sobota, 22 września 2012

02. Przeszłość

Dla Adolescente, za to, że daje siłę, za to że nigdy nie wątpi i za to, że jest, co przebija wszystko inne o głowę.




Jedynym czarem przeszłości jest to, że minęła.
Oscar Wilde





Podobno każdy ma swój raj na ziemi. Przekraczając granice Soczi, Ethan miał wrażenie, jakby trafił w marzenia milionów ludzi z różnych krańców świata. Z nieba lał się żar, który zwalczyć można było tylko i wyłącznie wylegując się na plaży, trzymając w ręku dobrze schłodzonego drinka, niekoniecznie z palemką. Kurort był przesiąknięty zapachem pewności siebie, samoświadomości własnego bogactwa. Każdy, kto pozwalał sobie na wakacje w Soczi, mógł odpoczywać wolny o trosk o koszta słodkiego lenistwa.

Miasto było prawdziwym galimatiasem kulturowym. Wbrew pozorom, tylko w niewielu miejscach można było usłyszeń narodowy język Soczi. O wiele częściej niż po rosyjsku rozmawiano tutaj w języku angielskim, niemieckim, francuskim, chińskim czy japońskim, a także w wielu innych, których Ethan nie był w stanie zidentyfikować. Od samego słuchania można było nabawić się bólu głowy. Mężczyzna zaczął tęsknić za wyjącym rykiem silników samolotu, który teraz zdawał mu się być muzyką dla uszu.

Chociaż tkwiący wewnątrz tęczówki kryształ dawał się coraz bardziej we znaki, nakazując mężczyźnie coraz bardziej natarczywym tonem podjęcie podróży ku Mestii, Ethan miał na uwadze fakt, że złożył obietnicę Phoebe. A nie należał on do osób, które łamią obietnice, które rzadko, bo rzadko, ale jednak składają. Obiecał dziewczynie, że niczego jej nie zabraknie i chociaż ona także namawiała go do tego by jak najszybciej dotarli do Mestii, ciekawa tego co tam zastaną, to jednak widząc jej pełne zachwytu oczy wlepione w piaszczyste plaże i nieskazitelnie błękitne wody Morza Martwego, nie był w stanie odmówić jej przyjemności zamieszkania w jednym z kurortów. Choćby tylko kilkudniowego odetchnięcia od ciągłego przemieszczania się.

Zamieszkali w bungalowie z tarasem, z którego bezpośrednio można było zejść na plażę. Prywatny kawałek raju, rozciągający się u twoich stóp. Jednak już po pierwszym dniu Ethan poczuł, że spokój tego miejsca kontrastuje z tym, co działo się w jego duszy. Rozdrażnienie powodowane koniecznością wsłuchiwania się w ponaglający wewnętrzny głos płynący wprost z kryształu nie pozwalał mu cieszyć się w pełni urokiem Soczi.

Nie zamierzał jednak obarczać tym dziewczyny, która pierwszy dzień spędziła szalejąc w mieście nie tylko na zakupach, którymi była przejęta do głębi, ale także na zwiedzaniu. Ethan pierwszy raz w życiu spotkał nastolatkę, która tak bardzo by się wszystkim interesowała, począwszy od cerkwi, muzeów i galerii, a na parkach skończywszy. W rezultacie wieczór nastał nim Ethan zdążył o nim choćby pomyśleć. A zastał ich dwójkę na wspomnianym tarasie, odpoczywających. Ethan siedział w fotelu zastanawiając się czy mógłby choć na chwilę zignorować głos siedzący w jego głowie i pozostać w tym domku dłużej, natomiast Phoebe siedziała na deskach tarasu, z nogami podkurczonymi tak, że brodę mogła opierać na kolanach. Patrzyła na słońce, które tonęło w ciemnej toni, sprawiając że po świecie zaczęły ożywać długie, drżące cienie. Pomimo tego, że był już wieczór powietrze było nadal ciepłym tchnieniem pozostawionym na policzkach.

Siedzieli w ciszy, chociaż każde z nich wiedziało, że nadchodzi ten moment w którym zostanie ona zakłócona przez pytania, które już dawno powinny zostać zadane.

- Wtedy kiedy odnalazłeś kryształ- zaczęła Phoebe, a Ethan wiedział, że tak rozpoczęte zdanie może wywołać tylko niepotrzebną falę wspomnień, z rodzaju tych które skrzętnie grzebiesz pod gruzami codzienności, tak by nigdy nie ujrzały światła dziennego. - Dlaczego stałeś na tym moście?

Zdziwił się, że dopiero teraz padło to pytanie. Westchnął ciężko patrząc na Phoebe. Z miejsca w którym siedział mógł dostrzec tylko jej profil. W tym świetle oczy wydawały się pochłaniać całe światło jakie było na świecie. Dwa rozjarzone i błyszczące jeziora płynnego złota.

- To smutna historia. Ale nie z rodzaju tych, które wzruszają naiwnością głównego bohatera, który w walce z przebiegłym losem, przegrywa wszystko- powiedział, a jego głos wydawał się stary i zmęczony. - To raczej opowieść smutna, bo to, co się w niej wydarzyło, w ogóle nie powinno mieć miejsca. Nigdy.

Spojrzała na niego. Wiedziała, że przez ten wstęp chce tylko opóźnić moment, w którym będzie musiał podjąć temat. Nie dała się zwieść i cierpliwie milczała, aż wreszcie łącząca ich cisza przerodziła się w opowieść.

- Nie mam pojęcia od czego miałbym zacząć- powiedział, być może niesiony płonną nadzieją, że jeszcze ją zniechęci.

- Najlepiej od samego początku- stwierdziła po prostu, przeszywając go spojrzeniem. Kiedy odwróciła się od zachodzącego słońca, połowę jej twarzy spowił mrok. - Urodziłem się...

- W Aberdeen w Szkocji na wielkim gospodarstwie. Moi rodzice nie tylko uprawiali ziemię, ale także hodowali zwierzęta. Mieliśmy najlepszą hodowlę koni w Szkocji- zapatrzył się, jednak nie widział rozciągającego się przed nim morza. Zamiast tego przed jego oczyma widział zagrodę, na tle czerwonych zabudowań. Na soczyście zielonej trawie pasły się clydesdale, konie tak wysokie, że w kłębie niekiedy przerastały dorosłego mężczyznę. Jakiż on był wówczas szczęśliwy!

- Dlaczego tam nie mieszkasz?

- Dzięki staraniom rodziców podjąłem studia na St. Andrews, niestety oboje nie doczekali momentu, kiedy je ukończyłem. Zmarli, a ja odziedziczyłem gospodarstwo- westchnął, po czym dodał.- Ale je sprzedałem. Za grosze. Wtedy jednak ważniejsza była dla mnie rodzina, którą właśnie zamierzałem założyć.

Dziewczyna zmrużyła oczy, patrząc pytająco na mężczyznę. Nigdy nie wspominał o jakiejkolwiek rodzinie, nie posiadał też żadnych pamiątek czy zdjęć, które sugerowałyby jej istnienie.

- Jess poznałem na drugim roku psychologii. Ona studiowała sztuki piękne, była i mam nadzieję, że jest, wspaniałą malarką. Pobraliśmy się już rok później i przez kilka lat byliśmy tak obrzydliwie szczęśliwi, jak tylko możesz sobie wyobrazić- powiedział, zwracając się bezpośrednio do Phoebe. Popatrzył jej prosto w oczy, a w jego spojrzeniu można było dostrzec coś, czego Phoebe nie potrafiła nazwać. - Jak już wspomniałem, skończyłem psychologię. Moją specjalnością była psychologia kryminalna. Teraz to brzmi jak paradoks, ale dawno temu, w tym poprzednim życiu, pomagałem łapać takich jak ja.

- I co się stało?

- Odbiło mi- powiedział, a jej nawet nie przyszło do głowy by parsknąć śmiechem. Po prostu to nie był żart.

- To twoja oficjalna diagnoza?

- Inaczej nie umiem tego ująć- stwierdził, wzruszając ramionami. Chciał, by to co mówił brzmiało lekko i niedbale, ale wiedział, że nie tak łatwo jest oszukać tą dziewczynkę. - Miałem najwspanialszą kobietę na świecie, dom, satysfakcjonującą, wymarzoną pracę. Czyż nie było idealnie? Uwierz mi, że było. Tylko wszystko musiałem spieprzyć. Praca, za która tak się uganiałem przez całe życie, zaczęła mi się dawać we znaki. Praktycznie byłem w niej dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo nawet po wyjściu z budynku, ciągle rozmyślałem o danym przypadku, czy sprawie. Nie dawało mi żyć poczucie, że czegoś nie dostrzegłem lub o czymś zapomniałem, a przecież to może zaważyć na tym czy jakiś przestępca czy morderca nie zostanie schwytany i nadal będzie na wolności. To była zbyt wielka odpowiedzialność.

- Po co się przy niej upierałeś?- zapytała Phoebe.

W trakcie ich rozmowy zapadł zmrok. I pomimo tego, że słońce utopiło swoje rozjarzone oblicze w wodach morza Martwego, to temperatura powietrza nadal była wysoka, a piasek na plaży wręcz zdawał się zionąć gorącym oddechem.

- Bo tylko to potrafiłem robić. Tak mi się wówczas zdawało. Zresztą zbyt byłem uparty, zbyt długo dążyłem by to osiągnąć, żeby tak po prostu odejść. Zacząłem więc odreagowywać to wszystko tak jak umiałem najlepiej- pijąc. Doszło do tego, że z Jess w ogóle nie rozmawiałem, a widywaliśmy się tylko podczas mijania się na trasie salon- gabinet. Stałem się człowiekiem, za którego teraz się wstydzę. Ale to było dawno. Wpadałem w takie ciągi, że teraz nie pamiętam całych tygodni. Musisz zrozumieć jak czuła się wówczas Jess...

- Wiem jak się czuła. Zapomniana, niekochana, odsunięta przez najbliższą osobę i tak strasznie osamotniona jak to tylko możliwe. Dziwne, że cię nie zostawiła już wtedy- jej rozbrajająca szczerość sprawiła, że Ethan po raz pierwszy podczas tej długiej i nużącej opowieści poczuł silne ukłucie w sercu. Dziewczyna miała rację: już wówczas Jess powinna odejść.

Kiwnął tylko głową. Milczał przez dłuższą chwilę, jakby słowa uwięzły mu w gardle.

- Wreszcie stało się to, co każdy mógł przewidzieć. Zwolnili mnie. W sumie z perspektywy czasu nie dziwie im się- po co komu psycholog, który nawet nie wie jaki mamy dzień tygodnia. Ale wtedy, wtedy byłem wściekły. Wydawało mi się, że cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Nagle zdałem sobie sprawę, że to wszystko wina Jess, że to przez nią nic mi się nie udaje. Możesz to nazwać jakimś zalążkiem manii prześladowczej, albo jakkolwiek chcesz- mruknął. Mówił coraz ciszej i wolniej, jakby wczuwając się w atmosferę wieczoru ustępującemu miejsca czerni nocy. – W każdym razie zaczęło mi działać na nerwy jej towarzystwo, jej stąpanie na palcach, kiedy tylko byłem w pobliżu, jakby bała się obudzić jakiegoś potwora. Wolałem więc siedzieć w barze niż w domu, no ale kiedyś trzeba było do niego wrócić, chociaż by dlatego, że barman chce wytrzeć odcisk twojej twarzy ze stolika.

Phoebe prychnęła pogardliwie.
- Nie użalaj się nad sobą- stwierdziła po prostu, patrząc na niego.

I chociaż nie widział już jej twarzy, bo oboje siedzieli spowici w mroku, to wiedział, że gdzieś tam za ścianą ciemnych tęczówek czai się wyrzut i być może niedowierzanie, lub co gorsze zawód. Cieszył się, że jest ciemno. Nie zniósłby zawiedzionego spojrzenia, chociaż chyba już nigdy nie będzie mógł się od niego uwolnić. Czuł, ze prędzej czy później każdy człowiek będzie tak na niego spoglądał. Zaczął żałować dnia, w którym się poznali. Poprzysiągł sobie w duchu, że już nigdy nie dopuści do tego, by zaangażować się w jakiś związek, złożyć obietnice, których i tak nie będzie w stanie spełnić, a nawet jeżeli, to prędzej czy później i tak nadarzy się okazja ku temu, by zawieść, by znów stać się rozczarowaniem.

- Zbliżając się ku końcowi tej żałosnej opowieści- zaczął, chociaż w gruncie rzeczy nie musiał. Po prostu czuł, że lepiej będzie jak dziewczyna dowie się kim tak naprawdę jest. Wyidealizowany obraz Ethana Rogue jaki stworzył nie tylko dla niej, ale i dla siebie, wkrótce przestanie istnieć w jej świadomości, a wówczas… Wówczas będzie lepiej dla nich obojga. – Podczas któregoś z moich powrotów do domu Jess na mnie czekała. Chciała porozmawiać, zbyłem ją milczeniem, ale ona dopadła mnie na schodach. Nie wiem co bardziej mnie rozwścieczyło- jej spojrzenie, w którym nie było złości czy pogardy ale litość, tak wielka, ze nie do zniesienia, czy jej ręce wyciągnięte do mnie jakby chciała nie tylko mnie przytulić, ale objąć mnie całego, łącznie ze wszystkimi problemami. Odepchnąłem ją. Wydaje mi się, że tak lekko jak to tylko możliwe. Zachwiała się na krawędzi schodów. Otrzeźwił mnie strach w jej spojrzeniu, a potem runęła w dół. Jedyne co później pamiętam to światła ambulansu na ścianach, przekrzykiwanie się i mnóstwo oskarżycielskich spojrzeń. Kilka dni minęło, nim wreszcie zebrałem się w sobie i poszedłem do szpitala. Jess już tam nie było. Zniknęła. Przez tydzień nie miałem od niej żadnego znaku życia i zacząłem za nią tęsknić, tak bardzo jak kiedyś. Wiem, że to żałosne.

Nie przytaknęła, ale też i nie zaprzeczyła. W gruncie rzeczy nie miało to już dla niego znaczenia. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, to nie opowiada tego dla niej, tylko dla siebie. Przemknęło mu przez myśl, ze to właśnie było zamierzeniem dziewczyny. Nie ciekawość, ale właśnie zmierzenie się przeszłością. Jeżeli myślała, że to pozwoli mu się pogodzić z teraźniejszością, czy też rozpocząć wszystko od nowa, myliła się. Stał się tylko jeszcze bardziej zamknięty i nieprzystępny, tak jakby otwarcie się sprawiało paradoksalnie, że jeszcze silniej pragnął ucieczki.

- Wróciła tylko po rzeczy. Przyjechała z bratem, który patrzył na mnie jak na coś oślizłego i wstrętnego. Nie odezwała się do mnie ani jednym słowem. Jedyne co po niej pozostało to pustka. Kiedy trzasnęły drzwi wejściowe, wychyliłem się ze swojego gabinetu, w którym się ukryłem, choć sam przed sobą równie dobrze mogłem zakopać się dwanaście stóp pod ziemią, a i tak y mi to nic nie dało. Przed drzwiami stał James i to od niego dowiedziałem się, że w tamtym momencie straciłem nie tylko żonę ale i dziecko. Jess była w ciąży, to o tym chciała porozmawiać. Wyszedł, a ja stałem tam jak sparaliżowany. I wiedziałem, że jedynym co mogłem zrobić, to zniknąć z jej życia. Była młoda, piękna i tak cudownie dobra, że pewnie teraz żyje gdzieś szczęśliwa, a ja jestem dla niej tylko bolesnym wspomnieniem zamiecionym pod dywan jak wszystkie bolesne wspomnienia.

Znów nie doczekał się reakcji. W pewnym momencie pomyślał, że Phoebe po prostu zasnęła zmęczona dzisiejszym dniem i monotonią jego głosu.

- A potem znalazłeś w rzece kryształ- powiedziała, jakby chciała by nadal kontynuował opowieść. Sam nie wiedział co jeszcze mógłby jej opowiedzieć. Dla niego właśnie w tym momencie kończy się życie, a zaczyna seria ucieczek i zmian tożsamości, tak wielu, że nawet nie pamiętał kim właściwie był.

- Tak- uciął. Miał już dość dzisiejszego dnia.

Wstał i wszedł do domu, zapalając światło, które od razu go oślepiło. Zanim jego wzrok przyzwyczaił się do jaskrawego światła zalewającego pomieszczenie Phoebe już stała u jego boku, wpatrując się w niego.

- Zniszczyłeś życie nie tylko sobie, ale i swojej żonie, po czym otrzymałeś moc, która mogła wiele w ludzkim życiu naprawić, a ty zamiast tego wolałeś oszukiwać i okradać ludzi- podsumowała, podchodząc do lodówki. Nalała sobie szklankę mleka.- Jestem pod wrażeniem wrodzonego skurwysyństwa.

- Hamuj się- warknął, chociaż wiedział, że sobie na to zasłużył. Co gorsza, wiedział, że w jej oczach tak to właśnie wygląda.

- Nie masz prawa mnie pouczać- wycedziła. – Nawet nie wiesz kim jesteś, założę się, że Ethan Rogue też istnieje tylko na papierze. Ciekawe czy chociaż to jest twoja prawdziwa twarz- dodała, wskazując na niego palcem.

Nie chciał odpowiadać, zresztą sam nie potrafił jej udzielić odpowiedzi. Nie wiedział już kim jest naprawdę, która część jego ciała należy do niego, a co jest wytworem kryształu. Nie pamiętał czy jego tęczówki miały kolor czekolady czy były jasne. Wiedział tylko to, ze tożsamość, którą dla siebie utkał, tożsamość Ethana Rogue była jego świadomym wyborem, a teraz stała się jego drugą skórą.


Dziewczyna patrzyła na niego przez dobrych kilka minut. Żadne z nich nie odwróciło wzroku. Wreszcie brunetka prychnęła, pokręciła głową i poszła w stronę swojej sypialni.

- James Dunbar- mruknął Ethan i nie wiedział, czy to wieczorny chłód zakradł się do bungalowa, czy to dawno zapomniane słowa, ale po plecach przebiegł mu dreszcz.





Siedział w samochodzie. Noc była ciemna, pomimo tego, że na sklepieniu pobłyskiwały gwiazdy, mrugające do siebie od czasu do czasu. Już dobrych kilka godzin temu przekroczył gruzińską granicę. Kierował się teraz główną drogą na południe, jednak wiedział, że już niedługo szosa gwałtowanie zakręci na wschód i wówczas porzuci wybrzeże dla skalistych zboczy gór. Ta myśl sprawiała mu ulgę. Od patrzenia na zmarszczone wody morza jego nastrój znacznie się pogarszał. Myślał tylko o dziewczynie którą zostawił w Soczi, wymykając się niczym złodziej.

Próbował przekonać siebie, ze postąpił słusznie, ale jakiś głos wciąż mu powtarzał, że jego decyzja miała o wiele więcej wspólnego z egoizmem niż altruizmem. Cieszył się, że nie miał czasu nad tym rozmyślać, a głos sumienia już po chwili został wyparty przez natrętny ton, mający swoje źródło w krysztale.

Mestia.

Jeszcze jakieś cztery godziny i będzie na miejscu. Tylko tyle dzieliło go od poznania swojego przeznaczenia.

Nie potrafił jednak zapomnieć o Phoebe. Zostawił jej dokumenty, świadczące o tym, że jest pełnoletnią obywatelką Australii, a także pieniądze, które zapewnią jej bezpieczną podróż do Darwin. Jeżeli wróci do Darwin, to zamieszka z Yvonne i nigdy już jej niczego nie zabraknie. Wszystko odziedziczy po swoim wuju Ethanie Rogue. Być może jeszcze kiedyś się spotkają, a jeżeli nie, to jedyne czego mógł życzyć pani Iris Rogue, to tego by miała szczęśliwe życie.

Czy to zaplanował? Sam nie wiedział. Faktem pozostaje jednak to, że przygotował się na taką ewentualność. Wszystkie papiery miał już gotowe, kiedy wyruszali w tę podróż i chociaż pewnie ukrył to gdzieś na dnie podświadomości, to zapewne wiedział, że granice Gruzji przekroczy w samotności. Nie był przecież idiotą. Zdawał sobie sprawę, ze wreszcie Phoebe zapyta o to kim był, a także obudzą się w niej moralne wątpliwości co do jego osoby. I nie miał jej tego za złe. Wręcz przeciwnie. Dziewczyna mogła być prostytutką, mogła wiele przejść w życiu, ale stworzyła sobie wizję Ethana zbyt idealną, by mógł jej sprostać. Im dłużej by się znali, tym większym rozczarowaniem by się okazywał, a to mogłoby zniszczyć ich obojga. Nie przeżyłby już tej historii drugi raz. I może komuś z zewnątrz się wydawać, ze postąpi jak drań, zostawiając piętnastolatkę samą w centrum obcego miasta, a nawet w centrum nieznanego kontynentu, ale on wiedział, że Phoebe da radę, w końcu wcześniej świetnie sobie radziła bez niego.

Obok łóżka zostawił Phoebe coś jeszcze, coś, co miało w żałosny sposób usprawiedliwić go w jej oczach. Choć trochę. Notatnik, w którym trzymał dowody przeciwko Timothy’emu Connorowi i jego poprzednikom. Owszem, nie były to zbrodnie popełnione na tle finansowym, za które odsiadują wyroki, ale w mniemaniu Ethana, to właśnie on wymierzył im sprawiedliwość. Connor znęcał się nad swoją żoną do tego stopnia, że kobieta miała założonych w swoim życiu więcej szwów niż niejeden zawodowy bokser. Poprzednicy wcale nie byli lepsi: gwałciciele, pedofile, psychopaci torturujący własne rodziny.

Czy chciał w ten sposób zadośćuczynić za to co sam zrobił swojej rodzinie? Nie wiedział. Ale fakt, że przez dziesięć lat głównie tym się zajmował niech świadczy sam za siebie. I chociaż nie wiedział czy Phoebe to wystarczy, to miał nadzieję, mały tlący się płomyk, że jeszcze kiedyś się zobaczą.

O siódmej rano, po całonocnej jeździe, wjechał do Mestii. Miasteczko było wyjątkowe- kamienne mury wtapiały się i wyrastały wprost ze skalnych stoków, natomiast nad całą panoramą, niczym nieruchomi strażnicy stało dziewięć wież, wszystkich, strzelistych, które zapewne pamiętały jeszcze czasy, kiedy o honor walczyło się stalą, a braterstwo i odwaga to nie był puste frazesy.

Ethan poczuł się dziwnie. Uczucie nie było nieprzyjemne, wręcz przeciwnie. Poczuł ulgę, jakby właśnie wrócił do domu po bardzo długim dniu. Do domu, w którym czekało na niego ciepło czyichś kochających rąk, dobre słowo przyjaciela i zrozumienie, na które tak długo czekał.

01. Początek

Dzień, który miał stać się początkiem niestrudzonej wędrówki w nieznane, niczym nie różnił się od poprzedniego. Yvonne przygotowywała śniadanie w zalanej słońcem kuchni. Ethan siedział przy stole, pił kawę i patrzył na kobietę, która krzątała się po pomieszczeniu. W tle słychać było głos prezentera, który odczytywał wiadomości dnia.
Przed chwilą upoważnił Yvonne do decydowania w sprawie domu; mieli pozostawać w stałym kontakcie telefonicznym, gdyby coś szło nie tak, jednak w mniej ważnych kwestiach gospodyni tego domu miała pełne prawo do decydowania nawet bez przedstawiania mu sytuacji. Umowa, na której złożył podpis wylądowała w gabinecie pod kluczem.
Musiał załatwić jeszcze jedną rzecz, zanim będą gotowi do drogi. Wyszedł z kuchni na taras. Wybrał jeden z niewielu numerów, który miał zapisany w telefonie.
- Sam, potrzebuje dwóch, pełnych kompletów dokumentów- powiedział do słuchawki bez zbędnych uprzejmości.
- Na dwa nazwiska?- w głosie Sama, nie dało się wyczuć ani cienia zdziwienia. Zresztą Ethan miał czasami wrażenie, że ten mężczyzna słyszał i widział takie historie, że już niczemu się nie dziwi.
- Nie. Dwa różne. Jeden dla mężczyzny, drugi dla kobiety, tak żeby wyglądało że to rodzic z dzieckiem. Zaraz ci prześlę zdjęcia- zakończył, czekając tylko by Sam potwierdził, że przyjął do wiadomości zlecenie zupełnie niepodobne do swojego stałego klienta.
- Dobra. Podjedziesz czy kogoś wysłać?
- Wyślij. Będę czekał. Zależy mi na czasie, Sam, zapłacę.
- Wiem, ze zapłacisz. I to dobrze- w głosie chłopaka dało się wyczuć rozbawienie.
Odłożył słuchawkę. Będzie musiał poczekać na te dokumenty, inaczej nie mają szans przekroczenia granic, a niewiadomą było dla niego jak wiele państw przyjdzie im zwiedzić, nim dotrą do celu, którego sam nie znał. Nie przeszkadzało mu to. Uwielbiał podróżować bez ograniczeń, nie wiedząc gdzie przyjdzie mu spędzić noc. Często zastanawiał się jaką przyjemność sprawia ludziom płacenie ciężko zarobionych pieniędzy za wczasy, które są zaplanowane w najdrobniejszym szczególe. Natomiast w pełni rozumiał podróżujących dookoła świata, autostopowiczów, traperów.
- Mówiłeś, że wyjedziemy rano- usłyszał zza swoich pleców.
Phoebe w białej piżamie przeciągała się na tarasie, ziewając i trąc powiekę kłykciem wskazującego palca. Uśmiechnął się na jej widok.
Zamiast odpowiedzieć na jej zawód, wskazał kiwnięciem głowy na kuchnię:
- Najpierw zjedz śniadanie. Nigdzie nam się nie spieszy możemy wyruszyć kiedy będziemy chcieli- rzekł.
- Właśnie, a ja chcę już, a nie...- urwała. Wchodząc z tarasu do kuchni jej wzrok padł na telewizor. Ethan nie musiał nawet patrzeć, wystarczyła mu fonia.
W porannych wiadomościach właśnie pokazywali reportaż z medialnej pożywki, która od kilku miesięcy powracała niczym bumerang do czołówki krajowych wiadomości. Chodziło o proces, któremu został poddany Timothy Connor w związku z zdefraudowaniem potężnej sumy pieniędzy. Sprawa była tym bardziej zaskakująca, że nie udało się wyśledzić wirtualnej trasy, przez którą przeszedł kapitał. Miliony rozpłynęły się w powietrzu.
Schody sądu zastawione były reporterami różnych stacji telewizyjnych i radiowych, ktoś zadał pytanie, obrońca odpowiadał za swojego klienta, który tylko łypał świńskimi oczkami na wszystko i wszystkich. Ethan zauważył że jedną ręką kurczowo trzyma za łokieć ładną, dojrzałą kobietę, której wzrok zdawał się przewiercać marmur sądowych schodów.
Zerknął na Phoebe, która z kolei przeszywała go wzrokiem. Podeszła do niego i syknęła, tak by Yvonne nie usłyszała:
- Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolony.
Dziewczyna wiedziała, że to właśnie twarz Tima Connora patrzyła na nią tego dnia gdy się spotkali i że to właśnie na kontach Ethana rozpłynęły się pieniądze, za które pomimo apelacji i odwołań, wyrok odsiedzi pan Connor. W gruncie rzeczy dość długi wyrok.
Ethan mu nie współczuł.
Zbył Phoebe milczeniem i zajął się wysyłaniem zdjęć na adres mailowy Sama.
- Nie rozumiem, jak możesz być tak gruboskórny. Niewinny człowiek pójdzie siedzieć, bo tobie się nie chce samemu zapracować...- Phoebe już tyle razy drążyła ten temat, wykrzykując mężczyźnie, że jest podły, tchórzliwy, aż wreszcie, że to co robi jest zwykłym skurwysyństwem, że w końcu Ethan nauczył się to puszczać mimo uszu.
Najważniejsze, że przy nim była i pomimo twierdzenia, że całe jego życie opiera się na oszustwie, to nie zamierzała przestać być jego częścią.
Tym razem jednak nie wytrzymał, ale pomimo prawdziwej batalii myśli, która odbyła się w jego głowie, powiedział tylko:
- Nie był niewinny. Może został ukarany nie za to co trzeba, ale nie był niewinny.
Dziewczyna tylko prychnęła. Na szczęście Yvonne zaproszeniem na śniadanie, odwróciła uwagę Phoebe od Ethana.
Wiedział, że przez najbliższych kilka godzin ze strony Phoebe może oczekiwać jedynie majestatycznej obrazy i pogardy, wiedział jednak, ze kiedy tylko dostanie do ręki dokumenty i przyjdzie czas by wyruszyć, piętnastolatka zapomni o moralnych dylematach.
Niestety jemu nie było tak łatwo. Wiedział i czuł, że dziewczyna często o tym myśli, łapał ją na tym jak mu się przygląda, śmiesznie marszcząc brwi w zadumie. Rozumiał jej obawy, uważał nawet, że są naturalne i dobrze o niej świadczą. Mimo wszystko, nie mógł postąpić inaczej. Gdyby odpuścił, obraz zastraszonej żony Timothy'ego Connora, stojącej obok niego, prześladowałby go do końca życia.




O drugiej popołudniu Ethan zaczął się denerwować. Pomimo tego, że zdawał sobie sprawę, iż jego zamówienie u Sama wykonywane jest w trybie ekspresowym, to oczekiwanie w pełnej gotowości do wyruszenia w drogę stawało się z minuty na minutę torturą. Tym bardziej, że ciągłe pytania Phoebe potęgowały tylko jego irytację.
- Mówiłeś, że o czternastej już będzie na sto procent- zawołała ze swojego miejsca na tarasie, kiedy tylko długa wskazówka zegara minęła dwunastkę.
Rogue nie odpowiedział. Stwierdził, że to i tak nie ma sensu.
Usiadł w fotelu i czekał. Przymknął oczy i zaczął powoli zapadać w lekką drzemkę.
- Jedzie!- krzyknęła Phoebe wskakując niczym oparzony zając do pokoju i przeskakując wokół niego z nogi na nogę. - Jedzie, jedzie, jedzie, jedzie!
Wyśpiewywała mu to słowo przez dobrych kilkadziesiąt sekund, aż wreszcie złapała go za rękę i pociągnęła. Chcąc nie chcąc, musiał wstać i wyjść na spotkanie nadjeżdżającej toyocie.
Z samochodu wysiadł młody chłopak w białym shircie, trzymający sporej wielkości żółtą kopertę. Bez słowa podszedł do Ethana, wręczył mu przesyłkę i odszedł. Phoebe z prędkością światła wyrwała mu z rąk paczkę, rozdarła papier i wysypała na stół zawartość.
- Nie wierzę!- powiedziała w końcu, oglądając swój nowy paszport.- Po prostu nie wierzę, że moją nową tożsamością jest zwykłe Kate Smith! Myślałam, że stać cię na coś więcej- burknęła z wyrzutem.
Ethan zdecydował, że przemilczy jej niezadowolenie. Jednocześnie przyszło mu na myśl, że to będzie długa i ciężka podróż, ale nie mógł się jej doczekać. Musiała dostrzec jakieś ciepłe uczucie w jego spojrzeniu, bo tylko pokręciła głową, mrucząc:
- Kate Smith... Założę się, że ty jesteś John.
Nie myliła się.




Opuszczając budynek, który przez ostatnie kilka miesięcy nawet mógłby nazwać czymś na podobieństwo domu nie wiedział właściwie, co powinien w takiej sytuacji czuć ani czego oczekują od niego inni. Phoebe wylewnie żegnała się z Yvonne, obydwóm łezka kręciła się w oku. Nie dziwił się ani jednej, ani drugiej. Przyszło mu na myśl, że sam byłby pewnie bardziej przejęty, gdyby nie fakt, że wyjeżdżają razem. On i Phoebe. Praktycznie więc zabiera swój „dom” ze sobą.
Taksówka stała na podjeździe, czekając na pasażerów. Ethan spoglądał na przystań, gdzie w blasku promieni słonecznych odbijających się od wody kołysały się jachty. Podjął decyzję, że pierwszy etap podróży odbędą właśnie w taki sposób- popłynął najbliższym promem, wycieczkowcem czy choćby kutrem rybackim w kierunku północno- zachodnim, tak jak nakazywał mu głos, który pomimo ignorancji Ethana nachalnie obijał się po jego czaszce.
Yvonne podeszła do niego, gdy Phoebe wsiadała do taksówki:
- Dziękuję, Panie Rouge. – Kiedy popatrzył na nią pytająco, uśmiechnęła się w specyficzny dla siebie sposób przy mocno zaciśniętych wargach i dodała: - Za to, że Pan sprowadził tę dziewczynkę. Odkąd mieszkam w tym domu nie było w nim tyle życia i pozytywnej energii co przez ostatnie miesiące.
Ethan pokiwał głową, odwrócił się do kobiety i ją przytulił. Nie zastanawiał się nad tym gestem, po prostu to zrobił. Od wielu lat nie poddał się tak prostej spontanicznej czynności, jak to miało miejsce właśnie w tej chwili.
Odsunął się od Yvonne ze słowami:
- To ja dziękuję, za wszystko. I do zobaczenia.
I w gruncie rzeczy nie wiedział, które z nich było bardziej w tej chwili zawstydzone. On, mężczyzna, któremu wydawało się, że przez te lata stał się nieczułym niczym głaz, czy ona, kobieta, która niemniej przeszła w swym życiu, z pozoru surowa, mająca wielkie otwarte serce by kogoś pokochać.
I tylko z pozoru tak bardzo się różnili.
Wsiadł do taksówki.
- Poproszę do portu- powiedział do kierowcy, który w odpowiedzi kiwnął głową i pogłośnił radio.
- Portu?- zapytała ze zdziwieniem dziewczyna. – Myślałam że polecimy samolotem- westchnęła.
- Co to za frajda przelecieć z punku A do punktu B samolotem?- zapytał retorycznie, unosząc brwi.
- Tak tylko nigdy nie miałam okazji lecieć- powiedziała szczerze- A chciałam poczuć się jak na filmach o terrorystach.
Jej szczerość i żelazna logika potrafiły zwalać z nóg. Ale niosły ze sobą coś, co dla Ethana było wartościowe- prosty komunikat, dzięki któremu między nimi mogła rodzić się relacja oparta na mocnych, solidnych fundamentach.
- Obiecuję, że jeszcze będziesz miała okazję- uśmiechnął się wymijająco.





Szczęście im sprzyjało. Ethan stał oparty o barierkę na lewej burcie. Widok był niesamowity- tylko Ty i woda. Ciepłe podmuchy wiatru sprawiały że czuł się jakby leciał tuż nad lustrem wody.
W Darwin trafili na ostatnie miejsca na pokładzie wycieczkowca, który Phoebe ochrzciła Titaniciem i na nic zdały się karcące, zdegustowane spojrzenia współpasażerów, kiedy wyśpiewując hit Celine Dion opowiadała z zapałem o górach lodowych.
Mieli płynąć od Darwin, poprzez Indonezję, do Indii, a potem jeszcze dalej aż do Włoch. Ethan stwierdził jednak, że 110 dni spędzonych na morzu i pokładzie byłoby niemiłosiernie nudnym przeżyciem. Ostatnie miejsca na ekskluzywnym statku kosztowały go niemało. Osobiście wolał podróżować w innych warunkach, bardziej przeciętnych niż pięciogwiazdkowe kajuty i wykwintna kuchnia świata dostosowana do życzeń gości.
Pamiętał jednak, że obiecał dziewczynie, że niczego jej nie zabraknie. I po raz pierwszy od wielu lat postawił swoje zachcianki na drugim miejscu i podjął taką decyzję, by zapewnić Phoebe maksimum tego co mógł jej zaoferować. I chociaż sam przed sobą nigdy by się do tego nie przyznał, czuł się odpowiedzialny za piętnastolatkę. Kiedy cofał się w myślach, nie mógł pojąć jak to się stało, ze ta spotkana na ulicy nastolatka była JEGO Phoebe.
- Every night in my dreams- usłyszał za sobą słowa, które przez ostatnich kilka godzin wyryły mu się już w mózgu, tak, że wydawało mu się, iż już nigdy nie będzie mógł w spokoju ducha obejrzeć Titanica. - I see you, I feeeeeeeeel yooouuu.
Phoebe zakończyła donośnym wyciem, patrząc na niego z uśmiechem.
- Zostaniesz moim DiCaprio?- zapytała.
- Możesz o tym zapomnieć- odpowiedział- Ale chodź coś ci pokażę- złapał dziewczynkę za rękę i pociągnął do barierki. Wychylił się poza nią. Znajdowali się na najwyższym pokładzie wycieczkowca, z którego wydawało się, że horyzont nie istnieje, linia morza i nieba zlewała się w jedno. Wyciągnął rękę wskazując na coś co rysowało się ciemną plamą tuż pod lustrem wody.
- Delfiny!- wykrzyknęła Phoebe, gwałtownie się przechylając. Ethan odruchowo złapał ją za ramię. Popatrzyła na niego z taką radością, z takim niezaprzeczalnie szczerym szczęściem, że Ethana zakłuło coś w środku, w sercu. Przeczucie, że chwile takie jak te są tak ulotne, tak niezauważalne, a jednocześnie mają tendencję do sprowadzania smutku. Phoebe musiała dostrzec coś w jego spojrzeniu, bo jej uśmiech przybladł. Ich wymiana spojrzeń trwała ułamki sekund, w ciągu których zwabieni okrzykiem dziewczyny zaczęli nadchodzić pasażerowie z nieodłącznymi lustrzankami, które po chwili pstrykały kilkaset zdjęć nieświadomym swojej sławy delfinom butelkonosym.
Fala szczęścia, która przepłynęła między Phoebe i Ethanem rozbiła się o szarą rzeczywistość, rozmywając się na piasku i pozostawiając za sobą jedynie pokruszone muszle.





Port w Mumbai, dawnym Bombaju powitał ich niezwykłą feerią barw i dźwięków. Ethan zmrużył oczy od zbyt krzykliwych połączeń kolorystycznych. Wydawało mu się ze cały tłum faluje w nieustannie zmieniających się dyskotekowych światłach. Na ulicach było pełno ludzi, wśród których krążyli rowerzyści, przedzierały się riksze i samochody. Ethan poczuł, ze właśnie znienawidził Indie.
Phoebe wręcz odwrotnie. Nic ją nie przerażało, wręcz przeciwnie, była zafascynowana i zaaferowana. Po chwili zniknęła z oczu Ethanowi, jak gdyby wielokolorowy tłum wciągnął ją w siebie. Pojawiła się i znów zniknęła.
- Wspaniale- wykrzyczała mu wprost do ucha, kiedy starał się złapać taksówkę, których pełno było w porcie. Mimo wszystko jakoś nikt nie kwapił się by wykonywać swoją pracę. Taksówkarze w najlepsze dyskutowali o czymś, co rusz wymachując zawzięcie rękami. Wreszcie podjechała taryfa. Ethan, lekko poirytowany wsiadł do samochodu, pociągając za sobą piętnastolatkę. Trzaśniecie drzwi i już byli w drodze. Ethan podał kierowcy nazwę hotelu, którego, pomimo tego że był oddalony zaledwie dwa kilometry od portu, ujrzeli dopiero za dobre pół godziny.
Mężczyzna najchętniej zamknąłby się w hotelowym pokoju, jednak nie dane mu było odpocząć po kilkunastodniowym rejsie. Phoebe tak długo go męczyła, aż wreszcie dał się wyciągnąć na coś co nastolatka nazwała zakupami, a dla niego było horrorem. Niektóre rzeczy widział pierwszy raz w życiu na oczy, nie mówiąc już o tym, ze o ich zastosowaniu mógł tylko snuć fantazje. Jedyną rekompensatą dla niego była radość Phoebe, która pomimo początkowemu zahamowaniu, szybko dała się porwać szaleństwu zakupów.

Wieczorem Ethan planował ich dalszą podróż. Zamówił lot czarterowy z Mumbaju aż do Anapy w Rosji. Stamtąd chciał by ostatnie sześćset kilometrów przejechali samochodem. Wiedział, ze nie będzie to zwykła wycieczka, gdyż trasa z Anapy do Mestii wiodła wpierw wschodnim wybrzeżem Morza Czarnego, następnie wgryzając się w sam środek Gruzji trasą wśród gór i parków narodowych. Wydawało mu się, że po barwnym chaosie Indii takie widoki powinny ukoić jego nerwy. A podczas podróży planował przejechać przez najbardziej znane kurorty wypoczynkowe nad Morzem Czarnym, by i Phoebe mogła nacieszyć oczy tętniącymi życiem miastami, które wiedział, że szczerze uwielbiała. W odróżnieniu od niego.

Prolog



Dla osoby, która nie rozumie słowa Nie. I dobrze, bo bez Niej brakowało pewnego ważnego elementu, który Ona, niczym kryształ, ponownie we mnie osadziła.

Frailty, thy name is woman! 
 William Shakespeare

- Do widzenia Panie Prezesie.
Odkąd wszedł do budynku nie słyszał nic innego jak tylko: dzień dobry panie prezesie, tak panie prezesie, oczywiście panie prezesie, już się robi... Mdliło go już od nadmiaru lizustwa. Zauważył jednak, że ludzie najzwyczajniej w świecie się go boją. Kiedy przechodził ich wzrok uciekał na boki, bądź nagle odkrywali nieziemsko interesujący wzór na marmurowej podłodze. Zaczęło go to irytować. Na szczęście już po chwili mógł odetchnąć nie tyle świeżym, co przyjemnie chłodzącym powietrzem australijskiego Darwin.
Naprzeciwko banku stał zaparkowany jeep grand cherokee. Podszedł do samochodu i wgramolił się na przednie siedzenie kierowcy. Zapuścił silnik, jednocześnie patrząc w stronę banku. Przed wejściem pojawił się przysadzisty mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze. Nalana twarz sprawiała, że jego świńskie niebieskie oczka stały się ledwo widoczne. Zauważył małe zamieszanie w banku, jeden z ochroniarzy patrzył na nowo przybyłego mężczyznę podejrzliwie, po czym popatrzył prosto na siedzącego w samochodzie. Wytrzeszczył ze zdumienia oczy, krzycząc i machając rękoma.
Na dalszą obserwację nie było czasu. Odjechał pospiesznie zanim ktokolwiek zrozumie, co właściwie się stało.
Wyjechał z miasta Tiger Brennan Drive, kierując się, ku oddalonemu o kilkadziesiąt mil Bayview. Uwielbiał jazdę samochodem. Uspokajała go. Ale dzisiaj nie mógł skupić się na prowadzeniu. Dotknął lekkiego wybrzuszenia na piersi- w wewnętrznej kieszeni marynarki spoczywał plik papierków. Bezcennych. Wypisane czeki opiewające na sumy, o których nie śmią śnić zwykli śmiertelnicy, pracujący na etacie.
We wstecznym lusterku widział część swojej twarzy- obwisłe fałdki skóry sprawiały, że przypominał mopsa. W głębi bruzd można było dojrzeć wodniste, świńskie oczka o barwie, która pewnie kiedyś miała przywodzić na myśl niebo. Ciało wręcz rozlało się na fotelu. Słusznej wielkości brzuch wystawał, niekiedy konfrontując się z kierownicą.
Powróciła irytacja, której zalążki czuł już w banku. Nienawidził tego ciała. Uważał to z osobistą obrazę, że cielsko ma czelność wozić się jego samochodem.
Jadąc Tiger Brennan Drive mija się zalesione, wodniste tereny bezpośrednio przylegające do podrzędnej, robotniczej dzielnicy. Postanowił zboczyć na chwilę z głównej drogi.
Wjechał pomiędzy drzewa, ścieżką, z którą poradzić mogła sobie tylko terenówka. Drzewa nie rosły tutaj gęsto, tworzył raczej zarośla niż prawdziwy las. Przez plątaninę krzewinek i wykrzywionych drzewek mógł dostrzec małe domy pracowników pobliskich fabryk.
Usiadł wygodnie, nie gasząc silnika; w okolicy nie było nikogo. Zamknął oczy i starał się rozluźnić, choć w nieznanym miejscu, z zamkniętymi oczami, czuł się nieswojo. Jednak już po sekundzie ogarnął go spokój. Odetchnął. I otworzył oczy.
Tuż przed maską samochodu stała kobieta. Właściwie dziewczyna. Dziewczynka.
Znieruchomiał. Wpatrywali się w siebie przez chwilę. Popatrzył do lusterka. Pusto. Jedyne, co się zmieniło, to twarz, która na niego spoglądała.
Fałdy zniknęły. Pojawiła się poprzecinana lekkimi zmarszczki twarz mężczyzny przed czterdziestką. Nie było też śladu po malutkich, wodnistych oczkach. Wręcz przeciwnie- patrzyły na niego oczy koloru czekoladowego. Jednak jedno z nich różniło się od drugiego. Wyglądało, jakby ktoś zamienił jego tęczówkę na protezę zrobioną z kryształu.
Dziewczyna zaczęła się zbliżać. Starał się przekonać sam siebie, że mogła nie zauważyć, nie dostrzec, może była za daleko...
Podeszła do bocznej szyby, która z powodu upału, była opuszczona. Oparła się łokciem o drzwi i patrzyła. Jej spojrzenie było przerażająco bezosobowe, niewyrażające niczego.
- Może mały numerek na tylnym siedzeniu?
Z wrażenia odebrało mu mowę.
- Albo, chociaż loda ci zrobię. Za cztery dychy.
Mogła mieć nie więcej niż szesnaście lat, burza ciemnych włosów opadała na ładną, jeszcze nieco dziecięcą buzię. Delikatne z natury rysy wyostrzył makijaż. Czerwone usta przykuły jego wzrok. Uśmiechały się do niego krzywo. Ironicznie.
- Spadaj.
Dodał gazu i zaczął odjeżdżać
- Wszystko widziałam! Zapłać mi stówę, bo powiem, komu trzeba.
Ciekawe komu, pomyślał, ale to nie był czas ani miejsce na przekomarzanie się z nastoletnią kurewką. Wyrzucił przez okno kwotę, której zażądała. Odjeżdżając widział, że nie podeszła do banknotu, tylko patrzyła w ślad za nim. 


Mieszkał w wielkim domu, tuż przy przystani. Wschodnie okna wychodziły wprost na Park Narodowy imienia Karola Darwina. Do jego posesji przylegało kilkadziesiąt podobnych, nieopodal zadokowanych było kilkaset podobnych jachtów, a i ludzie niczym się od siebie nie różnili. Czekał na realizację uzyskanych czeków. Pieniądze miały wpłynąć na konto, z niego na następne, już na inne nazwisko.
Patrzył przez okno, popijając kawę.
Monotonia tego, co widział go przytłaczała. Chciał mieszkać w Australii, bo pociągała go tutejsza przyroda. Jednak już po tych kilku miesiącach najchętniej przeniósłby się w Himalaje.
- Będę się musiał wyprowadzić- mruknął do siebie.
- Panie Rogue, ktoś do Pana.
- Dziękuję.
Był zdziwiony. Nie spodziewał się gości. Zresztą, odkąd tutaj mieszka nie miał ani jednego. Na schodach tuż przed frontowymi drzwiami siedziała dziewczyna. Szurała białymi tenisówkami po bruku, malując wzory na pisku.
- No chyba sobie jaja robisz- warknął i pociągnął dziewczynę za ramię.
Nie miała już makijażu, ale spojrzenie i krzywy uśmiech pozostał ten sam. Gdyby jej już raz nie spotkał mógłby pomyśleć, że to jakaś przeciętnie ładna nastolatka, która uwielbia zadzierać nosa.
- Czego ty chcesz, do cholery?
Wyrwała mu się, stanęła kilka metrów od niego i uśmiechnęła się. Ładnie.
- Fajną masz chatę. Mogę tu zamieszkać?
Mniej by się zdziwił, gdyby mu oznajmiła, że przybyła z innej planety, by znaleźć ziemianina- rozpłodowa dla nowej rasy nad-istot.
- No cholera, przecież ja cię nie będę prosić. Patrz.- Wskazała na niewielką walizkę, która spoczywała na marmurowy stole. – Wprowadzam się.
Zagrodził jej drogę ramieniem.
- Słuchaj, nie wiem, kim jesteś, co tutaj robisz i jak mnie znalazłaś, ale nie jestem jakąś organizacją pomocową. Chcesz pomocy to się zgłoś do jakichś sióstr zakonnych czy innego badziewia, które się zajmuje przypadkami takimi jak twój.
Odwrócił się z zamiarem odejścia i zamknięcia drzwi na wszelkie możliwe zamki.
- Zapomniałeś, że ja wszystko widziałam. Założę się, że policja, albo nie wiem, jakiś cyrk by się tobą zainteresował- powiedziała, biorąc się pod boki. Wyglądała komicznie, ale jemu nie było do śmiechu.
Poddał się. Oparł się o drzwi frontowe i patrzył na nią czujnie. Chciał ocenić czy dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, co widziała i ile w tym, co mówiła było typowym graniem na jego nerwach.
- Nie odpowiedziałaś mi, kim jesteś i czego chcesz?
- Phoebe Pecado. Masz duży dom, a ja musiałam spać w różnych, naprawdę nieciekawych miejscach, więc zrobimy wymianę: moje milczenie za możliwość mieszkania tutaj- kiwnęła głową w kierunku budynku. – Zobaczysz, nawet nie zauważysz, że z kimś mieszkasz- dodała błagalnie, przeciągając sylaby.
Musiał się zgodzić. Nie wiedział, czemu, ale musiał. Jej szantaż był niewiele wart, mógł zniknąć w każdej chwili i nikt by go nie znalazł. Wiedział jednak, ze już niedługo stanie się coś, co sprawi, że będzie musiał opuścić Australię, więc w tym budynku, który nosił szumne miano domu, mógł mieszkać ktokolwiek. Choćby i ona.
Obrócił się. W szybie zobaczył jej twarz- lekki uśmiech, szczere oczy, które zupełnie nie przypominały mu dziewczyny, którą poznał na szosie. Wszedł do budynku.
- Yvonne- z kuchni wyłoniła się niska, szczupła kobieta o niezbyt miłej aparycji. Świetny przykład na to jak pierwsze wrażenie może zmylić człowieka. Yvonne zajmowała się tym miejscem od lat, poznała wszystkich właścicieli tego budynku. Oni odchodzili, a ona zostawała, zawsze zatrudniana przez kolejną rodzinę. Kobieta, która zawsze się o niego martwiła, co niezwykle go irytowało.  – Będziemy mieć gościa przez jakiś czas. Proszę, zaprowadź Phoebe do jej pokoju- powiedział i odszedł.
Kobieta zaczęła wchodzić po schodach, za nią Phoebe. Ta ostatnia odwróciła się jednak na pięcie i podbiegła do niego.
- Nie przedstawiłeś się i nawet nie wiem jak mam się do ciebie zwracać, wujku- ostatnie słowo podkreśliła, tak by mogła je usłyszeć Yvonne.
- Ethan Rouge- odpowiedział.



- Czemu się wtedy zgodziłeś, zamiast zostawić mnie przed drzwiami?- zapytała.
Siedzieli oboje przy wielkim kuchennym blacie. Było późno, wskazówki zegara wskazywały na współ do trzeciej w nocy. Ona dłubała widelczykiem w sporej wielkości kawałku czekoladowego tortu. Wszyscy zwariowali na jej punkcie. Yvonne i kucharka spełniały każde jej zachcianki, dogadzały jej we wszystkim. Nazywały ją „panienką Rouge”, myśląc, że jest piętnastoletnią córką brata Ethana. Tyle, że on nie miał brata.
On natomiast bez humoru popijał Fostera. Od kilku dni nie mógł sobie znaleźć miejsca. Coś nie dawało mu spokoju i wyraźnie gnało go przed siebie. Tyle tylko, ze tym razem ciężej mu było podjąć decyzję o tym by wyruszyć. On też zwariował. Na jej punkcie. Chociaż była niezwykle irytująca, niewychowana i emanująca nienaturalną seksualnością, uwielbiał ją.
- Zaraz mi powiesz, że miałem  jakikolwiek wybór- mruknął.- Przecież to jasne, że jakbyś nie weszła drzwiami, to oknem. Zresztą, najwidoczniej miałem dobre przeczucie.
Uśmiechnął się smutno. Nie chciał jej zostawiać, ale cieszył się, że będzie miała bezpieczne miejsce, w którym może mieszkać.
- Denerwujesz się tą podróżą?- zapytała. Jak zwykle trafnie, jak zwykle poruszając, mogłoby się wydawać najbardziej ukryte tematy.
- Niczym się nie denerwuje- obruszył się. Kłamał, ale w tym momencie jedyne, co go denerwowało to, to, że ona tak dobrze potrafiła go przejrzeć. – Na razie nigdzie się nie wybieram. Zresztą to nie ma najmniejszego sensu, by wybierać się w tak długą podróż, z powodu jakiś omamów.
Kiwnęła głową. Czyli wiedziała, że jest rozdrażniony. Zamilkli. Słychać było jak wskazówka zegara odmierza kolejne sekundy. Kiedy na nią popatrzył, napotkał jej wzrok. Musiała go obserwować od dłuższego czasu. Wydawało mu się, że patrzy na niego uważniej niż zazwyczaj, a jej wzrok skupia się przede wszystkim na jego lewym oku, które przypominało czekoladowy kryształ zatopiony w białym tle.
- Ethan, ja wiem, co widziałam- rzekła, jakby to przesądzało sprawę. – I uważam, że to wszystko może mieć związek z tym- wskazała na jego oko.
Od początku zdawał sobie z tego sprawę. I chociaż nigdy nie interesowało go, skąd pochodziła jego dziwna zdolność, to przez ostatnie kilka dni, nie przestawał o tym myśleć. Tym bardziej, że jakiś głos w jego głowie, ciągle powtarzał, że już czas, że pora by wyruszyć gdzieś na zachód. Sam doskonale wiedział, że w Australii nie zagrzeje miejsca, ale… Popatrzył na Phoebe. Ona była jego, ale.
- Wiem, o czym myślisz, ale uważam, że trzeba się dowiedzieć, co właściwie miało miejsce te kilkanaście lat temu- stwierdziła.
Kilka tygodni po tym jak tutaj zamieszkała, spędzili pierwszą, noc w podobny sposób. Ona zdążyła sprawić, ze wszyscy domownicy ją pokochali, więc po nocach objadała się ciastem, a on z ulubionym piwem. Spotkali się późno w nocy. Pamiętał, że rozmawiali, aż zrobiło się zupełnie jasno i zostali nakryci przez Yvonne, która przez cały dzień tłumaczyła Ethanowi, że nie wolno pozbawiać dzieci zdrowego snu. Te ich przypadkowe spotkania szybko weszły im w nawyk. Już po kilku dniach znał jej historię, jak sama przyznała, taką, jakich wiele na ulicach. Matka umarła, ojciec postanowił ponownie się ożenić, więc już po kilku miesiącach miała nową mamusie. Nie mogła tego znieść, tym bardziej, że macocha traktowała ją jak konkurencję, co w sumie nie było takie dziwne, bo była tylko kilka lat od niej starsza. Więc uciekła. W wieku czternastu lat. Łapała stopa za stopem i przejechała pół świata, aż w końcu wylądowała tutaj, w Darwin. Nie pamięta dokładnie kiedy, ale jakoś podczas tej podróży zauważyła, że jeżeli pozwoli facetowi się poobmacywać, to nie dość, że dalej pojedzie, to jeszcze zje coś po drodze. I tak kroczek po kroczku, aż do ich spotkania na szosie.
Wiedziała, że niewiele uda jej się dowiedzieć o Ethanie. Nie lubił mówić o sobie. Jednak, co było zaskoczeniem dla obojga, kiedyś zapytany o to, co miało miejsce podczas ich pierwszego spotkania, opowiedział jej pewną historię ze swojego życia. I chociaż nie reagował na żadne dodatkowe pytania, to dowiedziała się, dlaczego jego oko wygląda tak jak wygląda. I co najważniejsze: w jaki sposób potrafi zmienić swoją postać w jednej sekundzie. Tak jak wówczas w lesie- kiedy z odpychającego, grubego gbura stał się trzydziestosiedmioletnim mężczyzną, przystojnym, chociaż z dużą dozą chłodu i rezerwy. O zupełnie innej twarzy. 




Dziesięć lat temu Ethan Rouge był na Tay Bridge łączącym dwa szkockie miasta: Dundee i Newport-on-Tay. Siedział na barierze i patrzył w wodę. Niedaleko stąd było do St Andrews, gdzie zostawił praktycznie wszystko. A raczej wszystko zostawiło jego. Rodzice umarli kilka lat temu, zostawiając mu wszystko, co mieli. Żył dalej, studiował i miał się nieźle. Aż do dziś. Kiedy to zdał sobie sprawę, że jedyna osoba, na której mu zależało, odeszła. I miała rację.
Długo nie potrafił się do tego przyznać, ale to on wszystko zniszczył. Miał dwadzieścia siedem lat i brakowało mu w życiu sensu. Pracował tam, gdzie zawsze pragnął, ale to go niszczyło. Nie przypuszczał, że etat psychologa w policji kryminalnej tak bardzo odbije się na jego psychice. Chciał zerwać z tym wszystkim, co go otaczało i spróbować jeszcze raz. Jeszcze raz zacząć życie i spełniać kolejno wszystkie marzenia, których kiedyś miał trak wiele, a które gniły gdzieś na dnie jego podświadomości.
Skoczył. W sumie nie bał się. Był świetnym pływakiem, więc szanse na to by się utopił stanowiły zaledwie połowę; i tak mu nie zależało, a ryzyko, adrenalina go znieczuli. Usłyszał pisk opon, ktoś zatrzymał się na moście, ale jego uszy już wypełniła szumiąca woda. Opadał na dno, ale szybko odzyskał orientację w przestrzeni. Już miał spokojnie skierować się ku powierzchni, gdy coś błysnęło spod mułu dna zatoki. Wiedział, że mnóstwo tu dookoła różnego rodzaju śmieci, więc raczej się nie przejął, tym bardziej, że zaczynało mu brakować tchu. Nie miał czym oddychać, ale, mimo że jego ramiona ciężko pracowały, wcale nie wypływał. To coś ciągnęło go ku sobie. Popatrzył raz jeszcze. Błysk przerodził się w niezwykle jasne światło. Dostrzegł tylko niewielki kryształ, a potem nie widział już nic.
Obudził się w szpitalu. Jedynym ubytkiem na zdrowiu było dziwne zwyrodnienie tęczówki lewego oka. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić, wiec Ethana wypisano. W związku z jego profesją nie obyło się bez „urlopu wypoczynkowego” od pracy i konieczności stawiania się na wizyty u psychologa. Biorąc pod uwagę, że tak jak wszędzie na dwudziestu specjalistów trafi się dziesięciu skończonych kretynów, którzy nie wiedzą co w ogóle powinni robić, Ethan odpuścił sobie zarówno te spotkania jak i całą karierę.
Pamiętał dokładnie, jak odkrył, ze nie tylko oko się zmieniło, ale i on sam. Wyszedł spod prysznica i patrzył na swoje odbicie w lustrze. Tak bardzo się nienawidził. Pozwolił jej odejść, zrezygnował z niej, a teraz jeszcze z pracy, która mimo wszystko dawała mu mnóstwo satysfakcji. Pomyślał, że coś takiego nigdy nie przytrafiłoby się jego ojcu, który był człowiekiem o silnym charakterze i wielkim sercu. Ethan przymknął oczy wyobrażając sobie twarz ojca i nagle poczuł ciepło w całym ciele, a gdy otworzył oczy, z lustra patrzyła na niego twarz Daniela Rouge.
Ethan wykorzystywał swoją moc przez kilka lat głównie do tego, by niszczyć ludziom życie. Najbardziej bawiło go niszczenie związków, kiedy to przybierał postać wiernego jak pies mężczyzny, tylko po to by na oczach zakochanej dziewczyny sprawić, by pękło jej serce.
Tak jak jego, dawno temu.
Znudził się tym, a moc posłużyła mu do oszustw finansowych.
Przenosił się z miejsca na miejsce, robiąc różne rzeczy, z których nie jest dumny.
Phoebe go wysłuchała, popatrzyła na niego i powiedziała, spokojnym tonem. Chyba właśnie ten spokojny ton był dla niego najgorszy.
- Może i jestem głupią dziwką, ale ty najnormalniej w świecie niszczysz ludziom życie. Podszywasz się za kogoś, na kogo później spada cała odpowiedzialność.
Niezwykle proste podsumowanie.
 



- Powróciłeś już z tej wewnętrznej emigracji?- mruknęła dziewczyna, odgarniając kosmyki ciemnych włosów, które wymknęły się spod gumki. – Mówiłam, że…
- Jedź ze mną- powiedział nagle. – Nie wiem dokąd, ale obiecuję, że niczego ci nie zabraknie.
Wstała, by odłożyć pusty talerzyk do zlewu. Odwróciła się z uśmiechem. Tym, który lubił.
- Chyba nie myślałeś, że odpuszczę sobie darmowe wakacje- odpowiedziała, a w jej głowie pojawiła się myśl, że bardziej prawdziwe byłoby powiedzenie, że chyba nie myślał, ze zostanie tutaj bez niego. Nie wiedziała czemu, ale czuła, że bez niej mu się nie uda.
- Jutro wyruszymy- rzekł jak gdyby nigdy nic.
Za oknem wstawał nowy dzień. Kolejny ciepły, majowy dzień, ale jemu wydawało się, że ten dzień będzie początkiem czegoś nowego, a zarazem końcem minionego, wykrzywiającego twarz demona etapu jego życia.
Podszedł do Phoebe i pocałował ją w czoło. Zwykłe dobranoc. I tylko ona zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej tego nie robił. Nie wiedzieć czemu poczuła niepokój. Jakby ulotne tchnienie nadciągającego na czarnych skrzydłach przeznaczenia.