Dla osoby, która nie rozumie słowa
Nie. I dobrze, bo bez Niej brakowało
pewnego ważnego elementu, który Ona, niczym kryształ, ponownie we mnie
osadziła.
Frailty, thy name is woman!
William
Shakespeare
-
Do widzenia Panie Prezesie.
Odkąd
wszedł do budynku nie słyszał nic innego jak tylko: dzień dobry panie prezesie,
tak panie prezesie, oczywiście panie prezesie, już się robi... Mdliło go już od
nadmiaru lizustwa. Zauważył jednak, że ludzie najzwyczajniej w świecie się go
boją. Kiedy przechodził ich wzrok uciekał na boki, bądź nagle odkrywali
nieziemsko interesujący wzór na marmurowej podłodze. Zaczęło go to irytować. Na
szczęście już po chwili mógł odetchnąć nie tyle świeżym, co przyjemnie
chłodzącym powietrzem australijskiego Darwin.
Naprzeciwko
banku stał zaparkowany jeep grand cherokee. Podszedł do samochodu i wgramolił
się na przednie siedzenie kierowcy. Zapuścił silnik, jednocześnie patrząc w
stronę banku. Przed wejściem pojawił się przysadzisty mężczyzna w dobrze
skrojonym garniturze. Nalana twarz sprawiała, że jego świńskie niebieskie oczka
stały się ledwo widoczne. Zauważył małe zamieszanie w banku, jeden z
ochroniarzy patrzył na nowo przybyłego mężczyznę podejrzliwie, po czym
popatrzył prosto na siedzącego w samochodzie. Wytrzeszczył ze zdumienia oczy,
krzycząc i machając rękoma.
Na
dalszą obserwację nie było czasu. Odjechał pospiesznie zanim ktokolwiek
zrozumie, co właściwie się stało.
Wyjechał
z miasta Tiger Brennan Drive, kierując się, ku oddalonemu o kilkadziesiąt mil
Bayview. Uwielbiał jazdę samochodem. Uspokajała go. Ale dzisiaj nie mógł skupić
się na prowadzeniu. Dotknął lekkiego wybrzuszenia na piersi- w wewnętrznej
kieszeni marynarki spoczywał plik papierków. Bezcennych. Wypisane czeki
opiewające na sumy, o których nie śmią śnić zwykli śmiertelnicy, pracujący na
etacie.
We
wstecznym lusterku widział część swojej twarzy- obwisłe fałdki skóry sprawiały,
że przypominał mopsa. W głębi bruzd można było dojrzeć wodniste, świńskie oczka
o barwie, która pewnie kiedyś miała przywodzić na myśl niebo. Ciało wręcz
rozlało się na fotelu. Słusznej wielkości brzuch wystawał, niekiedy
konfrontując się z kierownicą.
Powróciła
irytacja, której zalążki czuł już w banku. Nienawidził tego ciała. Uważał to z
osobistą obrazę, że cielsko ma czelność wozić się jego samochodem.
Jadąc
Tiger Brennan Drive mija się zalesione, wodniste tereny bezpośrednio
przylegające do podrzędnej, robotniczej dzielnicy. Postanowił zboczyć na chwilę
z głównej drogi.
Wjechał
pomiędzy drzewa, ścieżką, z którą poradzić mogła sobie tylko terenówka. Drzewa
nie rosły tutaj gęsto, tworzył raczej zarośla niż prawdziwy las. Przez
plątaninę krzewinek i wykrzywionych drzewek mógł dostrzec małe domy pracowników
pobliskich fabryk.
Usiadł
wygodnie, nie gasząc silnika; w okolicy nie było nikogo. Zamknął oczy i starał
się rozluźnić, choć w nieznanym miejscu, z zamkniętymi oczami, czuł się
nieswojo. Jednak już po sekundzie ogarnął go spokój. Odetchnął. I otworzył
oczy.
Tuż
przed maską samochodu stała kobieta. Właściwie dziewczyna. Dziewczynka.
Znieruchomiał.
Wpatrywali się w siebie przez chwilę. Popatrzył do lusterka. Pusto. Jedyne, co
się zmieniło, to twarz, która na niego spoglądała.
Fałdy
zniknęły. Pojawiła się poprzecinana lekkimi zmarszczki twarz mężczyzny przed
czterdziestką. Nie było też śladu po malutkich, wodnistych oczkach. Wręcz
przeciwnie- patrzyły na niego oczy koloru czekoladowego. Jednak jedno z nich
różniło się od drugiego. Wyglądało, jakby ktoś zamienił jego tęczówkę na
protezę zrobioną z kryształu.
Dziewczyna
zaczęła się zbliżać. Starał się przekonać sam siebie, że mogła nie zauważyć,
nie dostrzec, może była za daleko...
Podeszła
do bocznej szyby, która z powodu upału, była opuszczona. Oparła się łokciem o
drzwi i patrzyła. Jej spojrzenie było przerażająco bezosobowe, niewyrażające
niczego.
-
Może mały numerek na tylnym siedzeniu?
Z
wrażenia odebrało mu mowę.
-
Albo, chociaż loda ci zrobię. Za cztery dychy.
Mogła
mieć nie więcej niż szesnaście lat, burza ciemnych włosów opadała na ładną,
jeszcze nieco dziecięcą buzię. Delikatne z natury rysy wyostrzył makijaż.
Czerwone usta przykuły jego wzrok. Uśmiechały się do niego krzywo. Ironicznie.
-
Spadaj.
Dodał
gazu i zaczął odjeżdżać
-
Wszystko widziałam! Zapłać mi stówę, bo powiem, komu trzeba.
Ciekawe komu,
pomyślał, ale to nie był czas ani miejsce na przekomarzanie się z nastoletnią
kurewką. Wyrzucił przez okno kwotę, której zażądała. Odjeżdżając widział, że
nie podeszła do banknotu, tylko patrzyła w ślad za nim.
Mieszkał w wielkim domu, tuż przy przystani. Wschodnie
okna wychodziły wprost na Park Narodowy imienia Karola Darwina. Do jego posesji
przylegało kilkadziesiąt podobnych, nieopodal zadokowanych było kilkaset
podobnych jachtów, a i ludzie niczym się od siebie nie różnili. Czekał na
realizację uzyskanych czeków. Pieniądze miały wpłynąć na konto, z niego na
następne, już na inne nazwisko.
Patrzył przez okno, popijając kawę.
Monotonia
tego, co widział go przytłaczała. Chciał mieszkać w Australii, bo pociągała go
tutejsza przyroda. Jednak już po tych kilku miesiącach najchętniej przeniósłby
się w Himalaje.
- Będę się musiał wyprowadzić- mruknął do siebie.
-
Panie Rogue, ktoś do Pana.
-
Dziękuję.
Był
zdziwiony. Nie spodziewał się gości. Zresztą, odkąd tutaj mieszka nie miał ani
jednego. Na schodach tuż przed frontowymi drzwiami siedziała dziewczyna.
Szurała białymi tenisówkami po bruku, malując wzory na pisku.
-
No chyba sobie jaja robisz- warknął i pociągnął dziewczynę za ramię.
Nie
miała już makijażu, ale spojrzenie i krzywy uśmiech pozostał ten sam. Gdyby jej
już raz nie spotkał mógłby pomyśleć, że to jakaś przeciętnie ładna nastolatka,
która uwielbia zadzierać nosa.
-
Czego ty chcesz, do cholery?
Wyrwała
mu się, stanęła kilka metrów od niego i uśmiechnęła się. Ładnie.
-
Fajną masz chatę. Mogę tu zamieszkać?
Mniej
by się zdziwił, gdyby mu oznajmiła, że przybyła z innej planety, by znaleźć
ziemianina- rozpłodowa dla nowej rasy nad-istot.
-
No cholera, przecież ja cię nie będę prosić. Patrz.- Wskazała na niewielką
walizkę, która spoczywała na marmurowy stole. – Wprowadzam się.
Zagrodził
jej drogę ramieniem.
-
Słuchaj, nie wiem, kim jesteś, co tutaj robisz i jak mnie znalazłaś, ale nie
jestem jakąś organizacją pomocową. Chcesz pomocy to się zgłoś do jakichś sióstr
zakonnych czy innego badziewia, które się zajmuje przypadkami takimi jak twój.
Odwrócił
się z zamiarem odejścia i zamknięcia drzwi na wszelkie możliwe zamki.
-
Zapomniałeś, że ja wszystko widziałam. Założę się, że policja, albo nie wiem,
jakiś cyrk by się tobą zainteresował- powiedziała, biorąc się pod boki.
Wyglądała komicznie, ale jemu nie było do śmiechu.
Poddał
się. Oparł się o drzwi frontowe i patrzył na nią czujnie. Chciał ocenić czy
dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, co widziała i ile w tym, co mówiła było
typowym graniem na jego nerwach.
-
Nie odpowiedziałaś mi, kim jesteś i czego chcesz?
-
Phoebe Pecado. Masz duży dom, a ja musiałam spać w różnych, naprawdę
nieciekawych miejscach, więc zrobimy wymianę: moje milczenie za możliwość
mieszkania tutaj- kiwnęła głową w kierunku budynku. – Zobaczysz, nawet nie
zauważysz, że z kimś mieszkasz- dodała błagalnie, przeciągając sylaby.
Musiał
się zgodzić. Nie wiedział, czemu, ale musiał. Jej szantaż był niewiele wart,
mógł zniknąć w każdej chwili i nikt by go nie znalazł. Wiedział jednak, ze już
niedługo stanie się coś, co sprawi, że będzie musiał opuścić Australię, więc w
tym budynku, który nosił szumne miano domu, mógł mieszkać ktokolwiek. Choćby i
ona.
Obrócił
się. W szybie zobaczył jej twarz- lekki uśmiech, szczere oczy, które zupełnie
nie przypominały mu dziewczyny, którą poznał na szosie. Wszedł do budynku.
-
Yvonne- z kuchni wyłoniła się niska, szczupła kobieta o niezbyt miłej aparycji.
Świetny przykład na to jak pierwsze wrażenie może zmylić człowieka. Yvonne
zajmowała się tym miejscem od lat, poznała wszystkich właścicieli tego budynku.
Oni odchodzili, a ona zostawała, zawsze zatrudniana przez kolejną rodzinę.
Kobieta, która zawsze się o niego martwiła, co niezwykle go irytowało. – Będziemy mieć gościa przez jakiś czas.
Proszę, zaprowadź Phoebe do jej pokoju- powiedział i odszedł.
Kobieta
zaczęła wchodzić po schodach, za nią Phoebe. Ta ostatnia odwróciła się jednak
na pięcie i podbiegła do niego.
-
Nie przedstawiłeś się i nawet nie wiem jak mam się do ciebie zwracać, wujku-
ostatnie słowo podkreśliła, tak by mogła je usłyszeć Yvonne.
- Ethan Rouge- odpowiedział.
-
Czemu się wtedy zgodziłeś, zamiast zostawić mnie przed
drzwiami?- zapytała.
Siedzieli
oboje przy wielkim kuchennym blacie. Było późno, wskazówki zegara wskazywały na
współ do trzeciej w nocy. Ona dłubała widelczykiem w sporej wielkości kawałku
czekoladowego tortu. Wszyscy zwariowali na jej punkcie. Yvonne i kucharka
spełniały każde jej zachcianki, dogadzały jej we wszystkim. Nazywały ją
„panienką Rouge”, myśląc, że jest piętnastoletnią córką brata Ethana. Tyle, że
on nie miał brata.
On
natomiast bez humoru popijał Fostera. Od kilku dni nie mógł sobie znaleźć
miejsca. Coś nie dawało mu spokoju i wyraźnie gnało go przed siebie. Tyle
tylko, ze tym razem ciężej mu było podjąć decyzję o tym by wyruszyć. On też
zwariował. Na jej punkcie. Chociaż była niezwykle irytująca, niewychowana i
emanująca nienaturalną seksualnością, uwielbiał ją.
-
Zaraz mi powiesz, że miałem jakikolwiek
wybór- mruknął.- Przecież to jasne, że jakbyś nie weszła drzwiami, to oknem.
Zresztą, najwidoczniej miałem dobre przeczucie.
Uśmiechnął
się smutno. Nie chciał jej zostawiać, ale cieszył się, że będzie miała
bezpieczne miejsce, w którym może mieszkać.
-
Denerwujesz się tą podróżą?- zapytała. Jak zwykle trafnie, jak zwykle
poruszając, mogłoby się wydawać najbardziej ukryte tematy.
-
Niczym się nie denerwuje- obruszył się. Kłamał, ale w tym momencie jedyne, co
go denerwowało to, to, że ona tak dobrze potrafiła go przejrzeć. – Na razie
nigdzie się nie wybieram. Zresztą to nie ma najmniejszego sensu, by wybierać
się w tak długą podróż, z powodu jakiś omamów.
Kiwnęła
głową. Czyli wiedziała, że jest rozdrażniony. Zamilkli. Słychać było jak
wskazówka zegara odmierza kolejne sekundy. Kiedy na nią popatrzył, napotkał jej
wzrok. Musiała go obserwować od dłuższego czasu. Wydawało mu się, że patrzy na
niego uważniej niż zazwyczaj, a jej wzrok skupia się przede wszystkim na jego
lewym oku, które przypominało czekoladowy kryształ zatopiony w białym tle.
-
Ethan, ja wiem, co widziałam- rzekła, jakby to przesądzało sprawę. – I uważam,
że to wszystko może mieć związek z tym- wskazała na jego oko.
Od
początku zdawał sobie z tego sprawę. I chociaż nigdy nie interesowało go, skąd
pochodziła jego dziwna zdolność, to przez ostatnie kilka dni, nie przestawał o
tym myśleć. Tym bardziej, że jakiś głos w jego głowie, ciągle powtarzał, że już
czas, że pora by wyruszyć gdzieś na zachód. Sam doskonale wiedział, że w
Australii nie zagrzeje miejsca, ale… Popatrzył na Phoebe. Ona była jego, ale.
-
Wiem, o czym myślisz, ale uważam, że trzeba się dowiedzieć, co właściwie miało
miejsce te kilkanaście lat temu- stwierdziła.
Kilka
tygodni po tym jak tutaj zamieszkała, spędzili pierwszą, noc w podobny sposób.
Ona zdążyła sprawić, ze wszyscy domownicy ją pokochali, więc po nocach objadała
się ciastem, a on z ulubionym piwem. Spotkali się późno w nocy. Pamiętał, że
rozmawiali, aż zrobiło się zupełnie jasno i zostali nakryci przez Yvonne, która
przez cały dzień tłumaczyła Ethanowi, że nie wolno pozbawiać dzieci zdrowego
snu. Te ich przypadkowe spotkania szybko weszły im w nawyk. Już po kilku dniach
znał jej historię, jak sama przyznała, taką, jakich wiele na ulicach. Matka
umarła, ojciec postanowił ponownie się ożenić, więc już po kilku miesiącach
miała nową mamusie. Nie mogła tego znieść, tym bardziej, że macocha traktowała
ją jak konkurencję, co w sumie nie było takie dziwne, bo była tylko kilka lat
od niej starsza. Więc uciekła. W wieku czternastu lat. Łapała stopa za stopem i
przejechała pół świata, aż w końcu wylądowała tutaj, w Darwin. Nie pamięta
dokładnie kiedy, ale jakoś podczas tej podróży zauważyła, że jeżeli pozwoli
facetowi się poobmacywać, to nie dość, że dalej pojedzie, to jeszcze zje coś po
drodze. I tak kroczek po kroczku, aż do ich spotkania na szosie.
Wiedziała,
że niewiele uda jej się dowiedzieć o Ethanie. Nie lubił mówić o sobie. Jednak,
co było zaskoczeniem dla obojga, kiedyś zapytany o to, co miało miejsce podczas
ich pierwszego spotkania, opowiedział jej pewną historię ze swojego życia. I
chociaż nie reagował na żadne dodatkowe pytania, to dowiedziała się, dlaczego
jego oko wygląda tak jak wygląda. I co najważniejsze: w jaki sposób potrafi
zmienić swoją postać w jednej sekundzie. Tak jak wówczas w lesie- kiedy z odpychającego,
grubego gbura stał się trzydziestosiedmioletnim mężczyzną, przystojnym, chociaż
z dużą dozą chłodu i rezerwy. O zupełnie innej twarzy.
Dziesięć lat
temu Ethan Rouge był na Tay Bridge łączącym dwa szkockie miasta: Dundee i
Newport-on-Tay. Siedział na barierze i patrzył w wodę. Niedaleko stąd było do
St Andrews, gdzie zostawił praktycznie wszystko. A raczej wszystko zostawiło
jego. Rodzice umarli kilka lat temu, zostawiając mu wszystko, co mieli. Żył
dalej, studiował i miał się nieźle. Aż do dziś. Kiedy to zdał sobie sprawę, że
jedyna osoba, na której mu zależało, odeszła. I miała rację.
Długo
nie potrafił się do tego przyznać, ale to on wszystko zniszczył. Miał
dwadzieścia siedem lat i brakowało mu w życiu sensu. Pracował tam, gdzie zawsze
pragnął, ale to go niszczyło. Nie przypuszczał, że etat psychologa w policji
kryminalnej tak bardzo odbije się na jego psychice. Chciał zerwać z tym wszystkim,
co go otaczało i spróbować jeszcze raz. Jeszcze raz zacząć życie i spełniać
kolejno wszystkie marzenia, których kiedyś miał trak wiele, a które gniły
gdzieś na dnie jego podświadomości.
Skoczył.
W sumie nie bał się. Był świetnym pływakiem, więc szanse na to by się utopił
stanowiły zaledwie połowę; i tak mu nie zależało, a ryzyko, adrenalina go
znieczuli. Usłyszał pisk opon, ktoś zatrzymał się na moście, ale jego uszy już
wypełniła szumiąca woda. Opadał na dno, ale szybko odzyskał orientację w
przestrzeni. Już miał spokojnie skierować się ku powierzchni, gdy coś błysnęło
spod mułu dna zatoki. Wiedział, że mnóstwo tu dookoła różnego rodzaju śmieci,
więc raczej się nie przejął, tym bardziej, że zaczynało mu brakować tchu. Nie
miał czym oddychać, ale, mimo że jego ramiona ciężko pracowały, wcale nie
wypływał. To coś ciągnęło go ku sobie. Popatrzył raz jeszcze. Błysk przerodził
się w niezwykle jasne światło. Dostrzegł tylko niewielki kryształ, a potem nie
widział już nic.
Obudził
się w szpitalu. Jedynym ubytkiem na zdrowiu było dziwne zwyrodnienie tęczówki
lewego oka. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić, wiec Ethana wypisano. W związku z
jego profesją nie obyło się bez „urlopu wypoczynkowego” od pracy i konieczności
stawiania się na wizyty u psychologa. Biorąc pod uwagę, że tak jak wszędzie na dwudziestu
specjalistów trafi się dziesięciu skończonych kretynów, którzy nie wiedzą co w
ogóle powinni robić, Ethan odpuścił sobie zarówno te spotkania jak i całą karierę.
Pamiętał
dokładnie, jak odkrył, ze nie tylko oko się zmieniło, ale i on sam. Wyszedł
spod prysznica i patrzył na swoje odbicie w lustrze. Tak bardzo się
nienawidził. Pozwolił jej odejść, zrezygnował z niej, a teraz jeszcze z pracy,
która mimo wszystko dawała mu mnóstwo satysfakcji. Pomyślał, że coś takiego
nigdy nie przytrafiłoby się jego ojcu, który był człowiekiem o silnym
charakterze i wielkim sercu. Ethan przymknął oczy wyobrażając sobie twarz ojca
i nagle poczuł ciepło w całym ciele, a gdy otworzył oczy, z lustra patrzyła na
niego twarz Daniela Rouge.
Ethan
wykorzystywał swoją moc przez kilka lat głównie do tego, by niszczyć ludziom
życie. Najbardziej bawiło go niszczenie związków, kiedy to przybierał postać
wiernego jak pies mężczyzny, tylko po to by na oczach zakochanej dziewczyny
sprawić, by pękło jej serce.
Tak
jak jego, dawno temu.
Znudził
się tym, a moc posłużyła mu do oszustw finansowych.
Przenosił
się z miejsca na miejsce, robiąc różne rzeczy, z których nie jest dumny.
Phoebe
go wysłuchała, popatrzyła na niego i powiedziała, spokojnym tonem. Chyba
właśnie ten spokojny ton był dla niego najgorszy.
-
Może i jestem głupią dziwką, ale ty najnormalniej w świecie niszczysz ludziom
życie. Podszywasz się za kogoś, na kogo później spada cała odpowiedzialność.
Niezwykle
proste podsumowanie.
- Powróciłeś
już z tej wewnętrznej emigracji?- mruknęła dziewczyna, odgarniając kosmyki
ciemnych włosów, które wymknęły się spod gumki. – Mówiłam, że…
-
Jedź ze mną- powiedział nagle. – Nie wiem dokąd, ale obiecuję, że niczego ci
nie zabraknie.
Wstała,
by odłożyć pusty talerzyk do zlewu. Odwróciła się z uśmiechem. Tym, który
lubił.
-
Chyba nie myślałeś, że odpuszczę sobie darmowe wakacje- odpowiedziała, a w jej
głowie pojawiła się myśl, że bardziej prawdziwe byłoby powiedzenie, że chyba
nie myślał, ze zostanie tutaj bez niego. Nie wiedziała czemu, ale czuła, że bez
niej mu się nie uda.
-
Jutro wyruszymy- rzekł jak gdyby nigdy nic.
Za
oknem wstawał nowy dzień. Kolejny ciepły, majowy dzień, ale jemu wydawało się,
że ten dzień będzie początkiem czegoś nowego, a zarazem końcem minionego,
wykrzywiającego twarz demona etapu jego życia.
Podszedł
do Phoebe i pocałował ją w czoło. Zwykłe dobranoc. I tylko ona zdała sobie
sprawę, że nigdy wcześniej tego nie robił. Nie wiedzieć czemu poczuła niepokój.
Jakby ulotne tchnienie nadciągającego na czarnych skrzydłach przeznaczenia.
To nie tak, że przeczytałam to dopiero teraz, bo przeczytałam dawno, ale nie zdawałam sobie sprawy, że nie zostawiłam komentarza.
OdpowiedzUsuńWinię swoje studia za to, że czytając o Abedreen w Szkocji od razu lokalizuję je na mapie i głupio kojarzę, zamiast skupiać się w stu procentach na smutnej historii. Smutnej i bardzo realistycznie napisanej, i fajnie dopełniającej charakter Ethana. Bardzo mi się podobała. To, że zostawił Phoebe za to wcale mnie nie smuci. Nie to, że jakoś szczególnie jej nie lubię, ale wielką sympatią też do niej nie pałam.