sobota, 22 września 2012

Prolog



Dla osoby, która nie rozumie słowa Nie. I dobrze, bo bez Niej brakowało pewnego ważnego elementu, który Ona, niczym kryształ, ponownie we mnie osadziła.

Frailty, thy name is woman! 
 William Shakespeare

- Do widzenia Panie Prezesie.
Odkąd wszedł do budynku nie słyszał nic innego jak tylko: dzień dobry panie prezesie, tak panie prezesie, oczywiście panie prezesie, już się robi... Mdliło go już od nadmiaru lizustwa. Zauważył jednak, że ludzie najzwyczajniej w świecie się go boją. Kiedy przechodził ich wzrok uciekał na boki, bądź nagle odkrywali nieziemsko interesujący wzór na marmurowej podłodze. Zaczęło go to irytować. Na szczęście już po chwili mógł odetchnąć nie tyle świeżym, co przyjemnie chłodzącym powietrzem australijskiego Darwin.
Naprzeciwko banku stał zaparkowany jeep grand cherokee. Podszedł do samochodu i wgramolił się na przednie siedzenie kierowcy. Zapuścił silnik, jednocześnie patrząc w stronę banku. Przed wejściem pojawił się przysadzisty mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze. Nalana twarz sprawiała, że jego świńskie niebieskie oczka stały się ledwo widoczne. Zauważył małe zamieszanie w banku, jeden z ochroniarzy patrzył na nowo przybyłego mężczyznę podejrzliwie, po czym popatrzył prosto na siedzącego w samochodzie. Wytrzeszczył ze zdumienia oczy, krzycząc i machając rękoma.
Na dalszą obserwację nie było czasu. Odjechał pospiesznie zanim ktokolwiek zrozumie, co właściwie się stało.
Wyjechał z miasta Tiger Brennan Drive, kierując się, ku oddalonemu o kilkadziesiąt mil Bayview. Uwielbiał jazdę samochodem. Uspokajała go. Ale dzisiaj nie mógł skupić się na prowadzeniu. Dotknął lekkiego wybrzuszenia na piersi- w wewnętrznej kieszeni marynarki spoczywał plik papierków. Bezcennych. Wypisane czeki opiewające na sumy, o których nie śmią śnić zwykli śmiertelnicy, pracujący na etacie.
We wstecznym lusterku widział część swojej twarzy- obwisłe fałdki skóry sprawiały, że przypominał mopsa. W głębi bruzd można było dojrzeć wodniste, świńskie oczka o barwie, która pewnie kiedyś miała przywodzić na myśl niebo. Ciało wręcz rozlało się na fotelu. Słusznej wielkości brzuch wystawał, niekiedy konfrontując się z kierownicą.
Powróciła irytacja, której zalążki czuł już w banku. Nienawidził tego ciała. Uważał to z osobistą obrazę, że cielsko ma czelność wozić się jego samochodem.
Jadąc Tiger Brennan Drive mija się zalesione, wodniste tereny bezpośrednio przylegające do podrzędnej, robotniczej dzielnicy. Postanowił zboczyć na chwilę z głównej drogi.
Wjechał pomiędzy drzewa, ścieżką, z którą poradzić mogła sobie tylko terenówka. Drzewa nie rosły tutaj gęsto, tworzył raczej zarośla niż prawdziwy las. Przez plątaninę krzewinek i wykrzywionych drzewek mógł dostrzec małe domy pracowników pobliskich fabryk.
Usiadł wygodnie, nie gasząc silnika; w okolicy nie było nikogo. Zamknął oczy i starał się rozluźnić, choć w nieznanym miejscu, z zamkniętymi oczami, czuł się nieswojo. Jednak już po sekundzie ogarnął go spokój. Odetchnął. I otworzył oczy.
Tuż przed maską samochodu stała kobieta. Właściwie dziewczyna. Dziewczynka.
Znieruchomiał. Wpatrywali się w siebie przez chwilę. Popatrzył do lusterka. Pusto. Jedyne, co się zmieniło, to twarz, która na niego spoglądała.
Fałdy zniknęły. Pojawiła się poprzecinana lekkimi zmarszczki twarz mężczyzny przed czterdziestką. Nie było też śladu po malutkich, wodnistych oczkach. Wręcz przeciwnie- patrzyły na niego oczy koloru czekoladowego. Jednak jedno z nich różniło się od drugiego. Wyglądało, jakby ktoś zamienił jego tęczówkę na protezę zrobioną z kryształu.
Dziewczyna zaczęła się zbliżać. Starał się przekonać sam siebie, że mogła nie zauważyć, nie dostrzec, może była za daleko...
Podeszła do bocznej szyby, która z powodu upału, była opuszczona. Oparła się łokciem o drzwi i patrzyła. Jej spojrzenie było przerażająco bezosobowe, niewyrażające niczego.
- Może mały numerek na tylnym siedzeniu?
Z wrażenia odebrało mu mowę.
- Albo, chociaż loda ci zrobię. Za cztery dychy.
Mogła mieć nie więcej niż szesnaście lat, burza ciemnych włosów opadała na ładną, jeszcze nieco dziecięcą buzię. Delikatne z natury rysy wyostrzył makijaż. Czerwone usta przykuły jego wzrok. Uśmiechały się do niego krzywo. Ironicznie.
- Spadaj.
Dodał gazu i zaczął odjeżdżać
- Wszystko widziałam! Zapłać mi stówę, bo powiem, komu trzeba.
Ciekawe komu, pomyślał, ale to nie był czas ani miejsce na przekomarzanie się z nastoletnią kurewką. Wyrzucił przez okno kwotę, której zażądała. Odjeżdżając widział, że nie podeszła do banknotu, tylko patrzyła w ślad za nim. 


Mieszkał w wielkim domu, tuż przy przystani. Wschodnie okna wychodziły wprost na Park Narodowy imienia Karola Darwina. Do jego posesji przylegało kilkadziesiąt podobnych, nieopodal zadokowanych było kilkaset podobnych jachtów, a i ludzie niczym się od siebie nie różnili. Czekał na realizację uzyskanych czeków. Pieniądze miały wpłynąć na konto, z niego na następne, już na inne nazwisko.
Patrzył przez okno, popijając kawę.
Monotonia tego, co widział go przytłaczała. Chciał mieszkać w Australii, bo pociągała go tutejsza przyroda. Jednak już po tych kilku miesiącach najchętniej przeniósłby się w Himalaje.
- Będę się musiał wyprowadzić- mruknął do siebie.
- Panie Rogue, ktoś do Pana.
- Dziękuję.
Był zdziwiony. Nie spodziewał się gości. Zresztą, odkąd tutaj mieszka nie miał ani jednego. Na schodach tuż przed frontowymi drzwiami siedziała dziewczyna. Szurała białymi tenisówkami po bruku, malując wzory na pisku.
- No chyba sobie jaja robisz- warknął i pociągnął dziewczynę za ramię.
Nie miała już makijażu, ale spojrzenie i krzywy uśmiech pozostał ten sam. Gdyby jej już raz nie spotkał mógłby pomyśleć, że to jakaś przeciętnie ładna nastolatka, która uwielbia zadzierać nosa.
- Czego ty chcesz, do cholery?
Wyrwała mu się, stanęła kilka metrów od niego i uśmiechnęła się. Ładnie.
- Fajną masz chatę. Mogę tu zamieszkać?
Mniej by się zdziwił, gdyby mu oznajmiła, że przybyła z innej planety, by znaleźć ziemianina- rozpłodowa dla nowej rasy nad-istot.
- No cholera, przecież ja cię nie będę prosić. Patrz.- Wskazała na niewielką walizkę, która spoczywała na marmurowy stole. – Wprowadzam się.
Zagrodził jej drogę ramieniem.
- Słuchaj, nie wiem, kim jesteś, co tutaj robisz i jak mnie znalazłaś, ale nie jestem jakąś organizacją pomocową. Chcesz pomocy to się zgłoś do jakichś sióstr zakonnych czy innego badziewia, które się zajmuje przypadkami takimi jak twój.
Odwrócił się z zamiarem odejścia i zamknięcia drzwi na wszelkie możliwe zamki.
- Zapomniałeś, że ja wszystko widziałam. Założę się, że policja, albo nie wiem, jakiś cyrk by się tobą zainteresował- powiedziała, biorąc się pod boki. Wyglądała komicznie, ale jemu nie było do śmiechu.
Poddał się. Oparł się o drzwi frontowe i patrzył na nią czujnie. Chciał ocenić czy dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, co widziała i ile w tym, co mówiła było typowym graniem na jego nerwach.
- Nie odpowiedziałaś mi, kim jesteś i czego chcesz?
- Phoebe Pecado. Masz duży dom, a ja musiałam spać w różnych, naprawdę nieciekawych miejscach, więc zrobimy wymianę: moje milczenie za możliwość mieszkania tutaj- kiwnęła głową w kierunku budynku. – Zobaczysz, nawet nie zauważysz, że z kimś mieszkasz- dodała błagalnie, przeciągając sylaby.
Musiał się zgodzić. Nie wiedział, czemu, ale musiał. Jej szantaż był niewiele wart, mógł zniknąć w każdej chwili i nikt by go nie znalazł. Wiedział jednak, ze już niedługo stanie się coś, co sprawi, że będzie musiał opuścić Australię, więc w tym budynku, który nosił szumne miano domu, mógł mieszkać ktokolwiek. Choćby i ona.
Obrócił się. W szybie zobaczył jej twarz- lekki uśmiech, szczere oczy, które zupełnie nie przypominały mu dziewczyny, którą poznał na szosie. Wszedł do budynku.
- Yvonne- z kuchni wyłoniła się niska, szczupła kobieta o niezbyt miłej aparycji. Świetny przykład na to jak pierwsze wrażenie może zmylić człowieka. Yvonne zajmowała się tym miejscem od lat, poznała wszystkich właścicieli tego budynku. Oni odchodzili, a ona zostawała, zawsze zatrudniana przez kolejną rodzinę. Kobieta, która zawsze się o niego martwiła, co niezwykle go irytowało.  – Będziemy mieć gościa przez jakiś czas. Proszę, zaprowadź Phoebe do jej pokoju- powiedział i odszedł.
Kobieta zaczęła wchodzić po schodach, za nią Phoebe. Ta ostatnia odwróciła się jednak na pięcie i podbiegła do niego.
- Nie przedstawiłeś się i nawet nie wiem jak mam się do ciebie zwracać, wujku- ostatnie słowo podkreśliła, tak by mogła je usłyszeć Yvonne.
- Ethan Rouge- odpowiedział.



- Czemu się wtedy zgodziłeś, zamiast zostawić mnie przed drzwiami?- zapytała.
Siedzieli oboje przy wielkim kuchennym blacie. Było późno, wskazówki zegara wskazywały na współ do trzeciej w nocy. Ona dłubała widelczykiem w sporej wielkości kawałku czekoladowego tortu. Wszyscy zwariowali na jej punkcie. Yvonne i kucharka spełniały każde jej zachcianki, dogadzały jej we wszystkim. Nazywały ją „panienką Rouge”, myśląc, że jest piętnastoletnią córką brata Ethana. Tyle, że on nie miał brata.
On natomiast bez humoru popijał Fostera. Od kilku dni nie mógł sobie znaleźć miejsca. Coś nie dawało mu spokoju i wyraźnie gnało go przed siebie. Tyle tylko, ze tym razem ciężej mu było podjąć decyzję o tym by wyruszyć. On też zwariował. Na jej punkcie. Chociaż była niezwykle irytująca, niewychowana i emanująca nienaturalną seksualnością, uwielbiał ją.
- Zaraz mi powiesz, że miałem  jakikolwiek wybór- mruknął.- Przecież to jasne, że jakbyś nie weszła drzwiami, to oknem. Zresztą, najwidoczniej miałem dobre przeczucie.
Uśmiechnął się smutno. Nie chciał jej zostawiać, ale cieszył się, że będzie miała bezpieczne miejsce, w którym może mieszkać.
- Denerwujesz się tą podróżą?- zapytała. Jak zwykle trafnie, jak zwykle poruszając, mogłoby się wydawać najbardziej ukryte tematy.
- Niczym się nie denerwuje- obruszył się. Kłamał, ale w tym momencie jedyne, co go denerwowało to, to, że ona tak dobrze potrafiła go przejrzeć. – Na razie nigdzie się nie wybieram. Zresztą to nie ma najmniejszego sensu, by wybierać się w tak długą podróż, z powodu jakiś omamów.
Kiwnęła głową. Czyli wiedziała, że jest rozdrażniony. Zamilkli. Słychać było jak wskazówka zegara odmierza kolejne sekundy. Kiedy na nią popatrzył, napotkał jej wzrok. Musiała go obserwować od dłuższego czasu. Wydawało mu się, że patrzy na niego uważniej niż zazwyczaj, a jej wzrok skupia się przede wszystkim na jego lewym oku, które przypominało czekoladowy kryształ zatopiony w białym tle.
- Ethan, ja wiem, co widziałam- rzekła, jakby to przesądzało sprawę. – I uważam, że to wszystko może mieć związek z tym- wskazała na jego oko.
Od początku zdawał sobie z tego sprawę. I chociaż nigdy nie interesowało go, skąd pochodziła jego dziwna zdolność, to przez ostatnie kilka dni, nie przestawał o tym myśleć. Tym bardziej, że jakiś głos w jego głowie, ciągle powtarzał, że już czas, że pora by wyruszyć gdzieś na zachód. Sam doskonale wiedział, że w Australii nie zagrzeje miejsca, ale… Popatrzył na Phoebe. Ona była jego, ale.
- Wiem, o czym myślisz, ale uważam, że trzeba się dowiedzieć, co właściwie miało miejsce te kilkanaście lat temu- stwierdziła.
Kilka tygodni po tym jak tutaj zamieszkała, spędzili pierwszą, noc w podobny sposób. Ona zdążyła sprawić, ze wszyscy domownicy ją pokochali, więc po nocach objadała się ciastem, a on z ulubionym piwem. Spotkali się późno w nocy. Pamiętał, że rozmawiali, aż zrobiło się zupełnie jasno i zostali nakryci przez Yvonne, która przez cały dzień tłumaczyła Ethanowi, że nie wolno pozbawiać dzieci zdrowego snu. Te ich przypadkowe spotkania szybko weszły im w nawyk. Już po kilku dniach znał jej historię, jak sama przyznała, taką, jakich wiele na ulicach. Matka umarła, ojciec postanowił ponownie się ożenić, więc już po kilku miesiącach miała nową mamusie. Nie mogła tego znieść, tym bardziej, że macocha traktowała ją jak konkurencję, co w sumie nie było takie dziwne, bo była tylko kilka lat od niej starsza. Więc uciekła. W wieku czternastu lat. Łapała stopa za stopem i przejechała pół świata, aż w końcu wylądowała tutaj, w Darwin. Nie pamięta dokładnie kiedy, ale jakoś podczas tej podróży zauważyła, że jeżeli pozwoli facetowi się poobmacywać, to nie dość, że dalej pojedzie, to jeszcze zje coś po drodze. I tak kroczek po kroczku, aż do ich spotkania na szosie.
Wiedziała, że niewiele uda jej się dowiedzieć o Ethanie. Nie lubił mówić o sobie. Jednak, co było zaskoczeniem dla obojga, kiedyś zapytany o to, co miało miejsce podczas ich pierwszego spotkania, opowiedział jej pewną historię ze swojego życia. I chociaż nie reagował na żadne dodatkowe pytania, to dowiedziała się, dlaczego jego oko wygląda tak jak wygląda. I co najważniejsze: w jaki sposób potrafi zmienić swoją postać w jednej sekundzie. Tak jak wówczas w lesie- kiedy z odpychającego, grubego gbura stał się trzydziestosiedmioletnim mężczyzną, przystojnym, chociaż z dużą dozą chłodu i rezerwy. O zupełnie innej twarzy. 




Dziesięć lat temu Ethan Rouge był na Tay Bridge łączącym dwa szkockie miasta: Dundee i Newport-on-Tay. Siedział na barierze i patrzył w wodę. Niedaleko stąd było do St Andrews, gdzie zostawił praktycznie wszystko. A raczej wszystko zostawiło jego. Rodzice umarli kilka lat temu, zostawiając mu wszystko, co mieli. Żył dalej, studiował i miał się nieźle. Aż do dziś. Kiedy to zdał sobie sprawę, że jedyna osoba, na której mu zależało, odeszła. I miała rację.
Długo nie potrafił się do tego przyznać, ale to on wszystko zniszczył. Miał dwadzieścia siedem lat i brakowało mu w życiu sensu. Pracował tam, gdzie zawsze pragnął, ale to go niszczyło. Nie przypuszczał, że etat psychologa w policji kryminalnej tak bardzo odbije się na jego psychice. Chciał zerwać z tym wszystkim, co go otaczało i spróbować jeszcze raz. Jeszcze raz zacząć życie i spełniać kolejno wszystkie marzenia, których kiedyś miał trak wiele, a które gniły gdzieś na dnie jego podświadomości.
Skoczył. W sumie nie bał się. Był świetnym pływakiem, więc szanse na to by się utopił stanowiły zaledwie połowę; i tak mu nie zależało, a ryzyko, adrenalina go znieczuli. Usłyszał pisk opon, ktoś zatrzymał się na moście, ale jego uszy już wypełniła szumiąca woda. Opadał na dno, ale szybko odzyskał orientację w przestrzeni. Już miał spokojnie skierować się ku powierzchni, gdy coś błysnęło spod mułu dna zatoki. Wiedział, że mnóstwo tu dookoła różnego rodzaju śmieci, więc raczej się nie przejął, tym bardziej, że zaczynało mu brakować tchu. Nie miał czym oddychać, ale, mimo że jego ramiona ciężko pracowały, wcale nie wypływał. To coś ciągnęło go ku sobie. Popatrzył raz jeszcze. Błysk przerodził się w niezwykle jasne światło. Dostrzegł tylko niewielki kryształ, a potem nie widział już nic.
Obudził się w szpitalu. Jedynym ubytkiem na zdrowiu było dziwne zwyrodnienie tęczówki lewego oka. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić, wiec Ethana wypisano. W związku z jego profesją nie obyło się bez „urlopu wypoczynkowego” od pracy i konieczności stawiania się na wizyty u psychologa. Biorąc pod uwagę, że tak jak wszędzie na dwudziestu specjalistów trafi się dziesięciu skończonych kretynów, którzy nie wiedzą co w ogóle powinni robić, Ethan odpuścił sobie zarówno te spotkania jak i całą karierę.
Pamiętał dokładnie, jak odkrył, ze nie tylko oko się zmieniło, ale i on sam. Wyszedł spod prysznica i patrzył na swoje odbicie w lustrze. Tak bardzo się nienawidził. Pozwolił jej odejść, zrezygnował z niej, a teraz jeszcze z pracy, która mimo wszystko dawała mu mnóstwo satysfakcji. Pomyślał, że coś takiego nigdy nie przytrafiłoby się jego ojcu, który był człowiekiem o silnym charakterze i wielkim sercu. Ethan przymknął oczy wyobrażając sobie twarz ojca i nagle poczuł ciepło w całym ciele, a gdy otworzył oczy, z lustra patrzyła na niego twarz Daniela Rouge.
Ethan wykorzystywał swoją moc przez kilka lat głównie do tego, by niszczyć ludziom życie. Najbardziej bawiło go niszczenie związków, kiedy to przybierał postać wiernego jak pies mężczyzny, tylko po to by na oczach zakochanej dziewczyny sprawić, by pękło jej serce.
Tak jak jego, dawno temu.
Znudził się tym, a moc posłużyła mu do oszustw finansowych.
Przenosił się z miejsca na miejsce, robiąc różne rzeczy, z których nie jest dumny.
Phoebe go wysłuchała, popatrzyła na niego i powiedziała, spokojnym tonem. Chyba właśnie ten spokojny ton był dla niego najgorszy.
- Może i jestem głupią dziwką, ale ty najnormalniej w świecie niszczysz ludziom życie. Podszywasz się za kogoś, na kogo później spada cała odpowiedzialność.
Niezwykle proste podsumowanie.
 



- Powróciłeś już z tej wewnętrznej emigracji?- mruknęła dziewczyna, odgarniając kosmyki ciemnych włosów, które wymknęły się spod gumki. – Mówiłam, że…
- Jedź ze mną- powiedział nagle. – Nie wiem dokąd, ale obiecuję, że niczego ci nie zabraknie.
Wstała, by odłożyć pusty talerzyk do zlewu. Odwróciła się z uśmiechem. Tym, który lubił.
- Chyba nie myślałeś, że odpuszczę sobie darmowe wakacje- odpowiedziała, a w jej głowie pojawiła się myśl, że bardziej prawdziwe byłoby powiedzenie, że chyba nie myślał, ze zostanie tutaj bez niego. Nie wiedziała czemu, ale czuła, że bez niej mu się nie uda.
- Jutro wyruszymy- rzekł jak gdyby nigdy nic.
Za oknem wstawał nowy dzień. Kolejny ciepły, majowy dzień, ale jemu wydawało się, że ten dzień będzie początkiem czegoś nowego, a zarazem końcem minionego, wykrzywiającego twarz demona etapu jego życia.
Podszedł do Phoebe i pocałował ją w czoło. Zwykłe dobranoc. I tylko ona zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej tego nie robił. Nie wiedzieć czemu poczuła niepokój. Jakby ulotne tchnienie nadciągającego na czarnych skrzydłach przeznaczenia.


1 komentarz:

  1. To nie tak, że przeczytałam to dopiero teraz, bo przeczytałam dawno, ale nie zdawałam sobie sprawy, że nie zostawiłam komentarza.
    Winię swoje studia za to, że czytając o Abedreen w Szkocji od razu lokalizuję je na mapie i głupio kojarzę, zamiast skupiać się w stu procentach na smutnej historii. Smutnej i bardzo realistycznie napisanej, i fajnie dopełniającej charakter Ethana. Bardzo mi się podobała. To, że zostawił Phoebe za to wcale mnie nie smuci. Nie to, że jakoś szczególnie jej nie lubię, ale wielką sympatią też do niej nie pałam.

    OdpowiedzUsuń