprostował się. Jego wzrok wbił się teraz w nią. Miravel uśmiechnęła się lekko, zadowolona. Miała ochotę powiedzieć mężczyźnie, żeby patrzył, bo jest to pewnie jedno z najpiękniejszych nagich, kobiecych ciał, jakie ujrzał w swoim życiu. Może i by to zrobiła, gdyby nie to, że w chwilę później cała pochlebiająca jej uwaga skupiła się na jakimś punkcie obok niej. To Kenna stanęła tuż obok, a Miravel mogła przestać się dziwić, skąd ta nagła zmiana zainteresowania.
- Możesz wyjść- warknęła w stronę drobnego, oczarowanego mężczyzny, który wykonał jej rozkaz z pewnym opóźnieniem.
Odwróciła się w stronę szatynki, która patrzyła na nią z uśmiechem, szerokim i szczerym, który obejmował każdą część jej twarzy. Kenna na co dzień nosiła męską zbroję, pod którą ukrywało się większość jej atrybutów, którymi to mogłaby zdobywać nie tylko posłuch żołnierzy, ale także ich dozgonną miłość, którą dawaliby jej na każde skinienie palca. Pełne piersi, niemal idealne, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Umięśniony brzuch i silne, kobiece uda, którymi mogłaby połamać człowiekowi żebra. Kenna była wysoką kobietą, posiadającą niezachwianą pewność siebie, wprawiającą w zakłopotanie wszystkich dookoła.
Miravel czuła jak bardzo jej zazdrości. Pochodziła z możnego rodu, miała ciało bogini i siłę, dzięki której władała całym wojskiem swojego ojca. Poruszała się z gracją, jakiej nigdy nie ujawniała, nosząc zbroję. Podeszła do Miravel, obejmując ją w talii i stając tuż za nią tak, że mogła czuć ciepło piersi przyciśniętych do pleców.  
- Może dokończymy to, co nam przerwano- oddech Kenny lekko pieścił płatek jej ucha, natomiast opuszki jej placów delikatnie gładziły czarne znamię, przywodzące na myśl diament zatopiony w skórze w miejscu, w którym ciężar piersi spotykał się z twardym łukiem żeber.
- Nie teraz- odparła. To, co w gorących tchnieniach wydawanych pod ciepłym i kryjącym schronieniem pościeli wydawało się miękkie i chętne, w obliczu chłodnego kontrastu z ostrym światłem dnia, umiejętnie ostudziło wszelkie wzniosłości.  – Rada zbiera się w samo południe.
Przeszła przez komnatę, wchodząc do przylegającego do niej pomieszczenia, stanowiącego integralną część jej kwaterunku. Służące nalewały wodę do wielkiej balii stojącej pośrodku, para unosiła się, zakrywając wszystko ciepłą mgiełką, zapraszającą i nęcącą obietnicą. Miravel nie zwracała uwagi ani na kojące ciepło wody, ani na dziewczyny, które polewały ją wodą, olejkami i szorowały jej skórę. Jedynym, na czym się skupiała były listy przyniesione przez mężczyznę. Trzymała je z dala od wilgoci, unosząc wysoko nad głową i starając się przejrzeć ich treść. Cztery z pięciu zamieniły się w kule papieru, które leżały na kamiennej posadzce, odrzucone. Jeden okazał się niezwykle ciekawy. Na tyle, by wywołać uśmiech na twarzy Miravel. Wyszła, ociekając wodą, a służące niemal natychmiast okryły ją ciepłym i miękkim kawałkiem płótna, które wchłonęło krople. Jedna z kobiet upinała jej włosy, kolejne niosły suknię. Uwielbiała, kiedy jej usługiwano, kiedy mogła być w centrum zainteresowania i nic nie stawało na przeszkodzie temu, by czuć się wielbioną. Tak, Miravel była stworzona do życia w luksusie, zawsze o tym wiedziała. Tak samo, jak wiedziała, do czego zmierza. Wtedy nic nie mogło jej przeszkodzić.
Rada, której zadaniem było wspomaganie króla Daimona w podejmowaniu decyzji, zbierała się w okrągłej sali, sąsiadującej z salą tronową, w której rozpatrywano sprawy ludu. Było ich sześcioro. Sześć odrębnych tonów, które w założeniu miały łączyć się wyśpiewując zgodnym chórem najlepsze rozwiązania. Wątpiła by kiedykolwiek miało to miejsce. Radzie przewodził sam władca, przed którego obliczem gięły się kolana. A raczej to obowiązek nakazywał, by usłużnie się gięły. Daimon, jaśnie panujący, błyszczący glorią i chwałą wśród pospólstwa, dla każdemu, kto miał na dworze swoje oczy i uszy, jawił się, jako marionetka w pięknych dłoniach swej królewskiej małżonki. Właśnie dzięki przychylności Taiki Miravel otrzymała należne jej miejsce. Zasiadła na równi z mężczyznami, chociaż oni sami nigdy nie okazywali, by w istocie była im równa.
Kiedy weszła w Sali znajdował się tylko Paimon, królewski brat, kołyszący się na krześle z pełną nonszalancją. Był potężnym mężczyzną i ogrzewał krew niejednej kobiety. Wstał i pochylił głowę, na co ona odpowiedziała mu tym samym. Podszedł, a kiedy stawał blisko, zdawało się, że góruje nad wszystkim dookoła, przysłaniając cały świat, który zdawał się nie istnieć lub istnieć w nim.
- Miravel- ustami dotknął jej wyciągniętej dłoni. – Spotkałem córkę hrabiego Byrona, chyłkiem opuszczającą twoją komnatę.
Uśmiechnęła się. Znała swoje miejsce w hierarchii i dopóki jej pozycja nie będzie stała i pewna, musiała grać według zasad stawianych jej przez ważniejszych.
- Wybacz, panie, ale w moich wyobrażeniach nie mieści się by Kenna z Umith cokolwiek robiła chyłkiem.
- Zapewne masz rację- roześmiał się, a jego śmiech wydawał się odbijać echem od kamiennych ścian i powracać zwielokrotniony. – Chciałbym tylko zaproponować próbę przełamania tej kobiecej rutyny, wśród której zdajesz się obracać.
Kiedy Miravel otwierała usta by uprzejmie odpowiedzieć, drzwi otworzyły się, a do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Nineve opadła na kolana przed swoim władcą, a ten, zupełnie ignorując swojego brata podszedł ku niej, wyciągając dłoń, którą kobieta ucałowała, a potem schwyciła, by wstać.
- Miravel, moja droga, królowa wspominała mi o twoim zaangażowaniu w sprawę piractwa na Olennach- Daimon nie był starym człowiekiem. Był mężczyzną w sile wieku, o lekko pochylonych ku przodowi ramionach, jakby uginał się pod ciężarem obowiązków, które uwidaczniały się także w cienkich pasmach siwizny znaczących kasztanowe włosy króla. Jedno nie ulegało wątpliwości. Daimon był dobrym człowiekiem, co w opinii Miravel stanowiło pokaźną rysę na królewskiej charakterystyce. Nieugięty. Sprawiedliwy. Władczy. Król nie powinien być dobry, bo dobroć leży zbyt blisko słabości. Wszyscy o tym wiedzieli. – Wysłanie zatrutego ładunku okazało się skuteczniejsze i tańsze niż morskie eskapady. Podobno po słonych wodach nadal pływają okręty widmo ze zwłokami na pokładach.
- W czasach bohaterów trzeciej ery piractwo karano stryczkiem, a nie kobiecymi sztuczkami- starczy głos przerwał rozważania króla. Mężczyzna, który z nim przybył, usiadł na krześle, wyciągając nogi, by dać starym kością odpoczynek.
Paimon roześmiał się.
- Mistrzu Egardielu, z całym szacunkiem, ale pierdolisz. Skoro podziałało, to czy ważne jest, czy za pomocą stryczka, czy trucizny, czy obdarcia ze skóry. Dobra robota, moja droga- ukłonił się, po czym opadł na krzesło stojące naprzeciwko starca. – Jedna kobieta rozgromiła piracką flotę. Flaning aż uciekł zbierać twoje pokłosie, z podkulonym ogonem gnał na pełnych żaglach, nie mogąc się pogodzić z tym, że okazałaś się skuteczniejsza niż admirał floty.
Miravel nie mogła ukryć lekkiego uśmiechu. Była z siebie dumna, owszem. I zupełnie słusznie. Z elegancją i skutecznością, jakiej nikt się po niej nie spodziewał, zdjęła z barków króla palący problem. Czuła, że właśnie wspięła się o jeden stopień wyżej, umacniając swoją pozycję. Nie chciała by samozadowolenie stępiło jej umysł, więc zdusiła je w zarodku. Skupiła się na tym, co teraz było dla niej najważniejsze. Na treści listu, który tkwił ukryty w rękawie jej sukni, czekała aż Rada zacznie radzić, a nie bajdurzyć.  Poczuła to tylko przez ułamek sekundy. Krótkie ukłucie, jakby ktoś wbijał jej szpilkę w pierś. Nawet nie zareagowała, była już przyzwyczajona, do tych nagłych i nieoczekiwanych igieł zazdrości. Odwróciła się, szukając. Rozpływające się pod bielmem spojrzenie starca napotkało jej wzrok, a wówczas od razu zmieniło obiekt. Ukłucie ustało, ale kobieta zmrużyła lekko oczy. Zazdrościł jej.
- Możemy zaczynać. Sir Nicola i Gwardia wykonują rozkazy- rzekł władca, zajmując miejsce na podwyższeniu.
Rozkazy? Miravel nic nie wiedziała o rozkazach. Nie lubiła, kiedy coś działo się poza jej kontrolą. Mimo to uśmiechnęła się zachęcająco do Mistrza Egardiela, który zwykle rozpoczynał zebrania Rady. Starzec zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem.  Obiecała sobie, że sprawi, by w niedalekiej przyszłości oczy starca stopniały w blasku rozgrzanego do białości żelastwa.
Rozpoczął się długi wywód dotyczący złota w skarbcu, mnożących się na traktach grup wędrownych rabusi i zbójców, uciekających się nie tylko do zamachów na mienie, ale też na życie, czy, bogini broń!, na cnotę delikatnych panien.
- Nie wiem cóż tym razem, droga memu sercu Miravel mogłaby zatruć, by uwolnić nas od tej przykrej zarazy, ale radziłbym ustawić straże wzdłuż traktów. Może część Gwardii Królewskiej mogłaby zostać oddelegowana…
- Gwardia jest od tego, by chronić króla i dwór- powiedziała, skupiając na sobie uwagę królewskich braci. Dzisiejszego dnia los jej sprzyjał. Miała przewagę nad starcem, zwykle kryjącym się za szerokimi barami rycerskich dowódców. Ale nie tym razem.  Dostrzegła w tym swoją szansę. – Nic dziwnego, że coraz śmielej sobie poczynają, skoro wiedzą, że już niedługo otrzymają wsparcie potężnej siły.
Zamilkła, by dać mężczyznom czas na przetrawienie jej słów i by ziarno niepokoju mogło wykiełkować. Żaden z nich nie wiedział, o czym mówi. Nie było to dla niej zaskoczeniem.
- Wyjaśnij, proszę- Daimon oparł się na łokciach, patrząc na nią uważnie spod półprzymkniętych powiek.
- Na północy gromadzą się kiraalczycy. Zbliżają się do granicy, budują domy, ostrzą stal. Mówi się, że nadchodzi wojna. Słychać też głosy, szepczące o potajemnym pakcie łączącym Kiraal z banitami z Limbrii. Potwierdzają to twoje słowa, Mistrzu- skinęła dłonią. Mrożący krew w żyłach pakt wymyśliła na poczekaniu. Ale przecież nie było to niemożliwe? – Powinniśmy zacząć przygotowania do wojny. Zwołać hrabiów, by chorągwie stały w gotowości.
- Niepotrzebny entuzjazm- chłodny ton Paimona ostudził gorączkę, którą rozpalały jej słowa.
Nie spodziewała się sprzeciwu ze strony następcy tronu. Jak i wszystko to, co niespodziewane, tak i to przyprawiło ją o ból głowy.
- Słucham?
- Kiraal nie uderzy na Anani- pewny siebie, skierował swoje słowa do brata, zupełnie ją ignorując. Nawet ona musiała dostrzec niezachwianą siłę twardych słów, które niszczyły jej miękkie, rozpadające się dłoniach wieści.
Sięgnęła do rękawa, rzucając na stół list. Wstała, krzyżując spojrzenie z Paimonem.
- Mam list, w którym zaufany człowiek donosi o kiraalczykach.
- Napisany ręką równie niepewną, jak głowa, która stworzyła treść- zmiął list w dłoni, pozwalając by opadł, niczym płatek popiołu ze spalonego miasta.  
Zapadła cisza, w której mogłyby rozbrzmiewać tylko trzaski iskier z oczekujących królewskiego wyroku, oczu.
- Nie ma potrzeby, by kilku kiraalczyków mąciło nasze umysły.  Niepokoją mnie braki z złocie, o których wspominałeś, Mistrzu.
Miravel pokłoniła się pokornie, przy akompaniamencie starczego głosu. To samo zrobił Paimon, patrząc na nią spode łba, z uśmiechem, który mógłby stać się synonimem tryumfu. Nie przyznał jej racji, bo ugodziło go to, że to nie on dotarł do tych wieści. Cholerny egoisto.



Była szczęśliwa. Szczęście oddzielało się płatami od rozczarowania dzisiejszego dnia. Znalazła rozwiązanie, które nie tylko da jej przewagę, ale umocni jej wizerunek w oczach całego świata. Stanie się potężna. Wszystkie elementy składały się w jej głowie w logiczną całość, tworząc spójny obraz nadchodzącego zniszczenia. Miravel uśmiechnęła się, czuła to tak wyraźnie, jak napływające zewsząd rozbłyski energii pulsującej wokół niej, fluktuującej, ciągle zmiennej, a jednak wyraźnej i tak realnej, że wydawało się, iż można ją dotknąć i kształtować. I w istocie tak było. Mogła to zrobić. Sprawić, by strzępki mgły stały się silnymi korzeniami, wdzierającymi się w miękkie ciało, drążącymi aż do upadku. Wszystko musiało pójść zgodnie z jej wolą. W innym przypadku będzie zgubiona. Kładła na szalę swój los i śmiała się głos, bo wiedziała, że nie istnieje inne rozwiązanie, jak jej zwycięstwo. Musi tylko zatroszczyć się o to, by na drugiej szalce nie kłaść zbyt wiele. Nie mogła mierzyć się z całym światem. Postanowiła ograniczyć się tylko do pociągania za sznurki, które w niedługim czasie oplotą wszystkich dookoła, a ona będzie trzymała pęk nitek, wzmacniając nacisk, bądź też w swej dobroci dając chwilę wytchnienia.
Kenna spała w jej łóżku. Miała lekko uchylone usta, na których Miravel złożyła pocałunek. Tyle wystarczyło. Błysnęły niebieskie oczy, patrzące zupełnie przytomnie. Skupiła wzrok na jej twarzy, uśmiechnęła się.
- Czemu tak późno?- zapytała, przeciągając się i unosząc na poduszkach.
- Pilnowałam rachowania skarbca.
- Ty? Czemu ta stara papuga nie mogła tego robić? Przecież właśnie, dlatego jeszcze się go tutaj karmi.
- Jest stary, musiał odpocząć- skrzywiła się Miravel, co Kenna odczytała zupełnie opacznie.
- Jesteś dla nich za dobra- mruknęła, siadając za jej plecami i odwiązując wstążki trzymające w ryzach gorset sukni. – Pomogę ci- odgarnęła jej włosy z karku.
Ogrzewała się ciepłem jej ciała, przywierając do niego. Kenna była miękka, pachniała trawą i wiatrem. Ale Miravel oddawała jej pocałunki z myślą o czymś zupełnie innym. Było coś, na czym zależało jej bardziej niż na pieszczotach.  
- Kenno, może posłałabyś po swojego ojca?- zapytała w ciszy przerywanej dźwiękiem, który tak uwielbiała. Melodią skóry, ocierającej się o skórę. – Zbliża się święto monarchii, może chciałabyś spotkać się z nim przy takiej okazji.
Kobieta oparła się na łokciu, patrząc na nią badawczo, wreszcie odsłoniła zęby w uśmiechu, tym, który oznaczał, że naprawdę jest z czegoś zadowolona. Odgarnęła z jej twarzy kosmyk włosów, palcem przejeżdżając po jej nosie i wargach.
- Jesteś dla mnie za dobra- wyszeptała. – To wspaniały pomysł. A teraz pora na to, by dokończyć pewną poranną czynność, którą tak brutalnie nam przerwano.
Zawisła nad nią, a kiedy ucałowała jej piersi, krótko ostrzyżone włosy połaskotały twarz Miravel. Nie zwracała na to uwagi. Przed oczami roztaczały się wizje przyszłości, nad którą zawisła łuna sukcesu. A kiedy włosy Kenny załaskotały jej uda, a usta rozsiewały słodkie pocałunki złożone z kojącej rosy i parzącego żelastwa, Miravel żyła już tylko tym, jak radośnie będzie płonął świat u jej stóp.

8 komentarzy:

  1. Czytałam już tyle razy tę notkę, a wciąż brak mi słów! Może zacznę od początku.
    Yori. Mój Ci jest! Aż mam ochotę przykryć mu głowę chustką niczym Danusia i oznajmić to całemu światu! Mimo, że Yori skazańcem nie jest, ale cóż. I tak go kocham nad życie, o czym powiem jeszcze dalej.
    Ethan. Ethana kocham nad życie od zawsze. Możesz o nim mówić, co tylko chcesz, ale mnie do niego nie zniechęcisz. Czasem mam ochotę go popukać po głowie i powiedzieć mu "chłopie, ogarnij się wreszcie", gdy plecie trzy po trzy, ale potem się zastanawiam, czy to aby ja nie gadam głupot. Zaczynam się wtedy zastanawiać, co ja bym zrobiła w jego sytuacji i dochodzę do różnych, dziwnych wniosków. Hah, Ethan miał zakwasy! High5! Polecam ćwiczenie aikido, kiedyś mu przejdzie, hihi. Żartuję, nie pozwoliłabym mu tak się katować. Aczkolwiek ta szeroka postawa na lekko ugiętych nogach jest postawą stabilną, którą się używa nie tylko przy władaniu mieczem, więc niech Ethan nie narzeka i się słucha Yoriego ;).
    A teraz powrócę do mojego zachwytu Yorim, a raczej go rozwinę. Kocham go, kocham. Z każdą swoją odsłoną skrada coraz bardziej moje serce, choć wydaje mi się, że zagarnął je już całe. Aż komuś go zazdroszczę (Yoriego, nie mojego serca)! Kocham go za jego prostotę, pogodę ducha, ale też zaradność, odpowiedzialność i taką równowagę. Jeśli można pożartować, to się żartuje, ale jeśli trzeba wykonywać obowiązki, to w pocie czoła (dosłownie i w przenośni) je wykonuje. Tylko go podziwiać :). No i jeszcze ten jego młodzieńczy urok, ach!
    Miravel. Uch, wiesz, że jej nie lubię z pewnych względów przyszłościowych. To chyba zazdrość, którą ona tak bezczelnie kieruje. Nawet u mnie! Ale muszę przyznać, że u Ciebie w notce pomimo swojego chłodu, zauroczyła mnie. Chyba zaczynam pałać do niej sympatią, to dziwne, ale jakże przyjemne. A w połączeniu z Kenną... Pikantnie, ale wyrafinowanie! Swoją drogą czekam więcej na Kennę. Co jeszcze do samej Miry - wie baba, czego chce. To dobrze. Coraz mniej takich kobiet, które wiedzą, czego chcą i biorą sprawy w swoje ręce. No i są na tyle pewne siebie oraz swojej pozycji, aby odmówić uciechy następcy tronu ;).
    Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na jeden mały szczegół. Te piękne opisy. Zarówno w ustach Yoriego, jak i te ogólnie. Przedstawienie muru Mistyi, samego miasta, zamku, jego wnętrza, obyczajów, a także posiedzenia rady. Jak ja Ci zazdroszczę tej lekkości słowa. I dokładności! Widziałam to wszystko oczami wyobraźni. I się zakochałam w Mistyi.

    Dużo weny, dużo czasu, dużo notek!
    Kocham, ściskam, całuję, czekam!
    Ade

    OdpowiedzUsuń
  2. Droga Lei,
    zdecydowałam, że napiszę do Ciebie list. Nie, nie komentarz, komentarze są zbyt... banalne? błahe? miałkie? Powierzchowne, to chyba dobre słowo. A ja mam Ci bardzo wiele do powiedzenia :)
    Porównałaś mnie do krążownika – bardzo słusznie, bo wracam do Ethana niczym boomerang za każdym razem, gdy odprawiam prywatny pogrzeb Wenie. A on tą swoją cudowną mocą zmartwychwstaje ją za każdym razem, niezależnie od tego, jak głęboko ją zakopałam. Czytam i za każdym razem doszukuję się czegoś nowego, to właśnie lubię – nie tylko Ethan może zmieniać twarz; Twoje notki z każdym kolejnym czytaniem wyciągają na światło dzienne nową Prawdę, której za pierwszym czy drugim razem nie uchwyciłam. To zadziwiająca umiejętność, której jesteś szczęśliwą posiadaczką; kto wie, może nawet masz gdzieś ukryty kryształ?
    Lei, Lei, Lei. Pozwól, że na chwilę wrócę do tej dedykacji! Wybacz, ale moja egoistyczna i egocentryczna natura nie pozwala mi tego przemilczeć. Zupełnie, nie wiem, czym sobie zasłużyłam, ale zostałam mile połechtana. Generalnie jeden z najlepszych umysłowych orgazmów jakie ostatnio mi się przydarzyły. Dostać dedykację na blogu o Ethanie-moim idolu! Doprawdy, wiesz, jak zrobić mi dobrze, nawet jeśli nie wiesz ;>
    A, i nie myśl, że ten komentarz to tylko dlatego, że o mnie wspomniałaś. Po prostu zbierałam się bardzo długo. I nie, nie dlatego, że jestem leniem. Dlatego, że zwyczajnie nie wiedziałam, co napisać. Ale teraz już wiem.
    Ethan jest dla mnie – generalnie – strefą sacrum. Bo wiesz, Lei, książki, to także świat. I to świat, który człowiek sam sobie wybiera. Ja wybieram ten bez zastanowienia. Kupuję w ciemno, jak kota w worku. Wykreowałaś rzeczywistość, która wciąga jak wir – ani się nie obejrzysz, a już leżysz bezwładnie w morskiej kipieli. Ale jakie to przyjemne!
    Etan Rouge. Nigdy nie przypuszczałam, że widząc czyjeś personalia, ba!, myśląc o nich, będę się uśmiechać (i nie będzie to mój chłopak, wybacz :D ). A jednak. Jedno wspomnienie i szczerzę się jak głupia. Człowiek – zagadka. Dominujący i uległy jednocześnie. Ulega przede wszystkim swojej ciemnej stronie, przede wszystkim w przeszłości. Rzezimieszek, tak go określam, jak o nim myślę, zdradzę Ci sekret. Jest rzezimieszkiem. Uwielbiam czarne charaktery, ale on jest bardziej biały, niż śmiałam przypuszczać. Chwyta za serce – swoim zaangażowaniem, krytycyzmem, wolą walki, dobrocią, i – o Boże – mogę wymieniać w nieskończoność i się nie zmęczyć. Uwielbiam go. Ale to nie on tutaj jest najważniejszy, więc zejdę z niego, zanim pomyślisz, że się w nim zadurzyłam :D Chociaż to też nie byłoby kłamstwem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Najważniejsze są twoje opisy! Wprost wyjęte z książek Wielkiej Fantastyki. Nawet nie wiesz, jak Ci ich zazdroszczę! Miravel chyba dostałaby zawału, jakby przebywała w moim towarzystwie. Ale! Z drugiej strony jeszcze bardziej cieszę się, że mogę sobie pokrążyć w Twoim otoczeniu i ogrzać się w blasku chwały. Ta historia jest płynną perfekcją. Jakbym mogła, to zamknęłabym ją w fiolce i wypiła. Ethan, Pheobe, Julie, Yori, Miravel, Kenna. Czuję się, jakby byli moimi przyjaciółmi, wrogami, kochankami i oprawcami w jednym. Ulegam ich urokowi. Są prawdziwi. Nie prawdopodobni, prawdziwi, tak że właściwie czasami mam ochotę wyciągnąć rękę przed siebie i ich dotknąć. Macki mojej wyobraźni dotykają je po stokroć. W moim umyśle są ciągle żywe, to naprawdę zadziwiające.
    Na koniec muszę zwrócić uwagę na trzy aspekty. Mam dobre i złe wiadomości. Pewnie wolałabyś pierwsze przeczytać złą, ale zrobię ci – jak na ironię – na złość. Twoje opisy nie dość, że są barwne, to jeszcze szczegółowe i magiczne. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale często w komentarzach przytaczam 'perełki', które rzucają mi się w oczy podczas czytania. Tutaj tego nie zrobię. Z jednego prostego powodu: jest ich zbyt wiele, nie potrafię wyróżnić jednej czy dwóch. Ale wszystkie mam gdzieś za przegniłą korą mózgową, więc jeśli będziesz miała ochotę o nich posłuchać, to napiszę Ci na gadu.
    Po drugie, nie znam nikogo, kto piszę tak magiczne i cudowne opisy seksu. Boże, daj więcej. A najlepiej napisz 50 twarzy Greya – tylko Ty mogłabyś zmienić to (moim zdaniem) największe rozczarowanie roku w chodzącą perełkę. Zdradzę Ci tajemnicę: chyba nigdy więcej nie tknę literacko tematu seksu: ustawiłaś poprzeczkę jak przy skoku wzwyż.
    A teraz ta zła wiadomość. Zła wiadomość dotyczy mnie. Jest bardzo intymna, tak jak powinna być w liście. To w sumie jest list otwarty, ale mam nadzieję, że nikomu nie będzie chciało się czytać takiego molochu :)
    Miałam wiele pomysłów na tę serię. Naprawdę wiele. Nawet ostatnio krążył (jak krążownik) po mojej głowie jeden z nich. W sumie najbardziej klarowny. Ale cieszę się, że nigdy go nie zrealizuję, bo czułabym głęboki niedosyt, jeśli miałabym porównać go z Twoim światem. Nie lubię rozczarowań, ale w tym wypadku byłabym chodzącym rozczarowaniem.
    Ale za to wiernie będę czytać i czytać.
    Mam nadzieję, że więcej komentować.
    Jeszcze raz dziękuję, za stworzenie mojej głowie nowego domu :)
    Kocham Cię i Buziaczkuję,
    Marcela

    PS Wybacz ckliwość xD
    PS2 Jak widzisz, nadrabiam ilość komentarzy xd W jednym się nie zmieściło :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, dziewczyny tyle napisały, że nie wiem co mogę jeszcze dodać :D Powiem tak: Yori - brak słów, szkoda, że tacy faceci nie istnieją, bo ja bym klękła przed nim na kolanach :D Nieźle wymęczył Ethana i jest wreszcie ktoś kto jest w stanie nad nim zapanować mimo tak młodego wieku. Świetnie opisujesz ich walki, a to dzięki temu, że dokładnie wpasowałaś się w te nasze "średniowiecze".
    Co do Ethana: Jaki troskliwy o Luis! Kto by pomyślał, że tak się zatroszczy. Dialog krótki, ale konkretny - każdy ma niezwykłą moc i w sumie ja nie wiem kogo bym wybrała ;D
    A Mira... Ja się jej osobiście bardzo bym bała gdybym miała się z nią spotkać. Chłodna i przerażająca. Mnie przeraża jej siła i dominacja. Scena z Kenną... świetnie opisana. Podobała mi się niesamowicie!
    Nie wiem co mam jeszcze dodać, notka świetna i nie wiem dlaczego tak marudziłaś.
    Tośka

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałabym móc tak barwnie, jak Ty, opisywać ten świat, ale czuję, że nie będę w stanie. I może trochę dlatego tak odkładam przeniesienie się w te czasy. Ethan imponuje mi swoją wytrwałością i ambicją, w tej notce przypominał mi Sherlocka z serialu, a więc, w skrócie, zauroczył mnie po raz kolejny, tym razem inną odsłoną. Podobają mi się wszystkie dialogi, są bardzo naturalne, a jednocześnie na poziomie, czuję bystrość Twoich bohaterów. Miravel mnie zaciekawiła, ale nie widzę innej możliwości, taka postać nie może pozostawiać czytelników obojętnymi. Czuję, że potrafi nieźle namieszać na dworze, a ja chętnie będę w jej intrygach uczestniczyła. O dziwo, choć jest tak silną kobietą, nie przysłoniła Ethana w tej notce, oboje mi się niezmiernie podobali. I chętnie poczytam o Ethanie w akcji, kiedy już zgłębi wszystkie tajniki walki wręcz.
    Zazdroszczę talentu, możesz spokojnie pisać książkę. I darować sobie te wstępy o jakości, bo nie masz za grosz rozeznania ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fragment, w którym Yori uczy Ethana władania mieczem - bajeczny. Super, super, super. Na prawdę nieziemsko mi się podobał. Świetnie też wplotłaś w całość fragmenty o trzech bramach, które prowadzą do miasta. I w ogóle to wszystko, że Yori opowiada Ethanowi o mieście.
    Notka ogólnie długa, pierwsze co pomyślałam, gdy zobaczyła notkę - Aleee długa. Ale zaczęłam czytać i tak sobie czytała i czytałam.. i przeczytałam wszystko :)
    Życzę weny i powodzenia w pisaniu pracy na studia ;*

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytam tą notkę już drugi raz. Pierwszy był zaraz po tym, jak ją napisałaś. Mimo to wciąż nie mam bladego pojęcia co Ci napisać. To, że było fantastyczne na pewno dowiedziałaś się już od dziewczyn. Moje uwielbienie do Ethana rośnie w niewyobrażalnym wręcz tempie. Jest wspaniały, po prostu mój idealny facet, twardy, inteligentny, zagadkowy. A Miravel. O, kochana, to było piękne. Mimo długości notki czytało się ją szybko i bardzo przyjemnie. Twoi bohaterowie wydają się wychodzić poza nałożone szablony, czasem mam wrażenie, że stoją tuż obok, czekają, aż się nimi zainteresuję.
    Brawo! Jestem pod wielkim wrażeniem.
    Pozdrawiam,
    F.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wybacz mi tę nieprzyzwoitą zwłokę w komentowaniu. Przeczytałam ten rozdział kilka razy i za każdym razem mnie przytłacza; nie tyle długością, co swoją świetnością. Nie chciałabym (znowu) tylko masełkować, ale chyba na to wyjdzie.
    Yori jest kochany, taki trochę błędny rycerz jakby patrzeć na niego bardziej współczesnym okiem, ale jednocześnie jest bardzo na miejscu jeśli chodzi o tamte czasy. Wydaje mi się bardzo prawdziwy i z przyjemnością o nim czytam.
    Miravel jest kolejną postacią z odległych czasów, która naprawdę podbija serce swoją realnością. Wybitnie sfeminizowana, bardzo mi się podoba ujęcie jej w ten sposób.
    A jedyną rzeczą, która jest bardzo (bardzo!) zła to to, że przez opracowanie dialogu z Luisem postawiłaś mi poprzeczkę tak wysoko, że obawiam się momentu, w którym będę musiała się za niego wziąć. A jeszcze bardziej obawiam się momentu, w którym będę musiała go opublikować.
    W każdym razie niech moje opóźnienie nie będzie tu żadnym wyznacznikiem (no może tylko takim, że byłam zbyt zachwycona i zapomniałam jak się pisze), bo rozdział jest c u d o w n y.

    OdpowiedzUsuń