wtorek, 20 sierpnia 2013

07. Kogo należy się bać

Kochane! Zgodnie z tym, co mówione powracam w sierpniu :) Jeśli czekałyście, choć tyci-tyci, to dziękuję. 
Notka bez dedykacji, a wiecie, co to znaczy, więc nie będę się już rozczulać nad jej jakością. 
Postaram się lepiej, muah :* 



Moim celem jest spełnianie nierealnych marzeń i snów, najwspanialszej rzeczywistości jaką możemy sobie wyobrazić.
R. Lauren




Właściwie od dawna nie czuł się tak swobodnie jak teraz. Zupełnie zapomniał jak to jest, kiedy ma się jasno wytyczony cel i żyje się z dnia na dzień, realizując punkty, które prowadzą do czegoś większego i znacznie ważniejszego. Na ziemiach należących do Orena czuł się jak u siebie w domu. Podobnie sprawa miała się z przylegającymi do polany akrami lasu.  Jak ognia unikał przebywania w niepozornej chacie, gdzie wciąż krążyło mnóstwo osób, a starzec obserwował każdego spod półprzymkniętych powiek, jak stary kocur, który nie bardzo wie, czy w ogóle warto ruszyć się by schwycić mysz. Po szokującym wejściu i gadce na temat tego, że są jedynymi osobami, mogącymi powstrzymać swoistą Apokalipsę, Oren wycofał się do cienia, pozostając zupełnie biernym. Inaczej rzecz miała się z Ethanem. Nie wiedział czy to słowa Orena pobudziły w nim nagłe poczucie odpowiedzialności i gotowość do podjęcia walki, czy też po prostu tkwiło to w nim od samego początku, ale właśnie znalazł swoje miejsce, we właściwym świecie i był gotów walczyć o rzeczywistość, do której został stworzony. Jakby całe życie czekał na tę polanę, na ten las, na ten świat, a teraz wreszcie mógł być sobą i u siebie. W domu.
W wierze, że odnalazł swoje miejsce w świecie, podtrzymywały go postępy, które czynił w jednej z najważniejszych sprawności, jakie musiał posiąść, by stać się pełnoprawnym członkiem niemal średniowiecznej rzeczywistości. Yori nie łoił mu już skóry za każdym razem, a mięśnie wreszcie przestały palić żywym ogniem po ćwiczeniach z chłopakiem. Walka stawała się bardziej wyrównana i, co dla Ethana stanowiło nie lada zaskoczenie, ciekawa i wciągająca. Nawet, kiedy Yori z Berg pełnił swoją służbę w mieście, Ethan nie przestawał ćwiczyć, a miecz, który ukradł wtedy w lesie stał się jego nieodłącznym atrybutem, jakby przyrósł mu na stałe do boku.
Podobnie było z karą klaczą. Pecado, do której starał się nie przywiązywać, stała się jego oczkiem w głowie. Obiecał sobie, że kiedy tylko będzie się czuł na tyle pewnie z bronią przy boku, to nie pytając Orena o zdanie, uda się do miasta. Klacz marniała w oczach. Potrzebowała owsa, a nie zeschniętych jabłek i trawy. Pomiędzy mężczyzną a zwierzęciem wytworzyła się nić porozumienia. Coraz częściej, dosiadając klaczy, nie dbał o to, by decydować o kierunku czy tempie jazdy. Pecado była piekielnie inteligentna, szybko zapamiętała najczęstsze szlaki, a przy tym samo patrzenie na fryza sprawiało przyjemność.
Zwykle celem przejażdżek była niewielka polana, a właściwie kawałek lasu, w którym drzewa ustąpiły miejsca krzewinkom i mchu.  Dzięki temu miejsce to było niemal zupełnie osłonięte od ciekawskich spojrzeń. Leżąc na miękkich, wilgotnych, zielonych poduszkach, można było patrzeć w niebo i zapomnieć o całym świecie, a cały świat mógł nigdy nie dojść tego, gdzie się zniknęło. To właśnie na tym skrawku ziemi Ethan poznawał tajniki władania białą bronią. I to właśnie tutaj Yori czekał na niego, siedząc z wyciągniętymi przed siebie nogami, przymkniętymi powiekami i źdźbłem trawy w ustach. Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok. Chociaż dzieciak tak bardzo starał się sprostać wymaganiom stawianym mu przez świat, w którym się wychował i który traktował go, jak mężczyznę, to nic nie zmieniało faktu, że był zaledwie kilkunastoletnim chłopakiem, którego życie nie raz jeszcze zaskoczy.
- Nie boisz się Yori z Berg, że ktoś się podkradnie i zakończy się twoja idylla?- zapytał, zsiadając z Pecado, którą puścił zupełnym luzem. Nie przywiązywał jej. Nie poczuwał się do bycia panem, czy właścicielem.  
- Słyszałem cię z jakichś pięciuset łokci. Ta szkapa strasznie głośno stąpa- nie otworzył nawet oczu, ale kiwnął głową w kierunku karej klaczy.
- Pecado. A nie szkapa- mruknął Ethan, podchodząc do chłopaka i stając tak, by zasłonić mu wszystkie promienie słońca. Yori otworzył oczy i uśmiechnął się. Dla niego uśmiechnięta twarz stanowiła naturalny wyraz i reakcję na większość wydarzeń.  – Możemy zaczynać?


Oddychał ciężko, ale ani przez chwilę nie miał zamiaru poddać się zmęczeniu, chociaż wycisnął z siebie siódme poty. Yori wraz ze swoim uśmiechem był niemal niewzruszony, a chociaż pot spływał z niego strużkami, to nie dość, że chłopak ani razu nie poprosił o przerwę, to zmęczenie nie spowolniało jego ruchów. Aż do pewnego momentu, kiedy wyciągnięta z mieczem dłoń blondyna znieruchomiała na chwilę, stanowiąc łatwy cel dla ostrza Ethana. Miecz Yoriego upadł na ziemię, a na dłoni pojawiła się krwawa wstęga w miejscu, w którym srebrna klinga spotkała się z miękkim ciałem.
Młodzieniec nawet nie zwrócił na to uwagi, co jeszcze bardziej zdziwiło Ethana, do momentu, w którym podążył wzrokiem za spojrzeniem chłopaka, utkwionym gdzieś pomiędzy krzewinkami. Dokładnie w miejscu, w którym spomiędzy zielonych liści wyzierały szeroko otwarte niebieskie oczy, których blondwłosa właścicielka wpatrywała się z zaciekawieniem w każdy ruch. Yori podskoczył, jak oparzony, po czym podszedł do dziewczyny, kłaniając się i nosem niemal dotykając leśnej ściółki. Zdziwienie Julie pogłębiło się, czego wyrazem była wysoko uniesiona brew.
- Sama bogini Lelenay przechadza się po swoim królestwie- powiedział pochylony Yori, a Ethan w kilku susach znalazł się przy jego boku. – Czym możemy ci służyć, pani?
Szok, który przeżył Ethan na widok krwawej rany, przedłużył się z powodu Julie, a teraz trwał podsycany oratorską mową Yoriego. Wiedział, że chłopak ma coś, co w myślach nazywał średniowiecznym flow, ale nie miał pojęcia, że może to zostać przeniesione na rozmowę z kobietą, a tym bardziej obcą kobietą. Miał szczerą nadzieję, że nie wszyscy w tym świecie muszą posługiwać się tak wymyślnym językiem, by móc funkcjonować.
- Żadna bogini, żadna pani. Jestem Julie- wyciągnęła dłoń w kierunku Yoriego, jednocześnie posyłając słodki uśmiech w stronę Ethana. Starał się go odwzajemnić, chociaż w obecności Yoriego nawet uśmiechy nie miały sensu. Wszystko płonęło w naprzykrzającym się blasku młodego miejskiego strażnika. –Nie przeszkadzajcie sobie, ja tylko popatrzę.
Ethanowi pierwszy raz przyszło na myśl, że może powinien był podzielić się z Julie informacją, że chce się nauczyć walczyć, a co za tym idzie, żyć w tym nowym dla nich świecie. Niepokoiło go to, że dla tych dzieciaków było to coś jednorazowego, jakaś przygoda, która bądź, co bądź niedługo się skończy. Gdy teraz o tym myślał, to był przekonany o tym, że Julie będzie przede wszystkim zaskoczona tym, że podjął jakiekolwiek kroki, podczas gdy dla niego stanowiło to najprostszy sposób przystosowania się. Zawsze się przystosowywał. Teraz nie mogło być inaczej.  
Tymczasem Yori schwycił dłoń dziewczyny i musnął wargami jej wierzch. Ethan starał się nie skrzywić, bo dostrzegł, że Yori i Julie muszą być w podobnym wieku. Nagle poczuł się bardzo stary.
- Witaj, pani. Jestem Yori z Berg, należę do straży miasta Mistya, siedziby jaśnie panującego króla Daimona- przedstawiał się Yori, ciągnąc swoją tyradę zaszczytów. Nagle wskazał na Ethana: - A ten niezbyt przyjazny druh to Ethan. Pochodzi z daleka i nie włada naszą mową.
Było to dla mężczyzny kolejnym zaskoczeniem, tym razem bardzo zabawnym, ale za wszelką cenę starał się nie roześmiać, zainteresowany toczącą się rozmową. Był ciekaw, czego jeszcze się o sobie dowie.
- Cóż, więc porabiasz, Yori z Berg, w tak nieprzyjaznym towarzystwie?- Ethan podziwiał Julie za opanowanie. Zdradzały ją tylko wargi, lekko drgające od powstrzymywanego śmiechu.
- Ten jegomość poprosił mnie o przysługę. Wychowali go pokojowo nastawieni pasterze z wysokich górskich zboczy. Nie zna sztuki władania mieczem, dlatego pobiera lekcje u najznamienitszego ze znanych mu mistrzów fechtunku.
Yori oparł się nonszalancko o pień drzewa bardzo z siebie zadowolony. Natomiast Julie podeszła do chłopaka i ujęła jego krwawiącą dłoń. Zasłoniła sobie usta, jakby na chwilę odebrało jej mowę, a Ethan w duszy niemowy pogratulował dziewczynie umiejętności aktorskich.
- Ale ty krwawisz! Jak to możliwe, aby najznamienitszy z mistrzów fechtunku, mistrz wśród mistrzów, mógł tak ucierpieć?
Kokieteryjnie zamrugała rzęsami, a kąciki ust drgały coraz bardziej. Widać było, że za wszelką cenę powstrzymuje wybuch śmiechu. Yori musiał być naprawdę zauroczony, skoro tego nie dostrzegał.
- Bo nigdy nie rozpraszały go spacerujące po lesie boginie- powiedział, wzbudzając konsternacje w chłopaku, który spojrzał na niego z zaskoczeniem, jakby naprawdę był niemową i odzyskał głos. Ethan nie mógł się nie śmiać. – Julie przybyła do Anani ze mną- wyjaśnił, chociaż policzki Yoriego już zdążyły nabrać różowego koloru, jakby kłamstwo stanowiło ujmę na jego honorze, dodatkowo podkreśloną karmazynem.
- To nie mogłeś tak od razu- mruknął chłopak, a jego mina wskazywała na głęboką obrazę. Krwawiącą dłoń otarł niedbale o nogawkę spodni, jakby stanowiła dowód przeciwko niemu.
- Przed, czy po tym, kiedy uczyniłeś mnie niemową?- zapytał Ethan, starając się nie roześmiać. Dopiero teraz widać było, że Yori jest tylko młodym chłopcem, który chce za wszelką cenę robić wrażenie na dziewczętach. Mężczyzna nie chciał, by Yoriego traktowano, jako kłamcę. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy sam zachowywał się podobnie. Najwidoczniej niektóre rzeczy były stałe i niezależne od momentu w dziejach ludzkości. – Jednak Yori z Berg rzeczywiście jest mistrzem we władaniu mieczem.
- Piękne kobiety nigdy nie były dobrym znakiem dla walczących- podchwycił Yori, odzyskując nieco humoru. – Teraz wiem, dlaczego. Zupełnie wypełniają myśli swoim blaskiem, który oślepia, sprawiając, że obojętnym staje się ostrze, nawet płynące na skrzydłach śmierci.
Ethan miał wielką ochotę przewrócić oczami. Zamiast tego stał i przyglądał się, jak Julie rzeczywiście zaczyna błyszczeć. Nagle zwróciła się w jego stronę.
- Widzisz? Mógłbyś się czegoś od niego nauczyć. No i jestem boginią, zwracaj się do mnie z szacunkiem.
Niebieskie oczy błyszczały z radości podszytej nutą złośliwości. Ethan natomiast prychnął głośno, zbliżając się do dziewczyny, po czym nachylił się i powiedział cicho:
- Dla mnie też jesteś boginią. Ale na pewno czegoś innego niż dla niego. Yori- zwrócił się do młodego blondyna, który przyglądał się im z takim zaciekawieniem, jakby nigdy wcześniej nie widział dwójki ludzi.- Czego bóstwem jest ta Le...?
- Lelenay to nasz matka, Ethanie. Stworzyła wszystko to, po czym stąpasz, wszystkie drzewa, kwiaty i grunt, który wydaje życiodajne owoce, by ludzkość mogła się pożywiać i wzrastać w siłę- powiedział, a mimo, że to Ethan zadał pytanie, to odpowiedź była skierowana do blondynki. Wyciągnął ku niej dłoń. – Jeśli pozwolisz, pani. Mówi się, że ci, którzy pochodzą z jej rodu, będą w stanie usłyszeć tchnienie Lelenay w każdym drzewie.
Położył jej dłoń na korze drzewa i przez chwilę panowała idealna cisza w oczekiwaniu na jakikolwiek znak bogini.
- Chyba nie jestem odpowiednią osobą, aby usłyszeć głosy wydobywające się z drzew- powiedziała dziewczyna z uśmiechem na ustach. – U nas zamiast Lelenay jest Matka Natura. I nie mów do mnie „pani”. Jestem Julie.
Ethan poczuł jak grunt pali mu się pod stopami. Matka Natura! Spojrzał na Julie z niedowierzaniem. Właśnie przyznała się, że pochodzili z jakiegoś oderwanego od tutejszej rzeczywistości świata. Obserwował reakcję Yoriego. Chłopak spoważniał, przyglądał się im podejrzliwie i dłuższą chwilę milczał. Nie wróżyło to nic dobrego. Wreszcie powiedział, powoli, ważąc słowa:
- W tych słowach czai się odpowiedź na nurtujące mą dusze tajemnice, zasiane przez Ethana, a nadal pozostające w sferze domysłów. Dziwne to strony, w których Matkę określa się Naturą, a do dam zwraca się bez należytego szacunku- powiedział, patrząc na swoją rękę i raz po raz zaciskając i rozwierając palce, jakby chciał sprawdzić czy rana na dłoni zasklepiła się. – Silniej uczone umysły mogłyby nawet odkryć, iż to zupełnie inny świat.
Zaskoczone spojrzenie, którym Julie obrzuciła Ethana wcale nie pomagało. Dziękował wszystkim bogom, za to, że Yori nadal przyglądał się cienkiej, krwawej prędze na dłoni, bo z twarzy dziewczyny dałoby się wyczytać wszystkie tajemnice. Szybko oprzytomniała, machając dłonią lekceważąco:
- Jakbyśmy ci powiedzieli, to byś nam nie uwierzył.
Ethan miał wielką ochotę zakryć blondynce usta, żeby nic już nie mówiła. Yori widział, jaką ma moc. Uwierzyłby w każde słowo, nawet nie potrzebowałby dodatkowych dowodów. W końcu nie na co dzień widzi się człowieka, zmieniającego swój wygląd według własnego widzimisię. A gdyby się dowiedział, że jest ich cała grupa, grupa dziwaków, to zapewne wylądowaliby w jakimś ówczesnym cyrku.
- Silniej uczone umysły powinny zająć się bardziej pożytecznymi rzeczami, niż zastanawianiem się nad dwoistością światów. A nasz szacunek wobec dam wyraża się w poważaniu ich woli. Jeśli ta pani chce, by zwracani się do niej Julie, to tak robimy- podniósł miecz, leżący na ziemi i wyciągnął rękojeść w stronę Yoriego, za wszelką cenę starając się odwrócić jego uwagę. – A czy tymczasem blask Julie już osłabł w twoim umyśle i możemy kontynuować, mistrzu?
Podkreślił ostatnie słowo, a błyszczące spojrzenie Yoriego powiedziało mu, że to było właściwe posunięcie. Nie dość, że połechtał ego młodego wojownika, to jeszcze zrobił to przy Julie, której urok, nawet osłabiony przez ich tajemnicze pochodzenie, nadal robił wrażenie.
- Ależ oczywiście! Chyba, że pa… Julie ma jeszcze jakieś życzenia, które jej uniżony sługa mógłby spełnić.
Ethan doskonale wiedział, co się za chwilę stanie. Julie przez ułamek sekundy wyglądała tak, jakby miała zaprzeczyć, a Ethan gorąco jej kibicował. A potem rzuciła krótkie spojrzenie na trzymane przez niego ostrze, a oczy rozbłysły.
- Mogę?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Yori już klęczał przed Julie, wyciągając ku niej swój miecz, jakby to była najwspanialsza, a jednocześnie najbardziej bezpieczna na świecie zabawka.
- Służę, Julie.
- Dziękuję- wyciągnęła dłonie po broń, a potem stało się to, co wywołało szeroki uśmiech satysfakcji na twarzy Ethana. Ciężki kawałek metalu sprawił, że Julie zachwiała się. Miecz uniósł się lekko nad ziemię, po czym opadł na nią z powrotem. Oddała miecz Yoriemu, unosząc wysoko głowę, jakby była ponad to wszystko, a Ethan szybko wytarł z twarzy uśmiech, by dziewczyna go nie dostrzegła. Mógł sobie wyobrazić, za jak wielką obrazę by sobie to poczytała. – To nie dla mnie. Tym się nie da w ogóle walczyć. Zmęczysz się, zanim wykonasz atak.
- W rzeczy samej, Julie. Znam tylko jedną kobietę na tym świecie, która ostrze igielnej szpili zamienia na ostrze bliźniacze do tego- uniósł miecz z niedbałością, która musiała być próbą zaimponowania Julie. – Tymczasem delikatne dłonie, które z taką dobrocią opiekują się nowo narodzonymi dziećmi i zniedołężniałymi starcami, nie powinny kaleczyć swej bieli twardym i skalanym krwią wielu żelastwem.
Właśnie tego obawiał się Ethan. Widział, jak brwi Julie ściągają się, a zmarszczka pomiędzy nimi pogłębia się. Zaciekawiła go wzmianka o kobiecie, która była tutaj niemal legendą, tylko dlatego, że potrafiła utrzymać miecz. Tymczasem Julie zdawała się być zainteresowana nieco innymi aspektami wypowiedzi Yoriego.
- Możemy już dać spokój słowom i przejść do czynów?- wtrącił mężczyzna, chociaż wiedział, że nic nie powstrzyma Julie od dodania swoich pięciu groszy. Nie mylił się.
- Co za bzdura- powiedziała głośno Julie, a Ethan westchnął. Miał ochotę wyciągnąć się na trawie i przeczekać burzę, która właśnie miała się rozpętać. – Jestem przekonana, że niejedna kobieta okazałaby się lepszym wojownikiem od mężczyzny. Wystarczy tylko odpowiednia broń. Może mężczyźni mają siłę, ale kobiety są zwinniejsze, a to ważna cecha.
- Nie było moim zamiarem umniejszanie roli najwspanialszej ozdoby, jaka chodzi po tym świecie pod postacią kobiety- Yori był poruszony oburzeniem Julie, a jego słowa padały z szybkością przypominającą tą, z którą padają pierwsze, ciężkie krople deszczu. – Jednakże rycerskie życie pełne jest niewygód, jakich każdy szanujący się mąż, ojciec czy brat chciałby zaoszczędzić tym, na które spłynęła ich troska i miłość.
- Yori, Julie w pełni to rozumie- Ethan wsunął miecz do pochwy z rezygnacją. Wiedział, że na dzisiaj koniec ćwiczeń. – Dziękuję ci także za okazane zainteresowanie. Spotkamy się za dwa dni, pamiętaj. Tymczasem odprowadzę tę oto damę, by podczas drogi powrotnej nie przytrafiła jej się żadna krzywda.
Uścisnął dłoń chłopaka, po czym zwrócił twarz ku Julie, której wydęte wargi wskazywały na to, jak bardzo jest obrażona.
- Obowiązek względem damy przede wszystkim. Niezwykle miłą niespodzianką dzisiejszego dnia było ujrzeć tak piękne oblicze i jeszcze poznać imię tak uroczej pani- rzekł bardzo poważnie, po czym skłonił się kilkakrotnie i zaczął zbierać porozrzucane rzeczy.
Wreszcie wyprostował się, podniósł dłoń w geście pożegnania i znikł między krzewinkami po przeciwległej stronie polany. Ethan westchnął z ulgą. Uniknął tajfunu.
- Błagam cię, tylko nic już nie mów- powiedział, zanim Julie zdążyła otworzyć usta. On także zaczął zbierać swoje rzeczy.
- Co za bełkot- burknęła, kiedy tylko schylił się po pierwszą rzecz. Cieszył się, że dziewczyna nie może w tej chwili, dostrzec wyrazu jego twarzy. – Najlepiej zamknąć babę w domu. Niech gotuje, pierze, sprząta, a jej jedyną nagrodą będzie jakiś zawiły komplement, odrobina zainteresowania, jeśli szanowny pan i władca zechce je okazać. To gorsze niż niewola. W niewoli przynajmniej się gnije w lochach. Albo pracuje w kamieniołomach. A tak? Jeszcze kobieta musi wyglądać pięknie, uśmiechać się i być wiecznie szczęśliwą z tak tandetnego żywota. Co za idiotyzm. Aż im wszystkim współczuję.
Oburzenie Julie byłoby na pewno słodkie i urocze, gdyby istniało tylko w jej umyśle, a nie było wypowiadane przy każdej nadarzającej się okazji. Oczami wyobraźni widział Julie na rynku Mistyi, który w jego wyobraźni miał w swym centrum mównicę, agitującą wszystkie przekupki, matki, żony i ulicznice, do porzucenia „tandetnego żywota”. I ten obraz był niebezpieczny.
- To jest ich świat, w którym jesteśmy gośćmi. I albo zaakceptuje się warunki gospodarzy, albo cię wyrzucą. Nie możesz oczekiwać, że kilkoma zdaniami, rezolutnym argumentem pokonasz w Yorim lata wychowania. Daj spokój- rzekł, przechodząc obok niej i wchodząc w zarośla.
Julie szła za nim klnąc w języku, którego nie znał. Zgadywał, że był to norweski.
- To co?- wypaliła tak nagle, że omal go nie przestraszyła, wracając gwałtownie do angielskiego. – Mam stać, przyglądać się i udawać trzpiotkę? Robić „och” i „ach”, gdy jakikolwiek mężczyzna kiwnie palcem? Rumienić się i zasłaniać na jakiekolwiek słowo skierowane w moją stronę, dziękując bogom, że jakikolwiek mężczyzna poświęcił chwilę swojego cennego i zapracowanego czasu, aby do mnie przemówić?
Potok słów wypływał z ust Julie odbijając się od jego pleców. Wreszcie usłyszał poruszające się liście na prawo od nich i tam też skierował swoje kroki, najpierw odwracając się do Julie.
- Udawać, Julie- powiedział, przewracając oczami. Po tyradzie dziewczyny nie mógł się powstrzymać od tego gestu. – Masz udawać, by uzyskać to, na czym ci zależy. A kiedy już to będziesz miała, wtedy możesz deptać wszystkich wokół. Nawet mężczyzn- powiedział, uśmiechając się. On sam robił podobnie, chociaż nie był kobietą. Wydawało mu się, że to ogólna zasada, która, niezależnie od płci, powinna stać się najważniejszą, jeśli komuś marzy się władza. – I, co najważniejsze, nie wdawać się w dyskusje z Yorim. To ja później będę musiał go słuchać.
Prychnęła niczym rozjuszona kocica, której ktoś nadepnął na ogon. Ethan cieszył się, że znajduje się poza zasięgiem jej pazurów. I Yori także. Pewnie gdyby teraz spomiędzy drzew wyszedł jakikolwiek, bogu ducha winny mężczyzna, to Julie zaatakowałaby go, nie bacząc na konsekwencje. To właśnie tego bał się Ethan. Że zacznie walczyć o coś, co jeszcze w tym świecie nie istnieje.
- Dobra, już nic więcej nie będę mówić. Idę poudawać gdzieś idiotkę.
Ethan nawet nie musiał się odwracać by wiedzieć, że dziewczyna splotła ramiona na piersi, obrażona na cały świat, a szczególnie na niego. Nie stanął po jej stronie. To prawda. Ale dlatego, że mieli zupełnie różne natury. On chciał się zaadaptować, dostosować, by móc żyć w tym świecie, w które wrzuciło go przeznaczenie. Natomiast Julie… No cóż, Julie chciała walczyć z całą rzeczywistością. Ethanowi przypominało to walkę z wiatrakami.
Pecado czekała na nich, pasąc się i niespokojnie orząc kopytem miękką, wilgotną ziemię porośniętą mchem. Kiedy wyszli spomiędzy zarośli zastrzygła uszami, ale nawet nie podniosła łba.
- Przy mnie możesz mówić wszystko- powiedział, dosiadając karą klacz. – Proszę cię tylko o nie prowokowanie mojego mistrza sztuk wszelakich do filozoficznych rozpraw. A teraz podaj mi rękę, łaskawa pani i pozwól dostarczyć cię bezpiecznie do domostwa, w którym czeka na ciebie sterta garów do umycia.
Od razu pożałował ostatnich słów. Julie zmarszczyła nos, co jeszcze bardziej upodobniło ją do wściekłego kota.
- To ja już wolę się przejść- oznajmiła tonem, który wskazywał nie tylko na śmiertelną obrazę, ale też na wielkie pokłady dumy i niechęci. Zaczęła powoli iść, omijając jeżyny i kłujące akacje.
Uśmiechnął się pod nosem, pozwalając jej przejść kilka metrów. Bawiła go ta duma i próba udowodnienia tego, jak bardzo jest niezależna. Miał wielką ochotę jechać za nią aż do chaty Orena, by sprawdzić, kiedy zacznie przeklinać na czepiające się ubrań rzepy i pajęczyny rozwieszone między gałęziami. Oparł się pokusie. Podprowadził Pecado tak, by mógł swobodnie wychylić się z siodła. Złapał Julie po pachy i podniósł, sadzając przed sobą. Patrzyła na niego z mieszaniną złości, zaskoczenia i dezorientacji. Przycisnął ją do piersi, uchylając się nad zawieszoną nisko gałęzią. Poczuł jak liście grabu łaskoczą go w twarz. Wyprostował się i zerknął na Julie, która wydawała się taka mała i delikatna. A raczej wydawałaby się, gdyby nie płonące oczy, którymi na niego patrzyła. Gdyby miały moc, to pewnie już dawno spopieliłaby go. Mimo tego zagrożenia uśmiechnął się do niej.
- A więc tak czuje się mężczyzna- wojownik, który bierze to, co do niego należy i wtedy, kiedy tylko chce.
Julie nie wydawała się zachwycona. Do chaty Orena dojechali w ciszy. Kiedy Julie obrażona odchodziła w kierunku budynku Ethan patrzył za nią. Zastanawiał się, jak wyglądałaby ta młoda kobieta na królewskim dworze i czy byłaby w stanie głosić swoje objawione prawdy na temat statusu kobiety. Wiedział, że tak. Ciekawe, jak te wszystkie zniewolone kobiety radziły sobie do tej pory, do momentu, w którym pojawiła się Julie, ich zbawczyni. Ethan podejrzewał, że radziły sobie zaskakująco dobrze. I pewnie wcale nie marzyły o „wyzwoleniu”.

***

Nigdy nie była kimś, przed kim jakieś wyzwanie stanowiłoby przeszkodę. Wręcz przeciwnie. Postrzegała siebie, jako tą, która stawia czoła przeciwnością losu, biorąc je za szanse w uzyskaniu tego, na czym jej zależało. A w tym momencie, w ostatnich dniach, nie myślała o niczym tak wiele, jak o Kiraal i szyderczym uśmiechu następcy tronu, Paimona. Wiedziała, że, aby móc być władcą, musi nie tylko zachowywać się tak, jak przystało na władcę, ale także unikać bycia postrzeganą, jako ta, która dzierży władzę. Zbyt wiele razy widziała, jak sława i chwała odwracały się od tych uwielbianych i tych, których władza kochała. Natomiast ciche cienie przemykały po zamku tak, jak zawsze. Za kulisami niewiele się zmieniało, nawet, jeśli najważniejsi aktorzy spadali ze sceny, łamiąc karki.
Miravel siedziała naprzeciwko mężczyzny, przyglądając mu się z uwagą, na jaką nie zasługiwał. Wiedziała, jak wiele znaczyło dla tych wszystkich, pyszałkowatych mężczyzn uwaga, słuchanie żalów i skarg. Robiła to z ochotą, bowiem pomiędzy zdaniami ukryte były informacje, o jakich rozmówcy nie myśleli, ale nad wyraz chętnie się nimi dzielili. A ona z nie mniejszą radością zbierała je w wyimaginowanej szufladzie, która istniała tylko w jej umyśle. Szuflada oznaczona była napisem: „do wykorzystania”. Tym razem uśmiechała się z wyższością, bo wiedziała, że niezależnie od tego, co by zrobiła lub czego by nie zrobiła, to i tak osiągnie swój cel.
-… nie ma w tym ani krzty prawdy. Banialuki- podkreślił z uczuciem
Położyła brodę na dłoni i podparła się łokciem o wielki, drewniany stół, który zajmował znaczną część komnaty.
- Prawda to rzecz względna- stwierdziła, uśmiechając się i przygryzając dolną wargę. Zastanawiała się, jak ma to rozegrać. – Te banialuki biorą swój początek w moich słowach.
Ryn, a raczej, jak powinna się do niego zwracać, lord Reynold nie okazał ani grama zdziwienia. Nie był też zmieszany czy speszony. Wręcz przeciwnie. Wybuchnął rubasznym śmiechem, który byłby w stanie strącić obrazy ze ścian, gdyby nie fakt, że ściany były zupełnie nagie, jeśli nie liczyć wiszących na nich skór dzikich zwierząt. Otarł łzę, która wypłynęła mu z kącika oka.
- Miravel, nie rozśmieszaj mnie- powiedział, kiedy się uspokoił. Był rosłym, szerokim w barach mężczyzną o brązowych, zmierzwionych włosach i równo przyciętej brodzie. Nie był przystojny, ale na pewno budził respekt. Miał niespokojne, jednak bardzo precyzyjne ruchy, więc zawsze w jego towarzystwie miało się wrażenie, że ma się do czynienia z niespokojnym skrytobójcą. Z kimś nerwowym, ale nieziemsko dokładnym.  – Jesteś autorką najczęściej powtarzanego na dworze dowcipu. Kiraalczycy u bram!
Roześmiał się znów, a ona uśmiechnęła się delikatnie, wyobrażając sobie, jak wielką przyjemność sprawiłoby wbicie mu noża w samo serce i patrzenia, jak uśmiech spływa z jego twarzy wraz z krwią, wylewającą się w rytm gasnącego serca.
- Pomożesz mi- powiedziała, kiedy tubalny śmiech ucichł. A raczej przycichł, bo Ryn wciąż trząsł barkami, jakby nie mogąc się powstrzymać. – A wtedy nikomu nie będzie do śmiechu.
Coś w jej twarzy musiało przykuć jego uwagę, bo spoważniał w ciągu kilku sekund. Wskazał na usta kruczowłosej kobiety.
- Nie podoba mi się to- rzekł. – Kiedy tak robisz, kiedy tak zaciskasz wargi, to nie wróży nic dobrego.
- Wręcz przeciwnie, Ryn, to wróży same dobre rzeczy- oparła się wygodnie, patrząc na niego uważnie i ważąc każde, nawet najmniejsze słowo i gest. – Jak długo się znamy?
Zmarszczył brwi.
- Mam wrażenie, że za długo- powiedział, kładąc wielkie jak głazy pięści na stole. Teraz stało się jasne, dlaczego wszystko wydawało się w tej komnacie tak nienaturalnie duże. Po prostu było dostosowane do właściciela.
- Pamiętasz te wspaniałe czasy naszej młodości, kiedy ukrywaliśmy się w kanałach u Wybrzeża Pereł. Czy to nie wtedy nauczyłeś się obdzierać szczury ze skóry jednym pociągnięciem?- schwyciła powietrze i mocno pociągnęła pewnym ruchem, by zademonstrować jak to wyglądało. – I czy to nie wtedy odkryliśmy, że to, co mamy między udami więcej jest warte niż zbierany na plaży proszek z muszli?
Lord Reynold niemal przewrócił swój wielki stół, wstając gwałtownie.
- Ciszej, Miravel, na bogów. Ściany w tym zamku mają wielkie uszy- okręcił się kilkakrotnie wokół własnej osi, sprawiając zabawne wrażenie psa, szukającego swojego ogona.
- Tutaj także?- uniosła brwi w udawanym zdziwieniu i położyła dłoń na ustach. – Wybacz, Ryn, nie wiedziałam, że to tajemnica. W twoim własnym zamku.
- Dobra, zrozumiałem, wiele ci zawdzięczam, ale…
- Wiele?- przerwała mu, marszcząc brwi i mrużąc niebezpiecznie oczy. Ona również wstała. Mimo że była o wiele niższa od tego wielkoluda, to lord zdawał się nagle skurczyć w sobie, jakby zgromiło go jej spojrzenie. – Zawdzięczasz mi wszystko, Ryn. Wyciągnęłam nas z Wybrzeża i wsadziłam tutaj. Dałam ci wspaniale młodą, chorowitą dziedziczkę Birkal. Więc siadaj i słuchaj.
Zacisnął mocno usta, ale nie powiedział ani słowa więcej, siadając. Patrzył na nią spode łba, a Miravel uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Lepkich, ciemnych wspomnień, błądzących po ciele, niczym macki galaretowatych stworzeń żyjących na dnie Wybrzeża.
- Lord Byron niedługo wyruszy w podróż. Pojedzie prosto do Gryth, do swojego ukochanego brata…
Wielki, straszny mężczyzna prychnął, a na pytające spojrzenie Miravel wyrzucił w górę ramiona, jakby błagał o cierpliwość.
- Znasz tę historię, prawda? Kłótnię braci, którzy rozdzielają swoje wspaniałe ziemie pomiędzy siebie? Dobrze wiesz, że lord Byron nienawidzi lorda Yumitha, więc czemu nagle miałby go odwiedzać? Żeby na własne oczy przekonać się, jak wspaniale i sprawiedliwie rządzi jego brat? Jak nieużytki przez stulecia zasiedlane jedynie przez oset i rogacze, odżywają i wydają najobfitszy plon w państwie, podczas gdy jego domena umiera śmiercią powolną i tragiczną?
Prychnął ponownie, ale kiedy spojrzał znów na Miravel jego pełen zadowolenia uśmiech spłynął niczym krople deszczu po szkle.
- On rzeczywiście tam pojedzie- powiedział z niedowierzaniem.
- Pojedzie. Na prośbę najdroższej córki.
- A więc wracamy prosto do starych sposobów- roześmiał się Ryn, waląc pięściami w stół i wstając. Złapał kobietę za biodra i uniósł w górę, jakby była lżejsza od piórka.
Kiedy odstawił ją na kamienną posadzkę nie mogła ukryć uśmiechu samozadowolenia.
- Kenna poprosiła ojca by wyruszył w tajnej misji. Chodzi o to, że…- skrzywiła lekko usta, naśladując stanowczy głos Kenny, nieco zmiękczony, kiedy zwracała się do swojego ukochanego ojca: - tatusiu tylko ty możesz pomóc. Naprawdę grozi nam niebezpieczeństwo, a nikt nie uwierzy, póki Kiraalczycy nie zapukają do naszych drzwi. Błagam cię, na wszystko, co jest nam drogie, jedź i na własne oczy oceń zagrożenie.
Mówiąc przechadzała się po komnacie w tę i z powrotem, gestykulując, jakby naprawdę starała się kogoś przekonać. Ryn obserwował ją z zainteresowaniem, a chociaż znał tę dziewczynę, kobietę, damę od czasów, kiedy była zwykłym dzieckiem babrzącym się w ulicznych pomyjach, to nadal nie mógł się nadziwić temu, z jaką pewnością siebie mówiła o rzeczach niewyobrażalnych. Kiedyś w podobny sposób opowiadała mu o zamkach i komnatach, o służbie, którą będą pomiatać, o pierzynach, na których będą spać i władzy, którą będą dzierżyć. I chociaż wówczas w to nie wierzył, to miała racje. Dlatego teraz zaczął w myślach przygotowywać plan na wypadek nadchodzącej wojny. Nagle opowiadane żarty i kpiny ze słów Miravel przerodziły się w zielone chochliki wykrzywiające kpiąco wargi i wystawiające wężowe języki.
- Nadal nie rozumiem, jak masz zamiar wywołać wojnę. Przecież Kiraal grzecznie przycupnęło z dala od granicy i czeka, bogowie raczą wiedzieć, na co. Ale podobno wznoszą budynki. A nie buduje się po to, by niszczyć.
Miravel podparła się pod boki i patrzyła na mężczyznę z wyczekiwaniem, jakby chciała, by sam odnalazł odpowiedź. Uśmiechała się, przeczuwając nadchodzący triumf.
Kiedy nie doczekała się oświeceniowej eureki podeszła do mężczyzny i wyciągnęła ku niemu dłoń, kładąc ją na zarośniętym policzku.
- I oto twoja rola, Ryn. Masz wypowiedzieć tylko kilka zdań. Masz poddać pomysł, kiedy stanie się to, co nieuniknione- nachyliła się, a kiedy Ryn nawet nie drgnął, pociągnęła go za brodę, a on pochylił się. Ustami niemal dotykała jego ucha, szepcząc do niego słowa, od których zależało jej życie. Wypowiadając każde z nich czuła smak zwycięstwa na języku, rozkoszną słodycz Viktorii i przyjemnie orzeźwiającą kwaśność szoku i niedowierzania, jakie będzie malowało się na twarzach niedowiarków.
Odsunęła się od barczystego lorda, a w jego oczach dostrzegła wreszcie zrozumienie.
- Ty myślisz…- zaczął, potrząsnął kudłatym łbem. – Ty naprawdę myślisz, że tak się stanie.
- Nie, Ryn. Ja wiem, że tak się stanie- powiedziała.- Chyba zapomniałeś, w czym się specjalizuję.
-Nigdy tego nie zapomnę- mruknął cicho, w zamyśleniu gładząc swój zarost. – Zdajesz sobie sprawę, że cała odpowiedzialność spadnie na ciebie?- zapytał, a kobieta przekrzywiła głowę, mając wrażenie, że nie do końca się rozumieją. Rozwiał jej wątpliwości kolejnym zdaniem: - Nikt się o tym nie dowie, oczywiście, ale wszystko, co się stanie…
- Nikt się nie dowie- powiedziała głośno, twardo i stanowczo. – To chyba wystarczy. Lord Byron będzie wielce ukontentowany, że będzie cię miał w swojej straży przybocznej- stwierdziła, przekrzywiając głowę i lekko ją pochylając w geście szacunku. Uśmiechała się.
- Będę zaszczycony, pani- powiedział sztywno Ryn, prostując się i kłaniając jej w pas.
Spojrzeli na siebie po raz ostatni. Dwoje osieroconych, ubłoconych dzieci, przesypujących w dłoniach piasek Wybrzeża Pereł by zdobyć pył z rozdrobnionych przez morze muszel. Dwoje podrostków o nachalnych manierach i ostro umalowanych twarzach. Dwoje dojrzałych ludzi z bagażem doświadczeń i spełnionymi, nierzeczywistymi marzeniami. Ryn wiedział, że w tym, co robiła w przeszłości Miravel sporo elementów było złych, wręcz grzesznych, ale zawsze łudził się, że robiła to dla nich. Dla niego. Dzisiaj to złudzenie, którym żywił się przez lata upadło na posadzkę, rozsiewając wokół siebie nieprzyjemny zapach łajna. Podziwiał Miravel przez całe swoje życie, ale dopiero dzisiaj poczuł wobec niej coś, co sprawiło, że na skroniach perlił mu się zimny pot. Po raz pierwszy zaczął się jej bać. Wiedział też, że osiągnie wszystko, czego tylko zapragnie, tak jakby świat stanowił pewną grę, w której ona ustala zasady. Niczym jakaś mroczna bogini, która oddziałuje na losy swych wyznawców, poruszając nimi jak pionkami na zaprojektowanej przez siebie planszy.

- Wrócisz z wojną za plecami- powiedziała, ściągając z wielkiego rzeźbionego oparcia krzesła czarny, prosty płaszcz z kapturem. Zapinając ostatni guzik uśmiechnęła się do niego, tak, jak miała w zwyczaju, kiedy codziennie ich podstawowym zmartwieniem było to czy dzisiaj umrą z głodu, czy uda im się coś uszczknąć z miejsca gdzie karczmarka wylewała i wyrzucała to, co nie nadawało się do zjedzenia dla ludzi posiadających pieniądze. Rozczulił go jej uśmiech. W tej chwili usprawiedliwił każdy krok. Na pewno był jakiś powód, większy i ważniejszy. A on zamierzał złożyć na dłonie Miravel cały świat, wojnę, pokój, śmierć i życie. Za ten jeden uśmiech i za każdą minutę ich wspólnego trwania. 

czwartek, 14 marca 2013

06. W dążeniu do celu.



Wiem, że gdzieś tutaj krążysz dookoła. Notka nie jest dla Ciebie. Wybierz z niej tylko to, co sprawi ci minimum radości. To jest dla Ciebie, Marcel
Oprócz Yoriego. On jest dla Ciebie, Ade. 
Cała reszta nie zasługuje na miano notki, ale jeśli ktoś jeszcze znajdzie coś dla siebie- bawcie się dobrze!



Patrzę i osądzam, biorę to, co chcę mieć, i niszczę wszystko, czego nie chcę mieć, ponieważ mam do tego prawo. 
G. Masterton, Ciemnia.  
 



Kiedy obudził się bladym świtem w dniu po pierwszym spotkaniu z Yorim, podczas którego to spędził kilka godzin na nieudolnej próbie parowania ciosów młodego blondyna, miał wrażenie, że bolą go wszystkie mięśnie. Nie chciał nawet myśleć o ramionach czy barkach, ale ku jego zdumieniu ostre igły przeszywały także jego kark, plecy i nogi. Dziękował niebiosom za to, że ktoś z mitycznego miasta ma władzę nad Yorim i nałożył na jego barki obowiązki, bo dzięki temu przez najbliższe dwa dni nie będzie miał okazji stanąć ponownie przed koniecznością morderczego wysiłku.  Yori przyniósł dwa miecze, wyszczerbione i zupełnie tępe.
- Wziąłem je z magazynu- wyjaśnił, po czym paznokciem zdrapał z ostrza coś, co przypominało zaschniętą krew. – W większości jest tam broń, którą zbierano po bitwach.
Nawet teraz, leżąc w czystej pościeli czuł, że wyimaginowane bakterie i wirusy gnieżdżą się na jego skórze. Wzdrygnął się, przypominając sobie jak bolesna była ta pierwsza lekcja. Największe obrażenia przyjęło jednak nie tyle ciało, co męska duma. Chłopak, według Ethana, okazywał zbyt wiele entuzjazmu w obliczu nieudolności mężczyzny we władaniu bronią.
- Toć sparować takie pchnięcie nawet dzieciaki potrafią- kręcił głową z szerokim uśmiechem na ustach, patrząc jak Ethan, czerwony ze złości, masuje sobie bok, w który wbiła się klinga. Nawet zupełnie tępa, była kawałkiem metalu, a w połączeniu z byczą siłą chłopaka, stawała się niemal śmiercionośnym kawałkiem żelastwa.
Mimo wszystko Ethan z zaciętością i uporem starał się władać mieczem, naśladując chłopaka, puszczając mimo uszu jego śmiech i komentarze.  Pod koniec sesji nawet udało mu się uniknąć uderzenia w udo, które przy zaostrzonej klindze zakończyłoby jego ziemski żywot. Podejrzewał, że blondyn pozwolił mu na to, by w jakiś sposób go podbudować. W ciągu tych godzin zdążyli zapałać do siebie zalążkami sympatii, a Ethan wiele dowiedział się o pobliskim mieście, Mistyi.
- To największe miasto na świecie- mówił Yori, kiedy Ethan zgięty w pół, łapał oddech. Po pewnym czasie dzieciak przestał się dziwić niewiedzy mężczyzny, w zupełnie naturalny dla siebie, a zupełnie obcy innym ludziom sposób, przechodząc nad nią do porządku dziennego, akceptując fakt, jako taki. Kontynuował swoją opowieść w kilkudziesięciu krótkich częściach, wykorzystując każdą wolną chwilę wytchnienia: - Mury są tak grube, że aby przejść przez bramę potrzebujesz pięćdziesięciu kroków. Jest ich trzy, to znaczy bramy. Ta, przy której służę na strażnicy, to Brama Szaleńców. Nazywa się ją tak, bo gdybyś jechał tym traktem- wskazał gdzieś pomiędzy drzewa, za którymi ukryta była droga- to dotarłbyś do Limbrii, a tylko głupiec by się na to zdecydował.
Po kilku godzinach Ethan nauczył się zadawać pytania. Teraz, leżąc w ciepłej pościeli i pozwalając by błogie uczucie rozpływało się po jego udręczonych mięśniach, układał sobie wszystko w głowie, po to, by móc jak najwięcej zapamiętać. Nie miał pojęcia skąd w nim tak wielkie dążenie do wiedzy, ale czuł, że informacje o mieście i o rzeczach związanych ze światem, do którego sprowadził ich Oren są niezwykle ważne. I mogą wkrótce okazać się pożyteczne.
Są jeszcze dwie bramy- Zwycięzców, która prowadzi przez rzekę Orb i Kamienna, przy której rozciąga się bazar. Ulice mają kształt okręgów, a na środku miasta stoi pomnik króla, którego imię Ethan usłyszał, co najmniej milion razy. Yori niemal każde zdanie kończył pięknym i pustym frazesem „jaśnie panującego króla Daimona”.  Mówił wiele rzeczy, a potok jego słów był chaotyczny i wartki, często zupełnie niezrozumiały. Ethan nie o wszystko miał czas zapytać, bo słowa płynęły także przy akompaniamencie szczęku stali, jakby chłopak wcale nie wkładał wysiłku w atakowanie o wiele starszego mężczyzny, tymczasem on koncentrował się całkowicie na tym, co robi, starając się odparowywać ciosy Yoriego. Pomagało wyobrażanie sobie, ze klinga lśni ostrością i za każdym uderzeniem wyzwala rozbryzgi krwi. Jego krwi.
Wiedział jednak, że za miasto prowadzi szeroka, brukowana droga. Po obu jej stronach stoją dumne drzewa, a ona wiedzie wprost do zamku. Ethan znał tylko szkockie zamki, ale z opowieści młodziaka wywnioskował, że ta posiadłość w niczym nie przypomina starych, twardych i zimnych murów szkockich twierdz. Był to raczej pałac, przywodzący mu na myśl opowieści o Ludwiku XIV i wspaniałym Wersalu. Z tego, co mówił mu Yori wynikało, że życie na dworze opływa w luksusy i przywileje, brak obowiązków i przykrych konieczności. Ethan patrzył z powątpiewaniem na rozanieloną twarz młodzieńca, kiedy opowiadał o suto zastawionych stołach, szczęśliwych ludziach, tańczących w barwnych korowodach, bogactwie i pięknie. Poprzysiągł sobie, że znajdzie sposób, by móc zweryfikować słowa chłopaka i ujrzeć na własne oczy to, o czym z takim przejęciem opowiadał.
Czy nauczył się czegoś podczas morderczej para szermierki z Yorim? Pomimo nieschodzącego uśmiechu z ust, chłopak był bardzo dobrym nauczycielem. Gdyby było inaczej, Ethan nigdy w życiu nie zgodziłby się, by osiemnastolatek śmiał się z niego, kiedy upadał pod jego ciosami i podawał mu dłoń, kiedy po raz setny nurkował twarzą w piachu i trawie. Jednak teraz wiedział jak trzymać miecz, jak się nim obronić, jak sprawić by stanowił tarczę, przed ciosem. Czuł się tak, jakby uzyskał jakąś moc, dar, tajemnicę, której nie posiada reszta osób z kryształami. I to wprawiało go w niezwykle dobre samopoczucie.
Dlatego też, zamiast przez najbliższe dwa dni nie ruszać się z łóżka, wstał i ubrał się, zaciskając zęby przy wdziewaniu na siebie lnianej koszuli. Niczym starzec, powoli podnosił nogi, ubierając spodnie, po czym wyszedł z pokoju. Prawdziwą torturą okazało się wyjście po drabinie. Napinające się mięśnie barków i pleców sprawiały, że miał ochotę wyć z bólu. Nagrodą był ciepły wiatr, wiejący od strony lasu, przesycony zapachem żywicy. Nie zatrzymując się poszedł do zagrody Pecado, biorąc z ganku juki, które leżały od wczoraj dokładnie w tym samym miejscu. Poprzedniego dnia nie miał ani krzty siły, by znieść je ze sobą pod podłogę chaty.
U Orena już od bardzo dawna musiało nie być zwierząt, bo pomimo wielu poszukiwań, Ethan nie znalazł nic, czym mógłby nakarmić Pecado. Musiała więc zadowalać się słodko zieloną trawą, chociaż wiedział, że takiemu zwierzęciu jak kara klacz nie może to wystarczyć.  Chciałby wybrać się do miasta i kupić lub wymienić za bukłaki znalezione w jukach Mikela worek owsa. A jeśli nie worek to, chociaż kwartę czy dwie. Wolał jednak na razie nie opuszczać bezpiecznej bazy, jaką stała się okolica chaty Orena. Nie dlatego by się bał tego, co może ujrzeć w mieście, ale miał przeczucie, że starzec nie pochwalałby takiej samowolki. Wolał go na razie nie denerwować, tym bardziej, że wydawał się być naburmuszony od czasu, kiedy sprowadził do jego zagrody Pecado. Wyciągnął z juk kilka jabłek, małych i ususzonych, ale klacz chętnie zgarniała je z jego wyciągniętej dłoni, potrząsając łbem i przeżuwając.
- Niestety, mała, na razie musi ci tyle wystarczyć- powiedział, głaszcząc klacz.
Oparł się o naprawione przez siebie ogrodzenie. Wbrew wszystkiemu był z siebie zadowolony, a świat nigdy nie wydawał mu się tak obfitujący w możliwości jak w tej chwili. Postanowił, że za wszelką cenę nauczy się walczyć i zamierzał dotrzymać tej obietnicy. Dzięki temu czuł się, jakby otrzymał przepustkę do świata, jakby połowicznie już był jego częścią i nic nie mogło tego zmienić. Wpadł. Był we wnętrzu gotującego się wywaru, a zamiast wić się i krzyczeć, czuł tylko przyjemne ciepło i bulgoczącą konsystencję, czule opływającą całe jego ciało.



Blady świt przebijał się przez smugi mgły, sunącej tuż nad mokrą od rosy trawą. Świat dopiero budził się do życia, głosem miliona ptasich treli. Było chłodno, ale nie zimno, chociaż wilgoć lepiła się do skóry, a światło przebijało się przez drobne cząstki mglistych pasm. Wszystko dookoła wydawało się skrzyć, chociaż na niebie panowała zaledwie zapowiedź wschodu słońca. Ethan przedzierał się przez las, schylając się pod ciężkimi od deszczu gałęziami i unikając kontaktu z nićmi pajęczyny, obwieszonymi rosą niczym koralikami.
Pałał wielkim entuzjazmem. To, że działał, nie trwał w stagnacji, dawało mu siłę, jakiej się nie spodziewał. Nie tylko czuł, że jest na właściwym miejscu, ale kiedy myślał, że ma tutaj coś do zrobienia, miał jakiś niewielki kłębek nadziei, który mówił mu, że da sobie radę. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio był w tak dobrym nastroju i kiedy ostatnio posiadał tak wielkie pokłady wiary w samego siebie.
Postanowił iść brzegiem jeziorka, na skróty. Kiedy przedarł się przez gałęzie i zasłonę liści, stanął jak wryty. Nad szklaną taflą wody siedział chłopak o śniadej karnacji. Jeden z tych, którzy przybyli tutaj wraz z nim. Ethan starał się jak mógł odsunąć się od rzekomego udziału tych dzieciaków w wyznaczonym im przez Orena zadaniu. To była jego misja i wiedział, że to on będzie musiał mierzyć się, że wszystkimi przeciwnościami. Reszcie brakowało potencjału, przynajmniej tak uważał.  Przyglądał się samotnej postaci. Mimo, że stał daleko i nie widział wyrazu twarzy młodego mężczyzny, to wiedział, że chłopak gorączkowo się nad czymś zastanawia. Właściwie świadczyły o tym także niecodzienne okoliczności. Ktoś, kogo myśli nie przypominają kłębowiska węży, śpi spokojnym snem o tej porze, a nie włóczy się samotnie po lesie.
W dłoni chłopaka coś zalśniło, a Ethan, który miał już okazję poznać błysk stali odbijającej światło w niemal każdej pozycji, poczuł skurcz w żołądku. Miał bardzo silne przeczucie, że wie, co się za chwilę stanie, wobec czego powoli, skrajem lasu, wciąż ukryty za niewielkimi krzewinkami, zbliżał się do Latynosa.
Wydawało się, jakby chłopak medytował nad niewielkim ostrzem noża, które obracał między palcami zupełnie nieświadomie. Kiedy Ethan był praktycznie tuż za jego plecami młody mężczyzna podjął decyzje, przystawiając sobie nóż do odsłoniętego ramienia. Zareagował pod wpływem impulsu:
- Co robisz, do cholery?- zapytał, chwytając jednocześnie nadgarstek chłopaka, a drugą ręką wyciągając mu nóż z dłoni. Głupota zaskakiwała go na każdym kroku.
Latynos potoczył zszokowanym spojrzeniem, które najpierw wbił w palce ściskające go za przegub, a dopiero potem popatrzył na twarzy Ethana. Jego źrenice rozszerzyły się tak, że jego oczy wydawały się być zupełnie czarne. Milczał, patrząc, jakby odebrało mu mowę, a Ethanowi przyszło na myśl, że może chłopak odciął sobie język, ale nim podjął decyzję by to sprawdzić, młody odezwał się:
- Testuję.
- A dokładniej?- mruknął Ethan. Stali tak blisko siebie, że nawet nie musiał podnosić głosu, by jego słowa wyraźnie rozbrzmiały w ciszy poranka. - Co można testować przykładając sobie nóż do ramienia?
- Szybkość, z jaką wykrwawię się w piątkowy poranek przecinając tętnicę ramienną.
Beztroska, z jaką wypowiedział te słowa, sprawiła, że Ethan zaczął podejrzewać, że rozmawia z człowiekiem niespełna rozumu. Ale bystre spojrzenie chłopaka mówiło mu, że nie należy go oceniać, póki nie dowie się, o co tutaj właściwie chodzi. Mimo wszystko nie mógł się powstrzymać od lekkiej nuty ironii, jednocześnie puszczając rękę chłopaka, ale nadal trzymając nóż poza zasięgiem jego dłoni.
- Wspaniale. A może sprawdzimy jak szybko umrzesz, kiedy wbiję ci go w oko.
- Pewnie trochę szybciej... – mruknął, po czym wyciągnął dłoń: - Daj, pokażę ci, o co chodzi.
Wahał się tylko ułamek sekundy. W gruncie rzeczy nie wiedział, dlaczego w ogóle życie chłopaka i to, co robił miałoby go interesować, ale Latynos zaciekawił go swoją butą i pewnością siebie. Chciał zobaczyć, co z tego wyniknie, dlatego oddał chłopakowi narzędzie.
Patrzył jak dzieciak przejeżdża ostrzem po skórze na ramieniu tworząc szybko krwawiącą rysę. Musiał oddać mu honor. Nawet się nie skrzywił. Ethan minę miał, a przynajmniej starał się mieć, maksymalnie obojętną, chociaż przeszył go lekki dreszcz niepokoju, kiedy ciało otworzyło się pokazując swe krwiste wnętrze.  Chłopak zamiast biegać dookoła w poszukiwaniu plastra, stał spokojnie z zamkniętymi oczami, marszcząc lekko brwi. Krwawienie ustało, a rana powoli się zamykała. Po chwili nie było ani śladu. Nawet biel blizny zniknęła.
- Imponujące- powiedział sam do siebie, podnosząc wzrok z ramienia na twarz chłopaka. - Naprawdę zaskakujące. Jestem Ethan- dodał zupełnie niespodziewanie nawet dla samego siebie, wyciągając rękę do chłopaka. - Możesz tą moc przenieść na kogoś innego? W sensie, czy potrafiłbyś wyleczyć drugą osobę, czy działa to tylko w odniesieniu do ciebie?
- Luis. Leczę i innych, chociaż to trochę bardziej... – odpowiedział, ściskając mu dłoń. Chwilę szukał właściwego słowa, po czym dokończył: - kłopotliwe. Męczące. Wymaga większego skupienia.
Człowiek, który leczy rany innych magiczną mocą. Oto prawdziwa potęga. Ethan nagle przypomniał sobie z bolesną wyrazistością jak wiele razy otrzymywał ciosy od Yoriego. I o tym, że w prawdziwej walce były martwy po stokroć. Tak, kryształowa moc uzdrawiania naprawdę mogła mu się jeszcze kiedyś przydać.
- Rozumiem. Uważaj tylko, żebyś nie przeholował z tymi swoimi testami. Wydaje mi się, że w najbliższej przyszłości może nam się przydać ktoś taki, jak ty.
-Spoko, mam głowę na karku, szefuńciu. Właściwie, na czym polega twoja moc?
Patrzył na niego uważnie, bystro, uśmiechając się. Ethanowi przyszło na myśl, że ten chłopak chyba nie będzie w stanie zbyt długo usiedzieć spokojnie pod chatą Orena. Aż bał się pomyśleć, co zrobi, kiedy skończą mu się pomysły na kolejne testy swojej mocy. Miał nadzieję, że nie zacznie ranić innych, by się sprawdzić. Nie… Może był lekko narwany, ale nie wyglądał na sadystę.
- Mogę przybrać postać jakiejkolwiek osoby, którą chociaż raz w życiu widziałem. Marna moc w porównaniu z brakiem konieczności troszczenia się o skaleczenia- rzekł, odwzajemniając uśmiech Luisa w nieco bardziej stonowanej, okrojonej wersji.
Chłopak wytrzeszczył na niego oczy, a mężczyzna zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie powiedział czegoś dziwnego czy głupiego.
- Możesz być mną? – zapytał.- Teraz?
Niemal się roześmiał z chorobliwej ekscytacji Luisa. Schlebiało mu jego zainteresowanie, ale wątpił by rzeczywistość mogła sprostać wygórowanym oczekiwaniom.
- Mogę tylko wyglądać jak ty. Nie mogę stać się tobą- powiedział.
Płonące ciekawością spojrzenie chłopaka nie dało mu jednak spokoju, dlatego zamknął oczy, z obrazem jego twarzy pod powiekami. Po chwili otworzył oczy, a Luis przyglądał mu się uważnie, obchodząc dookoła jakby był jakimś okazem muzealnym. Mruczał przy tym po hiszpańsku.
- Dobry obserwator od razu pozna, że nie jestem tobą- powiedział Ethan, znów zamykając oczy i wracając do swojej postaci.
- Jak długo masz tę moc? – zapytał chłopak.
- Już niemal dziesięć lat.  Ale nie wykorzystywałem jej należycie- w porównaniu z mocą chłopaka, który mógł leczyć obdrapane kolana i rozcięte palce, Ethan wydawał się sobie niemal zwyrodnialcem. Zmienił temat: - Ty i Twój przyjaciel pochodzicie z jakiegoś ciepłego, przyjemnego kraju. Chyba niełatwo było go porzucić?
- Peru - odparł. - "Niełatwo" to niedopowiedzenie, było raczej... kurewsko trudno. Ale wygląda na to, że tak naprawdę nie było innego wyboru.
- Wyobrażam sobie- powiedział i rzeczywiście mógł sobie to tylko wyobrażać. Dla niego zmiana kraju i życia następowała wielokrotnie. Więc czym różniła się jego sytuacja w tych czasach? Tylko różnym postępem cywilizacyjnym, ale Ethan wiedział, że poczynił kroki, by dostosować się i do tego. Jak zawsze uda mu się znaleźć niszę ekologiczną, w której będzie mógł spokojnie żyć. Spojrzał na słońce, którego tarcza oświetlała właśnie czubki drzew. Przypomniał sobie, dokąd zmierzał, dopóki nie spotkał chłopaka. Na jego twarzy pojawił się wyraz zaciętości, ale przezwyciężył go, patrząc na Luisa.
 - Muszę iść. Teraz już przynajmniej wiem, że sam nie zrobisz sobie krzywdy.
- Pewnie, że nie - odparł, po czym z rozbawieniem, które chciał ukryć pod nieudolnie udawaną irytacją, dodał: - Jestem potężnym władcą żywiołu, pamiętasz?
- Ależ oczywiście, Panie Potężny- zaczął odchodzić w kierunku ściany drzew, ale odwrócił się nim zniknął i podniósł do góry rękę w geście pożegnania: - Do zobaczenia.



Polana zalana była już słońcem. Białe światło poprzecinane było ostrym cienistym kształtem liści. Ethan, oddychając ciężko, leżał na środku, na chłodnej ziemi, patrząc na płynące w górze obłoki. To było niesamowite. Pomimo inności tego świata, przyroda pozostała taka sama. Niezmienna, a zarazem ciągle ulegająca przemianą.
Ostrze wbiło się w miękką ziemię tuż przy jego głowie.
- Już nie żyjesz- blondyn wyciągnął ku niemu dłoń. Ethan schwycił ją, wstając i jednocześnie wyrywając broń z mchu. Był to srebrzony miecz, który mężczyzna wyciągnął dzisiejszego ranka, by wreszcie wypróbować go w walce. Mimo, że nie był specjalistą, to czuł różnicę pomiędzy bogatą, szlachetną stalą, a kawałkiem stępionego żelaza, którym do tej pory walczyli. Miecz stanowiłby realne zagrożenie dla Yoriego, gdyby tylko Ethanowi udało się, choć raz sprawić, by młodzian znalazł się w zasięgu ostrza.
Mruknął coś niewyraźnie o odpoczynku. Yori roześmiał się głośno. Właściwie nie istniały chyba słowa, na które nie miałby w odpowiedzi śmiechu.
- Nie ma miejsca na odpoczynek na polu walki!- rzekł, unosząc miecz i przyjmując właściwą pozycję do ataku. Lekko kołysał się na ugiętych nogach. Ethan nie podzielał jednak jego zapału.
- Nie jesteśmy na polu walki- stwierdził, ale posłusznie uniósł miecz, naśladując ruchy chłopaka. Czuł się jak idiota. Ale kiedy nie robił tego w taki sposób, to tracił miecz o wiele szybciej, niż wtedy, kiedy stosował się do zaleceń nastolatka. Stwierdził więc, że może zaakceptować warunki Yoriego i być posłusznym lub pewnego dnia nie zdążyć pożałować tego, że się do nich nie stosował.
- Ale moglibyśmy być- powiedział Yori, atakując i tnąc szerokim łukiem od dołu. Ethan bez większych trudności sparował pchnięcie, które już zdążył poznać. Gorzej sytuacja miała się z tym, co nastąpiło później. Yori obrócił się na pięcie, tym razem uderzając z góry, a kiedy rozległ się szczęk stali uderzającej o stal, chłopak z siłą, jakiej się po nim nie spodziewał, odepchnął go i ciął w odsłonięty bok.- A gdybyśmy byli, to już byś nie żył.
Ethanowi krew zawrzała w żyłach. Yori miał rację, a to tylko zaogniło już płonącą w nim złość. Odwrócił się, zaskakując chłopaka cięciem z dołu. Nauczył się go tylko z obserwacji, które właściwie były dla niego najcenniejszym źródłem nowych umiejętności. Wykorzystał fakt, że jest o wiele cięższy i silniejszy od młodziana i zaatakował go serią szybkich cięć, które docelowo miały przeciąć tętnicę szyjną, ewentualnie odciąć całą głowę, ale w jego przypadku ciągle natrafiały na błyskawiczną zasłonę Yoriego. Ale po raz pierwszy to Ethan atakował, a nie tylko potulnie przyjmował ciosy. Okręcił się na pięcie, naśladując niedawny ruch chłopaka tyle, że uchylił się, podcinając mu nogi. Yori upadł, zupełnie zaskoczony, a Ethan, nie bez satysfakcji, wycelował w niego ostrzem.
- Rycerze tak nie walczą- fuknął Yori, wstając z miękkiego mchu.
- Nie jestem rycerzem- odpowiedział mężczyzna, a tym razem to na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, którego nawet gromiące spojrzenie Yoriego nie mogło powstrzymać. Wiedział, że chłopak wierzy w te wszystkie wzniosłe ideały, ale czuł, że w jego przypadku i w walce, którą miał podjąć, nie będą miały przełożenia na rzeczywistość. Wobec tego nie miał zamiaru się nimi przejmować. Poklepał młodego blondyna po ramieniu- Może jeszcze ty się czegoś przy mnie nauczysz- rzekł.
- Nigdy w życiu- odpowiedział chłopak zupełnie szczerze, podkreślając swoje słowa nieścieralnym uśmiechem. – Nie będę oszukiwał jak jakiś najemnik.
- A więc ja oszukuję, tak?- roześmiał się. – Ciężko się pogodzić z przegraną, prawda Yori z Berg?
- Z nieuczciwą wygraną, owszem, Ethanie- powiedział chłopak, znów przyjmując swoją pozycję do ataku. – Ale nie kłopocz się. Już nie będziesz miał ku temu okazji.
Z błyskiem w oczach, zaatakował.



Zbliżał się do Bramy Szaleńców. Widział już zarys murów, które przebijały się swoim ceglastym kolorem zza ściany drzew. Wieże strażnicze śpiewały chórem kilku trąb, zwiastując otwarcie bram dla przybywających spoza miasta kupców. Ciężka żelazna krata ruszyła ku górze, niknąc gdzieś w czeluściach muru. Yori przecisnął się pomiędzy ciżbą, która nie była tak liczna jak przy Głównej Bramie, ale na pewno o wiele bardziej nieprzyjemna. Ci, którzy przechodzili przez tę bramę pochodzili z odległych krain, albo mieli nie po kolei w głowie i mieszkali w lasach, wypalając węgiel czy zbierając magiczne zioła.
Kiedy już przedostał się do wnętrza Mistyi, skierował swoje kroki prosto do strażnicy, wspinając się po kolejnych stopniach krętych schodów i mijając po drodze kilku swoich druhów, którzy zmierzali w przeciwnym kierunku. To na nich padł dzisiaj obowiązek sprawdzania wchodzących do miasta. Tymczasem Yori, przechodząc przez kuchnię i łapiąc pajdę chleba, piął się dalej, wysoko ponad inne budowle. Miał dzisiaj być obserwatorem.  Zajął swoją pozycję, odgryzając spory kęs chleba i zaraz potem chowając resztę za plecami, stając na baczność. Nadchodził dowódca, a Yori nie miał zamiaru znów mu podpaść. Nadal miał bąble na rękach od szczoty, którą musiał czyścić stopnie prowadzące na wieżę. Dzięki temu wiedział, że jest ich ponad pięć setek.
Kiedy dowódca wydał rozkazy i skrył się przed nadchodzącym skwarem w swojej chłodnej komnacie, Yori odetchnął z ulgą i powiódł wzrokiem po mieście. Z tak wysoka widział dokładnie układające się w okręgi ulice, przy których wyrosły piętrowe kamienne budowle, które nie mając miejsca by rozrastać się w szerz, pięły się ku górze dziwacznymi, drewnianymi konstrukcjami pięter. Stojąc twarzą zwrócony ku miastu po prawej stronie widział bazar, z którego bił ciężki, przepełniony zapachami gwar dziesiątek głosów kupców, rozkładających swoje towary.
Z dziwacznych, rozklekotanych budowli tulących się do kręgów, wyróżniało się półkole leżące z jego lewej strony. Zadbane bielone domostwa, które zagarnęły dla siebie także po kawałku spalonej słońcem ziemi, tworzącej namiastkę ogrodu. Ulica Rzemieślnicza była nie tyle najbogatszą, co najbardziej zadbaną. Liczne cechy otaczały opieką nie tylko ludzi należących do rzemieślniczej rodziny, ale i domy, które stawały się wizytówkami. Nawet z takiej odległości widział niektóre szyldy, chyboczące się na lekkim wietrze. Na każdym znajdował się herb danego cechu.
Powiódł wzrokiem dalej, omiatając złotą postać króla Daimona, a także białą kopułę świątyni. Aleją obsadzoną majestatycznymi drzewami wszedł na zamkowe terytorium. Zbudowany z kamienia korpus budowli w niczym nie przypominał warowni. Yori wiedział, że mury, pomimo tego, że wzniesione z solidnego surowca, są cienkie, by można było tworzyć z nich fantazyjne łuki i wnęki. Brama miała złoconą, delikatną kratę, zupełnie różną od żelastwa, które w Bramie Szaleńców miało bronić Mistyę przed atakiem. Misterna sieć raczej przypominała pajęczą niż ludzką. Za nią widać było biały bruk dziedzińca i hebanowe wrota prowadzące wprost do wnętrza tego raju pełnego obietnic lepszego życia. Mury zamku tworzyły misterną wiązankę korytarzy, komnat, schodów i skrytek, których nie poznał do końca chyba żaden z władców.
Yori stał dobrą chwilę na blankach, kupcy rozstawili cały swój towar, nawołując zbierających się mieszczan do wydawania monet. Miasto zaczynało tętnić życiem. Chłopak czuł promienie słońca na karku, które piekły niczym ognie, ale nie poruszał się, stojąc na straży porządku i obserwując tak bacznie, jak tylko pozwalał mu na to pot lejący się z czoła.  Dopiero, kiedy słońce stanęło w zenicie uniosła się złota dworska brama, zwiastując tym samym, że życie, które trwało już dobrych kilka godzin wśród nisko urodzonych, wdarło się także w te nieosiągalne mury, wyrywając ze snu dostojnych panów i nadobne panie, budzące się w swoich pieleszach i czekające na podanie sutego posiłku.



Leżała w wielkim łożu z baldachimem w kolorze brudnego różu. Nienawidziła go, jak wielu rzeczy oddanych jej do użytku. W zimnej komnacie wszystkie meble nosiły ślady wieloletniego użytkowania, podczas gdy królewskie włości ustrojone były złotem, klejnotami i marmurem, kontrastującym z puchem łabędziego pierza czy gładką bielą gronostajowych pokryć. Tego właśnie pragnęła. Mierził ją widok drewnianych i prostych mebli, mających jedynie wymiar utylitarny nie mogąc równać się z królewskim przepychem. Westchnęła, czując narastającą w niej frustrację. Dlaczego miałaby zadowolić się tylko połowicznym sukcesem?
Poczuła jak coś zimnego przesuwa się po jej udzie, sunąc powoli do góry. Zamknęła oczy, wsłuchując się w delikatny szelest, jaki wydawała jej skóra w zetknięciu z metalem. Ostrze gładziło jej brzuch, a potem przepłynęło ledwo namacalnie pomiędzy piersiami. Kiedy stalowy chłód przytknął się do sutki, poczuła jak sztywnieje. Otworzyła oczy i przekręciła głowę, patrząc na leżącą obok niej szatynkę. Podpierała się na ramieniu zupełnie ignorując świdrujące spojrzenie zielonych oczu, którego tak wielu unikało niczym ognia. W lewej dłoni ściskała rękojmię krótkiego sztyletu, którym z uśmiechem na ustach przesuwała po białej skórze, raz po raz przygryzając dolną wargę w skupieniu obserwując jak z miękkiego ciemnoróżowego fragmentu piersi powstaje twarde, sterczące wybrzuszenie. Jej uśmiech poszerzył się, kiedy obie sutki były spiczaste. Odłożyła sztylet, pochyliła się i drażniła je gorącymi ustami. Miravel Nineve, leżąc na plecach, mimowolnie westchnęła, przymykając oczy.
Czuła się zniewolona, a jednocześnie w tym zniewoleniu było jej dobrze. Mogła zignorować wszelkie obowiązki na rzecz błogostanu, który ją ogarniał, a kiedy zaskakująco delikatna dłoń zaczęła gładzić jej brzuch i podbrzusze, wszystkie myśli oddaliły się w pośpiechu, pozostawiając jasny, gorejący znak w umyśle. Znak, który wskazywał prostą drogę ku rozkoszy. Usta spoczęły na jej ustach, miękkie, tęchnące ciepłym oddechem, sprawiającym, że wargi Miravel same rozchyliły się zapraszając do środka wijący się język. Ruchy kobiecej dłoni stały się bardziej natarczywe, drażniły się z nią, raz po raz zahaczając palcami o źródło wszelkiej przyjemności i cofając się. Aż wreszcie, kiedy ich oddechy stanowiły jedno opadające i wznoszące się, ociężałe tchnienie, a palce kobiety zanurzały się raz po raz w jej wnętrzu, budując prostą, wznoszącą się drogę ku szczytom, rozległo się natarczywe pukanie do drzwi. Miravel Nineve, do tej pory wygięta niczym struna, ku nadchodzącemu spełnieniu opadła na poduszki, pragnąc mocy, która spopieliłaby intruza.
- Wejść- rozkazała zamiast tego, unosząc się lekko na łokciach. Wszedł herold, niosąc kilka zapieczętowanych listów na srebrnej tacy. Miravel westchnęła. Nie da się uniknąć nadchodzącego poranka, choćby nie wiem jak bardzo się chciało.
- Poczta, pani- herold ukłonił się, wbijając wzrok w podłogę.
Miravel wstała, wygrzebując się spod ciepłej pościeli i stanęła przed mężczyzną, naga, ignorując szczypiący chłód, czego nie można było powiedzieć o jej ciele, które pokryło się gęsią skórką. Odebrała papiery od mężczyzny, a ten wyprostował się. Jego wzrok wbił się teraz w nią. Miravel uśmiechnęła się lekko, zadowolona. Miała ochotę powiedzieć mężczyźnie, żeby patrzył, bo jest to pewnie jedno z najpiękniejszych nagich, kobiecych ciał, jakie ujrzał w swoim życiu. Może i by to zrobiła, gdyby nie to, że w chwilę później cała pochlebiająca jej uwaga skupiła się na jakimś punkcie obok niej. To Kenna stanęła tuż obok, a Miravel mogła przestać się dziwić, skąd ta nagła zmiana zainteresowania.
- Możesz wyjść- warknęła w stronę drobnego, oczarowanego mężczyzny, który wykonał jej rozkaz z pewnym opóźnieniem.
Odwróciła się w stronę szatynki, która patrzyła na nią z uśmiechem, szerokim i szczerym, który obejmował każdą część jej twarzy. Kenna na co dzień nosiła męską zbroję, pod którą ukrywało się większość jej atrybutów, którymi to mogłaby zdobywać nie tylko posłuch żołnierzy, ale także ich dozgonną miłość, którą dawaliby jej na każde skinienie palca. Pełne piersi, niemal idealne, bez jakichkolwiek niedoskonałości. Umięśniony brzuch i silne, kobiece uda, którymi mogłaby połamać człowiekowi żebra. Kenna była wysoką kobietą, posiadającą niezachwianą pewność siebie, wprawiającą w zakłopotanie wszystkich dookoła.
Miravel czuła jak bardzo jej zazdrości. Pochodziła z możnego rodu, miała ciało bogini i siłę, dzięki której władała całym wojskiem swojego ojca. Poruszała się z gracją, jakiej nigdy nie ujawniała, nosząc zbroję. Podeszła do Miravel, obejmując ją w talii i stając tuż za nią tak, że mogła czuć ciepło piersi przyciśniętych do pleców.  
- Może dokończymy to, co nam przerwano- oddech Kenny lekko pieścił płatek jej ucha, natomiast opuszki jej placów delikatnie gładziły czarne znamię, przywodzące na myśl diament zatopiony w skórze w miejscu, w którym ciężar piersi spotykał się z twardym łukiem żeber.
- Nie teraz- odparła. To, co w gorących tchnieniach wydawanych pod ciepłym i kryjącym schronieniem pościeli wydawało się miękkie i chętne, w obliczu chłodnego kontrastu z ostrym światłem dnia, umiejętnie ostudziło wszelkie wzniosłości.  – Rada zbiera się w samo południe.
Przeszła przez komnatę, wchodząc do przylegającego do niej pomieszczenia, stanowiącego integralną część jej kwaterunku. Służące nalewały wodę do wielkiej balii stojącej pośrodku, para unosiła się, zakrywając wszystko ciepłą mgiełką, zapraszającą i nęcącą obietnicą. Miravel nie zwracała uwagi ani na kojące ciepło wody, ani na dziewczyny, które polewały ją wodą, olejkami i szorowały jej skórę. Jedynym, na czym się skupiała były listy przyniesione przez mężczyznę. Trzymała je z dala od wilgoci, unosząc wysoko nad głową i starając się przejrzeć ich treść. Cztery z pięciu zamieniły się w kule papieru, które leżały na kamiennej posadzce, odrzucone. Jeden okazał się niezwykle ciekawy. Na tyle, by wywołać uśmiech na twarzy Miravel. Wyszła, ociekając wodą, a służące niemal natychmiast okryły ją ciepłym i miękkim kawałkiem płótna, które wchłonęło krople. Jedna z kobiet upinała jej włosy, kolejne niosły suknię. Uwielbiała, kiedy jej usługiwano, kiedy mogła być w centrum zainteresowania i nic nie stawało na przeszkodzie temu, by czuć się wielbioną. Tak, Miravel była stworzona do życia w luksusie, zawsze o tym wiedziała. Tak samo, jak wiedziała, do czego zmierza. Wtedy nic nie mogło jej przeszkodzić.
Rada, której zadaniem było wspomaganie króla Daimona w podejmowaniu decyzji, zbierała się w okrągłej sali, sąsiadującej z salą tronową, w której rozpatrywano sprawy ludu. Było ich sześcioro. Sześć odrębnych tonów, które w założeniu miały łączyć się wyśpiewując zgodnym chórem najlepsze rozwiązania. Wątpiła by kiedykolwiek miało to miejsce. Radzie przewodził sam władca, przed którego obliczem gięły się kolana. A raczej to obowiązek nakazywał, by usłużnie się gięły. Daimon, jaśnie panujący, błyszczący glorią i chwałą wśród pospólstwa, dla każdemu, kto miał na dworze swoje oczy i uszy, jawił się, jako marionetka w pięknych dłoniach swej królewskiej małżonki. Właśnie dzięki przychylności Taiki Miravel otrzymała należne jej miejsce. Zasiadła na równi z mężczyznami, chociaż oni sami nigdy nie okazywali, by w istocie była im równa.
Kiedy weszła w Sali znajdował się tylko Paimon, królewski brat, kołyszący się na krześle z pełną nonszalancją. Był potężnym mężczyzną i ogrzewał krew niejednej kobiety. Wstał i pochylił głowę, na co ona odpowiedziała mu tym samym. Podszedł, a kiedy stawał blisko, zdawało się, że góruje nad wszystkim dookoła, przysłaniając cały świat, który zdawał się nie istnieć lub istnieć w nim.
- Miravel- ustami dotknął jej wyciągniętej dłoni. – Spotkałem córkę hrabiego Byrona, chyłkiem opuszczającą twoją komnatę.
Uśmiechnęła się. Znała swoje miejsce w hierarchii i dopóki jej pozycja nie będzie stała i pewna, musiała grać według zasad stawianych jej przez ważniejszych.
- Wybacz, panie, ale w moich wyobrażeniach nie mieści się by Kenna z Umith cokolwiek robiła chyłkiem.
- Zapewne masz rację- roześmiał się, a jego śmiech wydawał się odbijać echem od kamiennych ścian i powracać zwielokrotniony. – Chciałbym tylko zaproponować próbę przełamania tej kobiecej rutyny, wśród której zdajesz się obracać.
Kiedy Miravel otwierała usta by uprzejmie odpowiedzieć, drzwi otworzyły się, a do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Nineve opadła na kolana przed swoim władcą, a ten, zupełnie ignorując swojego brata podszedł ku niej, wyciągając dłoń, którą kobieta ucałowała, a potem schwyciła, by wstać.
- Miravel, moja droga, królowa wspominała mi o twoim zaangażowaniu w sprawę piractwa na Olennach- Daimon nie był starym człowiekiem. Był mężczyzną w sile wieku, o lekko pochylonych ku przodowi ramionach, jakby uginał się pod ciężarem obowiązków, które uwidaczniały się także w cienkich pasmach siwizny znaczących kasztanowe włosy króla. Jedno nie ulegało wątpliwości. Daimon był dobrym człowiekiem, co w opinii Miravel stanowiło pokaźną rysę na królewskiej charakterystyce. Nieugięty. Sprawiedliwy. Władczy. Król nie powinien być dobry, bo dobroć leży zbyt blisko słabości. Wszyscy o tym wiedzieli. – Wysłanie zatrutego ładunku okazało się skuteczniejsze i tańsze niż morskie eskapady. Podobno po słonych wodach nadal pływają okręty widmo ze zwłokami na pokładach.
- W czasach bohaterów trzeciej ery piractwo karano stryczkiem, a nie kobiecymi sztuczkami- starczy głos przerwał rozważania króla. Mężczyzna, który z nim przybył, usiadł na krześle, wyciągając nogi, by dać starym kością odpoczynek.
Paimon roześmiał się.
- Mistrzu Egardielu, z całym szacunkiem, ale pierdolisz. Skoro podziałało, to czy ważne jest, czy za pomocą stryczka, czy trucizny, czy obdarcia ze skóry. Dobra robota, moja droga- ukłonił się, po czym opadł na krzesło stojące naprzeciwko starca. – Jedna kobieta rozgromiła piracką flotę. Flaning aż uciekł zbierać twoje pokłosie, z podkulonym ogonem gnał na pełnych żaglach, nie mogąc się pogodzić z tym, że okazałaś się skuteczniejsza niż admirał floty.
Miravel nie mogła ukryć lekkiego uśmiechu. Była z siebie dumna, owszem. I zupełnie słusznie. Z elegancją i skutecznością, jakiej nikt się po niej nie spodziewał, zdjęła z barków króla palący problem. Czuła, że właśnie wspięła się o jeden stopień wyżej, umacniając swoją pozycję. Nie chciała by samozadowolenie stępiło jej umysł, więc zdusiła je w zarodku. Skupiła się na tym, co teraz było dla niej najważniejsze. Na treści listu, który tkwił ukryty w rękawie jej sukni, czekała aż Rada zacznie radzić, a nie bajdurzyć.  Poczuła to tylko przez ułamek sekundy. Krótkie ukłucie, jakby ktoś wbijał jej szpilkę w pierś. Nawet nie zareagowała, była już przyzwyczajona, do tych nagłych i nieoczekiwanych igieł zazdrości. Odwróciła się, szukając. Rozpływające się pod bielmem spojrzenie starca napotkało jej wzrok, a wówczas od razu zmieniło obiekt. Ukłucie ustało, ale kobieta zmrużyła lekko oczy. Zazdrościł jej.
- Możemy zaczynać. Sir Nicola i Gwardia wykonują rozkazy- rzekł władca, zajmując miejsce na podwyższeniu.
Rozkazy? Miravel nic nie wiedziała o rozkazach. Nie lubiła, kiedy coś działo się poza jej kontrolą. Mimo to uśmiechnęła się zachęcająco do Mistrza Egardiela, który zwykle rozpoczynał zebrania Rady. Starzec zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem.  Obiecała sobie, że sprawi, by w niedalekiej przyszłości oczy starca stopniały w blasku rozgrzanego do białości żelastwa.
Rozpoczął się długi wywód dotyczący złota w skarbcu, mnożących się na traktach grup wędrownych rabusi i zbójców, uciekających się nie tylko do zamachów na mienie, ale też na życie, czy, bogini broń!, na cnotę delikatnych panien.
- Nie wiem cóż tym razem, droga memu sercu Miravel mogłaby zatruć, by uwolnić nas od tej przykrej zarazy, ale radziłbym ustawić straże wzdłuż traktów. Może część Gwardii Królewskiej mogłaby zostać oddelegowana…
- Gwardia jest od tego, by chronić króla i dwór- powiedziała, skupiając na sobie uwagę królewskich braci. Dzisiejszego dnia los jej sprzyjał. Miała przewagę nad starcem, zwykle kryjącym się za szerokimi barami rycerskich dowódców. Ale nie tym razem.  Dostrzegła w tym swoją szansę. – Nic dziwnego, że coraz śmielej sobie poczynają, skoro wiedzą, że już niedługo otrzymają wsparcie potężnej siły.
Zamilkła, by dać mężczyznom czas na przetrawienie jej słów i by ziarno niepokoju mogło wykiełkować. Żaden z nich nie wiedział, o czym mówi. Nie było to dla niej zaskoczeniem.
- Wyjaśnij, proszę- Daimon oparł się na łokciach, patrząc na nią uważnie spod półprzymkniętych powiek.
- Na północy gromadzą się kiraalczycy. Zbliżają się do granicy, budują domy, ostrzą stal. Mówi się, że nadchodzi wojna. Słychać też głosy, szepczące o potajemnym pakcie łączącym Kiraal z banitami z Limbrii. Potwierdzają to twoje słowa, Mistrzu- skinęła dłonią. Mrożący krew w żyłach pakt wymyśliła na poczekaniu. Ale przecież nie było to niemożliwe? – Powinniśmy zacząć przygotowania do wojny. Zwołać hrabiów, by chorągwie stały w gotowości.
- Niepotrzebny entuzjazm- chłodny ton Paimona ostudził gorączkę, którą rozpalały jej słowa.
Nie spodziewała się sprzeciwu ze strony następcy tronu. Jak i wszystko to, co niespodziewane, tak i to przyprawiło ją o ból głowy.
- Słucham?
- Kiraal nie uderzy na Anani- pewny siebie, skierował swoje słowa do brata, zupełnie ją ignorując. Nawet ona musiała dostrzec niezachwianą siłę twardych słów, które niszczyły jej miękkie, rozpadające się dłoniach wieści.
Sięgnęła do rękawa, rzucając na stół list. Wstała, krzyżując spojrzenie z Paimonem.
- Mam list, w którym zaufany człowiek donosi o kiraalczykach.
- Napisany ręką równie niepewną, jak głowa, która stworzyła treść- zmiął list w dłoni, pozwalając by opadł, niczym płatek popiołu ze spalonego miasta.  
Zapadła cisza, w której mogłyby rozbrzmiewać tylko trzaski iskier z oczekujących królewskiego wyroku, oczu.
- Nie ma potrzeby, by kilku kiraalczyków mąciło nasze umysły.  Niepokoją mnie braki z złocie, o których wspominałeś, Mistrzu.
Miravel pokłoniła się pokornie, przy akompaniamencie starczego głosu. To samo zrobił Paimon, patrząc na nią spode łba, z uśmiechem, który mógłby stać się synonimem tryumfu. Nie przyznał jej racji, bo ugodziło go to, że to nie on dotarł do tych wieści. Cholerny egoisto.



Była szczęśliwa. Szczęście oddzielało się płatami od rozczarowania dzisiejszego dnia. Znalazła rozwiązanie, które nie tylko da jej przewagę, ale umocni jej wizerunek w oczach całego świata. Stanie się potężna. Wszystkie elementy składały się w jej głowie w logiczną całość, tworząc spójny obraz nadchodzącego zniszczenia. Miravel uśmiechnęła się, czuła to tak wyraźnie, jak napływające zewsząd rozbłyski energii pulsującej wokół niej, fluktuującej, ciągle zmiennej, a jednak wyraźnej i tak realnej, że wydawało się, iż można ją dotknąć i kształtować. I w istocie tak było. Mogła to zrobić. Sprawić, by strzępki mgły stały się silnymi korzeniami, wdzierającymi się w miękkie ciało, drążącymi aż do upadku. Wszystko musiało pójść zgodnie z jej wolą. W innym przypadku będzie zgubiona. Kładła na szalę swój los i śmiała się głos, bo wiedziała, że nie istnieje inne rozwiązanie, jak jej zwycięstwo. Musi tylko zatroszczyć się o to, by na drugiej szalce nie kłaść zbyt wiele. Nie mogła mierzyć się z całym światem. Postanowiła ograniczyć się tylko do pociągania za sznurki, które w niedługim czasie oplotą wszystkich dookoła, a ona będzie trzymała pęk nitek, wzmacniając nacisk, bądź też w swej dobroci dając chwilę wytchnienia.
Kenna spała w jej łóżku. Miała lekko uchylone usta, na których Miravel złożyła pocałunek. Tyle wystarczyło. Błysnęły niebieskie oczy, patrzące zupełnie przytomnie. Skupiła wzrok na jej twarzy, uśmiechnęła się.
- Czemu tak późno?- zapytała, przeciągając się i unosząc na poduszkach.
- Pilnowałam rachowania skarbca.
- Ty? Czemu ta stara papuga nie mogła tego robić? Przecież właśnie, dlatego jeszcze się go tutaj karmi.
- Jest stary, musiał odpocząć- skrzywiła się Miravel, co Kenna odczytała zupełnie opacznie.
- Jesteś dla nich za dobra- mruknęła, siadając za jej plecami i odwiązując wstążki trzymające w ryzach gorset sukni. – Pomogę ci- odgarnęła jej włosy z karku.
Ogrzewała się ciepłem jej ciała, przywierając do niego. Kenna była miękka, pachniała trawą i wiatrem. Ale Miravel oddawała jej pocałunki z myślą o czymś zupełnie innym. Było coś, na czym zależało jej bardziej niż na pieszczotach.  
- Kenno, może posłałabyś po swojego ojca?- zapytała w ciszy przerywanej dźwiękiem, który tak uwielbiała. Melodią skóry, ocierającej się o skórę. – Zbliża się święto monarchii, może chciałabyś spotkać się z nim przy takiej okazji.
Kobieta oparła się na łokciu, patrząc na nią badawczo, wreszcie odsłoniła zęby w uśmiechu, tym, który oznaczał, że naprawdę jest z czegoś zadowolona. Odgarnęła z jej twarzy kosmyk włosów, palcem przejeżdżając po jej nosie i wargach.
- Jesteś dla mnie za dobra- wyszeptała. – To wspaniały pomysł. A teraz pora na to, by dokończyć pewną poranną czynność, którą tak brutalnie nam przerwano.
Zawisła nad nią, a kiedy ucałowała jej piersi, krótko ostrzyżone włosy połaskotały twarz Miravel. Nie zwracała na to uwagi. Przed oczami roztaczały się wizje przyszłości, nad którą zawisła łuna sukcesu. A kiedy włosy Kenny załaskotały jej uda, a usta rozsiewały słodkie pocałunki złożone z kojącej rosy i parzącego żelastwa, Miravel żyła już tylko tym, jak radośnie będzie płonął świat u jej stóp.