piątek, 28 grudnia 2012

04. Opowieści



Dla wszystkich tych, którzy w tym roku, tak jak Ethan, odnaleźli cel. 
 

Życie, którego głównym celem jest spełnienie osobistych pragnień, prędzej czy później przynosi gorzkie rozczarowania.
A. Einstein 


Chata we wnętrzu gęstego lasu miała malutki ganek. Drewniane deski wypaczyły się w ciągu tych setek lat użytkowania i skrzypiały niemiłosiernie przy każdej sposobności. Starzec siedział na bujanym fotelu, a wszystko wokół niego grało tą dziwną, skrzypliwą melodię, od której cierpła skóra na karku. Patrzył przed siebie, wspominając stare dobre czasy, kiedy drzewa go otaczające miały postać ziarenka, a czas wcale nie płynął tak szybko. Ich życie, jego i Nityi, toczyło się ślimaczym tempem, a mimo tego, że pełne było wyrzeczeń i ubóstwa, to miało jednak coś z magii. Mogli razem dziwić się wszystkiemu, co się zmienia, co dorasta i umiera. Teraz siedział samotnie na ganku i od dawna już zaprzestał liczenia upływających dni i lat.
Jednak dziś miało odmienić ich los. Wpatrywał się sokolim okiem w polanę przed chatą. Wiedział, że to nastąpi właśnie dzisiaj. Czuł to w swoich starych kościach, które mogły poświadczyć najdawniejszej historii ludzkości, że dzisiaj dopełni się przeznaczenie, a on będzie jego świadkiem. Zapach powietrza wypełnił się ciężkim odorem ozonu, a atmosfera wyraźnie zgęstniała. Na polanie zmaterializowali się Oni, przybysze, których oczekiwał. Pojawili się znikąd i właśnie stamtąd pochodzili. Jego kilkutysięczne kości poczuły moc, przypływ energii pochodzący z dziedzictwa Nityi- nareszcie powrócił do niego kryształy! Czekał na ten dzień latami i oto w najczarniejszej godzinie, kiedy wszystko zdawało się być położone na szali, która wyraźnie ustępowała pola tej drugiej, pojawili się. Posiadacze kryształów. Czekał, aż ucichną głosy zdziwienia. Musieli Oni przybyć z jakiegoś dziwnego świata, gdyż zarówno ich odzież, jak i przedmioty trzymane w dłoniach zupełnie nie odpowiadały rzeczywistości. Uśmiechnął się w duchu do siebie, bowiem jego świat miał szansę na przetrwanie, oto przybyli ci, którzy wyplenią to, co złe, a pozostawią tylko pełne nadziei serca. Jednym z takich serc było jego własne. Wierzył, bowiem, że śmierć Nityi nie poszła na marne, że jej dziedzictwo odmieni losy świata.

- Nareszcie jesteście. Długo kazaliście na siebie czekać –głos należał do starca, który beznamiętnie wydmuchiwał spod długich, siwych wąsów małe kółeczka dymu. Fajka raz po raz żarzyła się czerwonym płomieniem, a do nozdrzy Ethana docierał zapach jakiegoś ciężkiego, metalicznego, tytoniu, z którym jeszcze się nie spotkał.- Witajcie w Mistyi. Moje imię brzmi Oren i to ja was tu wezwałem. Od dzisiaj jestem waszym mentorem, który pomoże wam w wypełnieniu waszej misji.
 Ethan wyprostował się, odetchnął świeżym, przesyconym zapachem żywicy powietrzem i, pomimo tego, ze cała sytuacja nie tylko wydawała mu się nierealna, ale co najmniej śmieszna. W poczuciu surrealizmu stwierdził, że skoro bawią się w sny i zmory, to przynajmniej powinni się dowiedzieć, o co toczy się ta gra.
- Jakiej misji?- zapytał głośno i wyraźnie, a szumy rozmów wokół niego, ucichły. Poczuł na sobie spojrzenia tych, którzy przybyli tutaj razem z nim. Tak jak wcześniej w Mestii wydawało mu się, że ich grupa jest zbyt wielka, tak teraz w obliczu potęgi pradawnych drzew, czuł, że są śmiesznie mali i zupełnie bezradni. Tym bardziej, kiedy ten starzec mówił o misjach. Nie wierzył, że ta grupa poradzi sobie z jakąkolwiek misją.
Pomarszczony starzec rozglądał się wokół, przyglądając się z wielką skrupulatnością każdej twarzy, jakby chciał wdrukować sobie ich obraz. Miał bystre, żywe spojrzenie, które zupełnie nie pasowało do pooranej grubymi bruzdami twarzy. Jego wzrok skrzyżował się z pewnym siebie i wyzywającym spojrzeniem Ethana.
- Skoro tu jesteście, to domyślam się, że każde z was posiada kryształ i w miarę zdaje sobie sprawę z faktu, że jesteście posiadaczami niezwykłej mocy. Cała wasza moc i wszystkie siedem kryształów należało kiedyś do mojej siostry, Nityi. Dostała je od naszego ojca, Artymosa w ramach pomocy w walce przeciwko złu. Jednak zło zbyt mocno wkradło się w serca ludzi i doprowadziło ją do zagłady. Wysłałem kryształy w świat, by znalazły godnych posiadaczy i oto jesteście.
Jedyne, co Ethan zrozumiał z tego monologu to, to, że właśnie gapi się na sprawdzę tego wszystkiego. To przez tego dziwnego, przeszywającego staruszka, znalazł kryształ, a jego życie potoczyło się tak a nie inaczej, w ciągu bezustannie nakładanych masek.
- Co się z nią stało?- nieśmiały głosik dobiegał z jego prawej strony Spojrzał na nieznaną mu brunetkę, która wydawała się być speszona faktem, że przez zadanie tego pytania, ściągnęła na siebie wzrok tylu ludzi.
- Nie żyje –jego głos był beznamiętny, ale spoglądał na ciemnowłosą z taką uwagą, jakby przyglądał się wydarzeniom, które miały miejsce w dalekiej przeszłości. Zupełnie oderwał się od tego miejsca, wędrując przez labirynt własnej pamięci. Westchnął ciężko, wracając do szarej rzeczywistości. Podniósł się ciężko z fotela, którego bieguny skrzypnęły z ulgą, uwolnione od niewielkiego ciężaru. Raz jeszcze omiótł ich spojrzeniem i Ethan mógł przysiąc, że na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, kiedy tak spoglądał na tych, których sam sprowadził. W opinii Ethana, starzec nie miał się wcale, z czego cieszyć. – Ale opowiem wam o tym i wielu innych rzeczach później. Na razie powinniście się rozgościć i zrobić ze sobą porządek.
Słowo „później” podziałało na mężczyznę jak czerwona płachta na byka, mimo to poszedł za niewielkim tłumem. Specjalnie ociągał się, by nie musieć wchodzić do małej chaty. Wyobrażał sobie ścisk, który musi tam panować. Zaczerpnął świeżego powietrza i rozglądnął się wokół. Oprócz chaty i lasu, na tle pni drzew majaczyła mu zagroda, jakby prosząc się o to, by mogły tutaj paść się konie. Zza chaty wystawał fragment grządki z warzywami i dziwnymi ziołami, które Ethan pierwszy raz w życiu miał okazję oglądać. Z pewnym siebie uśmiechem obrócił się w stronę domku, w którego wejściu niknęła ostatnia osoba. Według jego obliczeń, powinien zobaczyć jej plecy na progu, bo obawiał się, że nie zazna gościnności starca, gdyż najnormalniej w świecie chata była dla nich za mała. Jednak ostatnia osoba weszła pewnie do środka, zupełnie nic nie robiąc sobie z matematyczno- przestrzennych obliczeń Ethana. Blondyn zmarszczył brwi, spoglądając nieufnie na budynek. Wzruszył lekko ramionami i wszedł do środka. Zagadka sama się wyjaśniła, kiedy ujrzał czyjąś głowę niknącą w przejściu do piwnicy. Popatrzył na starą drewnianą klapę i drabinkę, splecioną z drewna i jakiegoś powrozu. Ethan czuł, ze z tym miejscem jest coś nie tak. Nie pamiętał, co prawda, co starzec mówił o sobie i swojej siostrze, ale zupełnie nie pasowało mu to do jakiejkolwiek znanej mu kultury czy wierzeń.
Patrzył nieufnie na przejście. Chwycił się krawędzi podłogi i zszedł po drabinie. Odetchnął. Bał się, że taka prowizoryczna drabina nie utrzyma jego ciężaru i najnormalniej w świecie załamie się. Rozglądnął się wokół. Przestronne pomieszczenie zamykał długi korytarz. Po obu jego stronach majaczyły drzwi. Ludzie gromadzili się w dużym salonie, w którym dominowały drewniane regały ciągnące się wzdłuż wszystkich ścian, zastawione różnego rodzaju księgami. Stała tam także słusznych rozmiarów skrzynia, którą starzec właśnie otwierał.
- Macie tutaj mnóstwo pokoi. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli drzwi są zamknięte, to oznacza, że jest to moje prywatne pomieszczenie, do którego macie kategoryczny zakaz wejścia – starzec sięgnął w głąb skrzyni i począł rozdawać ludziom stojącym wokół niego stroje. Ethan przez chwilę pomyślał, że chyba muszą być na jakimś średniowiecznym wydarzeniu czy rekonstrukcji, bo w dłoniach trzymał lnianą koszulę i spodnie, które w niczym nie przypominały tego, co w ich czasach gościło w modowych żurnalach. Starzec nie zamierzał im jednak niczego wyjaśniać, ponieważ wycofał się w głąb korytarza, by móc zniknąć w jednym z tajnych pokoi. Pozostali bez odpowiedzi. Kilkoro ludzi ruszyło w głąb korytarza, otwierając kolejne ciężkie, dębowe drzwi. Ethan także postanowił zająć sobie jakiś kąt, nim okaże się, ze będzie musiał dzielić przestrzeń z jakimś ledwo odrośniętym od ziemi gołowąsem. Stanął przed wielkimi drzwiami, które mieściły się nieopodal schodów prowadzących na powierzchnię. Im bliżej wyjścia, tym łatwiej o ucieczkę. Ethan uśmiechnął się do siebie i wszedł do pomieszczenia.
Prostota wnętrza w niczym mu nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie: jakby nagle zostawił całą ciężką przeszłość za sobą, a pustka, która istniała w tym pokoju symbolizowała nowy początek. Mógł od nowa zapełniać swoje życie. Nie wiedział tylko czym, ale czuł, że już niedługo starzec odpowie na ich pytania.  A jeśli nie ich, to chociaż na jego pytania, których posiadał przynajmniej z milion. Usiadł na szerokim, twardym łóżku i oparł głowę na dłoniach. Niewiele z tego wszystkiego rozumiał, ale chciał dotrzeć do odpowiedzi, by wreszcie móc podjąć wyzwanie, do którego był przeznaczony. Tylko to mu pozostało: kryształ i dziwna moc. Pora by wreszcie mógł wypełnić swoje zadanie, jakiekolwiek by ono nie było.

Był rozdrażniony. Podświadomość mówiła mu, że zachowuje się jak dziecko, które nie może doczekać się spełnienia obietnicy, ale jego gówno to obchodziło. Chciał odpowiedzi na pytania, kłębiące mu się w głowie natychmiast i osobiście uważał, że nie jest to zbyt wygórowane żądanie, jak na kogoś, kogo właśnie przeniesiono do jakiegoś dziwnego, alternatywnego świata i wplątano w dziwną misję, której celu i przeznaczenia także nie znał. Surowość pomieszczenia zaczęła także działać mu na nerwy, postanowił więc wyjść na zewnątrz. Tylko widok starożytnego lasu mógłby ukoić jego nerwy. Z prawdziwą ulgą odetchnął pachnącym lasem powietrzem i chłonął widoki a także dźwięki, które z niego napływały. W pewnym momencie do delikatnej melodii ptasich treli dołączyły zupełnie niedelikatne głosy dziewcząt. Przeszedł na kraniec ganku, by móc dojrzeć, komu to zawdzięcza wieczorny koncert. Na małej polanie stały bliźniaczki i blondynka, która z nimi przybyła. Ćwiczyła najwyraźniej swoją moc, bo raz po raz wieczorna szarówka rozświetlała się ognistym płomieniem pochodzącym z dłoni dziewczyny. Ethan poczuł ukłucie zazdrości: oto, bowiem była prawdziwa moc, z którą można by podjąć się nawet najdzikszej misji. A on? Mógł ewentualnie przerazić dzieciaki zmieniając się w ich matkę. Pokręcił z roztargnieniem głową i wpatrzył się w Julie, która drażniła się z dziewczyną, posiadającą moc ognia. Nagle jedna ze świetlistych kuli, pomknęła wprost na Julie, a Ethan poczuł ukłucie strachu. Jednak nim zdążył zareagować bliźniaczka odskoczyła z gracją, ciesząc się z nowopowstałego ogniska. I chociaż Ethan miał ochotę zbesztać ją jak pięciolatkę za nieodpowiedzialność i głupotę, to jednak widząc jej radość, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Była tak prawdziwa, tak spontaniczna i otwarta, że w niektórych momentach przypominała mu Phoebe. Może to wiek sprawiał, że dziewczęta wydawały mu się niezepsute światem i życiem. Julie z głośnym okrzykiem zatytułowanym „ognisko” biegła w jego stronę, po czym niczym burza przemknęła obok niego i pomknęła wprost do podziemnych pokoi. Mężczyzna uśmiechnął się raz jeszcze, po czym ruszył w kierunku ognia, pozostającego pod opieką ognistej dziewczyny i siostry Julie, Sefi. Minął dziewczęta i wszedł do lasu, po to, by po chwili wyjść z niego z naręczem drzewa. Wrzucił je w ogień, aż iskry poszybowały w wieczorne niebo. W gruncie rzeczy nie wiedział, czy dziewczyna jest w stanie utrzymać ogień nawet, kiedy nie będzie się miało, co palić, ale osobiście uważał, że odgłos strzelających polan jest przyjemniejszy niż cichy szum płomieni.
Od strony chatki zaczęli nadchodzić ludzie. Ethan usiadł na powalonym pniu drzewa i czekał na rozwój wypadków. Ucieszył się, widząc pochyloną sylwetkę Orena zmierzającego w ich stronę. Czuł, że płonące ognisko zmusi starca do opowieści. Siwy brodacz usiadł na przyciągniętym drewnianym klocku i wpatrzył się w ogień. Jak na komendę ucichły wszystkie głosy i szumy. Wiadomym było, że każde z nich chce się dowiedzieć czegoś więcej na temat swojego przeznaczenia.
- Ach, jak miło posiedzieć sobie przy ogniu. To mi przypomina pożar miasta w 649 roku- głos starca wbił się w gęstą ciszę przepełnioną dymem, niczym dłuto wdziera się w zwartą strukturę drewna. Jego ton był rozrzewniony, kiedy wspominał o dawnych wydarzeniach. Wydawało się, że to wypowiedź ducha tego świata, całej otaczającej ich rzeczywistości. Niestety ta ulotna chwila nie trwała długo, ledwo pojawiła się w świadomości Ethana, kiedy została przerwana przez kapryśną, młodą blondynkę, tę samą, która przybyła z Julie i Sefi.
- A mi przypomina o uciążliwych zdolnościach, które wszyscy mamy. Wydaje mi się, że nikt nas tu nie ściągnął na wspominki przy ognisku, więc przejdźmy do rzeczy.
Jej wypowiedź, pomimo tego, że nie była pozbawiona sensu, wywołała w Ethanie rozdrażnienie. I chociaż na ustach starca pojawił się lekki, pobłażliwy uśmiech, to Rouge współczuł mu, że musi wysłuchiwać lodowatego tonu kogoś, kto nawet w jednej trzeciej nie dorównuje mu doświadczeniem. Ponadto nastrój, który tak bardzo mu odpowiadał został zniszczony w mgnieniu oka przez ledwo opierzoną ptaszynkę o rozwartym dzióbku. Miał ochotę obedrzeć ją z piórek.
- No tak, czas na opowieść. To może najpierw opowiem wam o Nityi? Albo lepiej zacznę od samego początku, od ojca – zamyślił się na chwilę, a Ethan rozsiadł się wygodniej na ciepłej trawie, ponieważ wyczuwał dłuższą historię. Nie mógł się jej doczekać. Był tak podekscytowany, że bezwiednie zaciskał pięści na dłuższych źdźbłach trawy. – W czasach, kiedy świat dopiero miał się narodzić istniały tylko dwie moce, dwie istoty, od których wszystko wzięło swój początek. Jedną z tych istot był ojciec mój i Nityi- Artymos, natomiast druga moc została obleczona w ciało Sanayi. I tak jak nasz pan ojciec był narzędziem dobra, tak Sanaya utożsamiała wszystko to, co złe. Uzupełniali się wzajemnie i istnieli dzięki sobie, gdyż tak jak nie może być światła bez ciemności, tak nie istnieje dobro bez zła. Artymos stworzył tą część świata, która wydaje wam się dobra i piękna, natomiast dzięki Sanayi ludzie poznają smak cierpienia, strach i ciemność, ale także morderstwo czy gwałt. Ja i Nitya byliśmy dziećmi Artymosa, stworzonymi po to, by pomagać naszemu Panu ojcu w jego dążeniach. Zapytacie pewnie jakież były jego plany? Cóż, był wizjonerem- chciał stworzyć utopię, świat bez skazy zła. Z perspektywy czasu dostrzegam w jego działaniach pewien absurd... Ale teraz jest już to nieważne. Nitya została Panią Żywiołów, siedmiu mocy, które reprezentowały kryształy. Jednak Sanaya nie pozostała bierna. Wydała na świat swojego potomka Karainela. Zarówno on jak i jego matka chcieli pogrążyć świat w ciemności. Największej ciemności, jaką możecie sobie wyobrazić- w mroku, tkwiącym w ludzkich sercach. Kiedy mój ojciec stwarzał, bowiem człowieka, Sanaya w jego sercu ukryła okruch zła. Zauważyliśmy ten okruch, kiedy ludzie po raz pierwszy popełnili zbrodnię. Jednak ten okruch stał się częścią ludzkiej natury, niemożliwą do usunięcia. Karainel walczył z nami przez tysiąclecia, raz po raz atakując, a jednak mi i Nityi udawało się wspólnie odeprzeć jego atak, choć okruszyna ciemności w ludzkich sercach rosła w siłę. W końcu u niektórych była na tyle wielka, że ośmielili się podnieść rękę na córkę ich Stwórcy. Nie rozumieli, że Nitya chroni ich przed nimi samymi, zaczął, więc ogarniać ich strach, uczucie stworzone przez Sanayę. Zamordowali więc Nityę... Może jesteśmy wieczni, ale nie nieśmiertelni. Starzejemy się i chociaż żyję już tysiące lat, pamiętam narodziny skał, które dzisiaj są już szczytami gór, to jestem śmiertelny. Tak jak i śmiertelna była Nitya...
Był zbyt zajęty tym, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów z opowieści, by móc dostrzec najprawdziwszy ból, malujący się na twarzy starca. Mięśnie pod zmarszczkami, które okrywały jego twarz pofałdowanym kocem, napięły się, a ostatnie słowa drżały lekko w gorącym powietrzu. Gdzieś poza świadomością mężczyzny pojawił się błysk, mówiący o tym, że kiedy przyrównywał Orena do głosu tej rzeczywistości, miał rację. Oren był synem Stwórcy tego świata. To był tak niewyobrażalny fakt, że nawet nie starał się go pojąć. Zamiast tego skupił się na innym, bardziej przyziemnym aspekcie opowieści starca:
- Nitya była Panią Żywiołów zaklętych w kryształy, dlaczego więc kryształy nie zginęły wraz z nią, tylko znalazły się w naszych czasach i w naszym posiadaniu?
- Dzięki mnie. Kiedy Nitya zginęła pozostały po niej kryształy. Siedem kryształów, będących zaklętymi mocami żywiołów: ognia, wody, ziemi, wiatru, umysłu, ciała i energii. Wysłałem je w któryś ze światów, by odnalazły godnych siebie właścicieli i sprowadziły ich w miejsce, które w ich, w waszym świecie, odpowiadało miejscu, w którym zginęła Nitya i w którym narodziły się kryształy. Sprowadziłem was tutaj.
W któryś ze światów. Wszystko zaczęło układać się w całość. Owszem, owa całość przypominała raczej patchwork niż jednolitą tkaninę, ale chyba żadne z nich nie mogło oczekiwać czegoś więcej. Dla Ethana w tym momencie nie istniał nikt oprócz niego i Orena. Ciepło z ogniska ogrzewało mu lewą stronę twarzy, kiedy wpatrywał się w starca, siedzącego na drewnianym klocku. Wydawał się mały i kruchy, a kiedy migotliwy blask oświetlał mu twarz, padało na nią tysiące cieni.
- Gdzie właściwie znajduje się to tutaj?- zapytał Ethan, nim ktokolwiek zdążyłby naruszyć cienką linię łączącą jego spojrzenie z twarzą Orena. Chciałby mieć moc, która pozwoliłaby mu wejść do umysłu starca, by sam mógł poznać bezmiar wiedzy w niej drzemiący.
- Nie powiedziałem wam, gdzie jesteście? Wybaczcie nieuwagę staruszka. Witajcie w Mistyi, stolicy Anani. Jest rok 1354.
Ethan zdawał sobie sprawę, że skoro ten świat został stworzony w inny sposób, to nie można tej daty brać w sposób odpowiadający rachubie w ich świecie. Mimo wszystko, wydawało się, że jeżeli chodzi o rozwój cywilizacji, to ten świat właśnie był na etapie wieków średnich. Podejrzewał to już wcześniej, wystarczyło się przyjrzeć wyposażeniu ich pokoi lub strojom, w jakie zaopatrzył ich Oren. Dlatego na widok szoku malującego się na twarzach niektórych, miał ochotę parsknąć śmiechem.
- Który? – odezwał się z niedowierzaniem jeden z Latynosów.
 - 1354 - powtórzył Oren z niezmąconym spokojem, a zaraz potem potwierdził to, do czego Ethan już sam doszedł: - Można porównać te czasy do waszego średniowiecza, dlatego dostaliście nowe stroje, będziecie też potrzebować nowej mentalności, chociaż o nią będzie trudniej. Nie spodziewajcie się tutaj tych wszystkich wynalazków, do których przywykliście w waszym świecie. Musicie się do tego przyzwyczaić.
Chyba był jedyną osobą, na której te informacje nie zrobiły wielkiego wrażenia.
- Średniowiecze?! Nie jestem stworzona do życia w Średniowieczu. Jest jakiś powód, dla którego urodziłam się w XX wieku- powiedziała opryskliwa blondynka, a chwilę później zawtórowała jej Julie.
- Aż dziwne, ale pierwszy raz się zgadzam z Roisin.
- Nie przesadzaj Roisin- po raz pierwszy głos zabrał młody blondyn z Francji. O ile Ethan dobrze pamiętał, to jego imię zaczynało się na M. Albo W. W każdym razie czymś z dwoma ramionami.- Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jak się tutaj odnaleźć, więc nie jesteś jedyna.
- Jak to jesteśmy w średniowieczu? Przecież to niemożliwe- zawtórowała z niedowierzaniem czerwono włosa kobieta. Ją jedną Ethan mógł zrozumieć, gdyż już w Mestii zauważył, z jakim napięciem oczekiwała na wiadomości telefoniczne z domu. Przypuszczał, że w grę wchodziło małe dziecko. Cóż tutaj nie mogła liczyć na zasięg.
Dla reszty swoich towarzyszy nie miał najmniejszej dawki pobłażliwości. Uważał ich za w dużej mierze krótkowzrocznych. Przed chwilą Oren opowiedział im o równoległym świecie, w którym jest jednym z bóstw, będących w posiadaniu mocy sprowadzenia kogoś z innego świata. Oni sami wyposażeni są w moc, będącą spuścizną po innym bóstwie. Czy to właśnie nie te fakty powinny szokować? A nie brak bieżącej wody czy laptopa? Ethan westchnął, bo albo on był już tak bardzo nienowoczesny, albo z młodym pokoleniem było coś nie tak. Czy tylko on dostrzegł, że tak wiele wysiłku nie mogło zostać włożonego na marne? Już miał zadać pytanie, gdy uprzedził go Oren, a Rouge zaczął się zastanawiać czy starzec nie odziedziczył po swoim boskim ojcu mocy czytania w myślach.
- Jest powód, dla którego trafiliście tutaj. Wspominałem o misji, prawda? Po śmierci Nityi wrócił Karainel. Świat pochłonęło zło, którego nie jesteście w stanie sobie wyobrazić. Nie chodzi tylko o ludzką naturę, chociaż i ona daje się we znaki. Ludzie słabych charakterów zostali opanowaniu przez mrok tkwiący w ich duszy. W Anani, a niedługo w całym znanym nam świecie ludzie zaczną mordować, grabić i gwałcić, ku uciesze Karainela. Jednak wisi nad nami także i większa groźba. Sanaya wyposażyła swego potomka w potężną moc, zaklętą w siedem czarnych kryształów. Każdy z nich odzwierciedla grzech. Karainel chce zjednoczyć posiadaczy kryształów grzechów, a musicie wiedzieć, że razem są niepokonani. Kiedy ta misja mu się powiedzie na świecie nie będzie już nic dobrego. Niech każdy z was pomyśli o tym, co kocha, co wydaje mu się piękne, a potem niech wyobrazi sobie, że nie tylko to wszystko przestaje istnieć, ale i wszelkie plany i marzenia obracają się w niwecz. Widzicie to? Taki los czeka nasze światy, jeżeli nie wypełnicie swej misji: jeżeli nie odnajdziecie posiadaczy kryształów grzechu i ich nie zniszczycie. Nie oszukujcie się jednak. Oni także chcą zwyciężyć w tej walce.
Wokół niego wybuchło gniazdo os, bzyczących owadów, niedających się uspokoić, a w dodatku niezmiernie drażniących. On jednak niewiele z tego słyszał: dochodziły do niego tylko pojedyncze słowa o pytaniu o zgodę, kolejne narzekanie na bieżącą wodę. Miał ochotę krzyknąć: „Ludzie, naprawdę?!” Nie musiał długo wyobrażać sobie wizji, którą Oren starał się przed nimi namalować. Dla niego świat skończył się dawno temu, a wszystko pochłonęła ciemność. Już przeżył swój osobisty koniec świata, a ta część jego, która zachowała w sobie okruchy altruizmu nie chciała takiego losu dla rzeszy niewinnych ludzi, którzy byliby zmuszeni przeżyć to, co on. Niepokoił go jeszcze jeden fakt. Skoro posiadają swoje własne alter ego w postaci posiadaczy kryształów grzechów, to skąd pewność, że będą w stanie w ogóle się z nimi zmierzyć. Niebezpieczna myśl stukała tylnym wejściem do jego umysłu: on sam o wiele lepiej czułby się, jako posiadacz kryształu grzechu. W końcu miał doświadczenie w przynoszeniu cierpienia i niedoli, czego nie można było powiedzieć o ratowaniu kogokolwiek. Wydawało mu się, że utyskiwania jego, pożal się boże, kompanów ucichły, więc wsłuchał się ponownie w spokojny ton Orena. Co, jak co, ale musiał mu przyznać anielską cierpliwość.
 -Zostaliście wybrani z konkretnego powodu, ale masz rację, w tym momencie nikt nie będzie pytał was o zdanie.
Słowa wypowiedział chłodno, a kierował je głównie w stronę blondynki. Widać nie tylko Ethanowi ta dziewczyna działała na nerwy.
- A ja już myślałam, że te stroje to wystarczający żart, a tu no proszę- zostaliśmy uwięzieni w jakimś średniowieczu, by pomóc ludziom, których nie znamy? Ktoś musiał już z góry założyć, że się nie zgodzimy. Chyba nawet wiem kto - burknęła wściekle Julie, spoglądając sugestywnie na staruszka, wywołując w Ethanie chęć mordu. Z jakiegoś powodu wolałby, żeby jednak bardziej się przejęła losem kogokolwiek poza własnym. Nie umknęło jednak jego uwadze, że podczas mówienia wydęła usta, w taki sposób, że zmarszczka pomiędzy brwiami Rouge wygładziła się w okamgnieniu.
- Możemy tu utknąć na zawsze... - szepnęła nieprzytomnie Sefi, a jej logiczną wypowiedź podłapała czerwono włosa:
- Nie możemy wrócić do domu? Ile to wszystko potrwa?
Ethan przez sekundę zastanawiał się, czy tylko on słuchał gadaniny starca, czy naprawdę to wszystko jest tak im obojętne. Dla niego wreszcie nastąpiło pełne rozwiązanie. Wreszcie znalazł jasny cel wszystkiego, co do tej pory go spotkało. Nie miał pojęcia, w jakich okolicznościach i okazjach reszta tych ludzi odnalazła swoje kryształy, ale dla niego był to punkt kulminacyjny, jego być albo nie być, więc może, dlatego odczuwał opowiedzianą przez Orena historię, jako swoją własną. Czuł, chociaż nie zawsze był tego świadomy, że nastąpi moment, kiedy będzie musiał wreszcie zrobić coś nie tylko dla siebie, ale dla innych. Że zaciągnięty dług mocy, da o sobie znać i zażąda spłaty. Ponadto nie miał, do czego wracać. W ogóle miał wrażenie, że powrót nie jest wliczony w cenę jego biletu. I nie czuł się z tym źle.
- Jeżeli w ogóle myślicie o powrocie, o wszystkim tym, co drogie waszemu sercu, to musicie wykonać zadanie, które wam powierzył los. Jeśli tak się nie stanie, obawiam się, że nie będziecie mieli, do czego i kogo wracać. Na razie jednak nie smućcie się. Chciałbym bliżej poznać spadkobierców dziedzictwa Nityi, a także wasze moce. – zachęcił staruszek, uśmiechając się lekko do wszystkich.  Kiedy jego spojrzenie padło na Ethana, mężczyzna zdawał sobie sprawę, że wyraz jego twarzy jest daleki od zachwytu. Właściwie bardziej przypomina grymas, który towarzyszy wizycie u dentysty czy innej, jakże przyjemnej rzeczy.
- No więc, może ja zacznę –powiedział młody chłopak, który przybył z siostrą i ufarbowaną na krwistą czerwień kobietą. Jego siostra zachichotała, chociaż Ethan nie miał bladego pojęcia, z jakiego powodu. Nadal był zdezorientowany sytuacją i zły na swoich pseudo towarzyszy za reakcję rodem z przedszkola, w którym na deser nie podaje się lodów. Zwykle też nie miał aż takich wahań nastrojów, by tak szybko przechodzić od obowiązku, do czegoś, co w mniemaniu Orena ma być zabawą. - Nazywam się Matheo i pochodzę z pewnego malowniczego, nadmorskiego miasta we Francji. A to jak znalazłem kryształ, cóż, właściwie to nie ja go znalazłem, tylko mój pies. Bella wskoczyła mi na kolana, ja złapałem za kryształ, chciałem go wyciągnąć i, gdy tylko go dotknąłem, zobaczyłem jasne światło, a później zemdlałem.
- Tak, obudziłeś się na podłodze i nie wiedziałeś, co się dzieje - wtrąciła się młoda dziewczyna bardzo dziecięcym głosikiem i Ethan podobnie jak w Mestii zadał sobie pytanie, co za idiota wypuszcza dwoje dzieci w taką podróż. - Napędziłeś mi wtedy niezłego strachu.
- Tak. Mój żywioł to ziemia, no a wy, jak dostaliście kryształ?
Mówił o tym tak, jakby losowano różnokolorowe majtki i każdy z nich dostał inną parę. Ja mam czerwone, a ty zielone, chociaż wolałbym pomarańczowe. Ethan nie mógł pozbyć się sprzed oczu obrazu zagłady ziemi, rodem z Armagedonu, czy innego hollywoodzkiego przeboju. W uszach mu dzwoniło, a dźwięk srebrnych dzwoneczków układał się w piękną piosenkę o słowach: wszyscy umrzemy, wszyscy zginiemy, wszyscy umrzemy….
- Ja natomiast znalazłam kryształ w dość dziwny sposób - zaczęła kobieta o fryzurze przypominającej bliskie spotkanie z puszką farby, którą w Szkocji malowano stodoły, by nabrały głębokiego czerwonego koloru. - Przed sklepem napadł mnie mężczyzna, któremu ów kryształ służył, jako kolczyk. W obronie wyrwałam mu go w brutalny sposób. A potem go dotknęłam... I stało się to, co się stało.
- Dwa lata temu, gorące Peru, słoneczny dzień, plaża, wiatr we włosach... – odezwał się Latynos. Chłopak mocował się z paskiem zegarka, a gdy ten wreszcie ustąpił, dzieciak uniósł dłoń, pokazując im wewnętrzną stronę swojego nadgarstka. W maleńkim krysztale tańczyły języki ognia. - W piasku to maleństwo. Przeczepiło się do mnie i od tamtej pory niestraszne mi odwodnienie.
Postanowił zabrać głos po wesołym Latynosie. Jego suchy, oficjalny ton, kontrastował z radosnym trelem przedmówcy tak bardzo, że ucierpiały nawet jego własne uszy.
- Kryształ odnalazł mnie już ponad dziesięć lat temu w Szkocji podczas nurkowania- uśmiechnął się na to wspomnienie i na to, ile miało ono wspólnego z nurkowaniem. Zresztą tylko idiota uwierzyłby, że ktoś nurkuje w Szkocji, ale na jego słuchaczach nie zrobiło to wrażenia. - Potrafię zmienić swoje ciało, tak by wyglądać jak ktoś, kogo widziałem przynajmniej raz w życiu.
- Wspaniale- powiedział staruszek, kiedy Ethan zamilkł i nic nie wskazywało na to, że zamierza cokolwiek dodać. - Mamy więc żywioł ziemi, żywioł energii, a także żywioł wody i ciała- patrzył na nich kolejno. Żywioł ciała, pomyślał Ethan i zaraz później zaczął się zastanawiać czy ciało w ogóle może zostać określone, jako żywioł. - Gdzieś wśród was są jeszcze posiadacze kryształów ognia, wiatru i umysłu...
Burcząca na wszystko blondynka odgarnęła pretensjonalnym ruchem swoje włosy. Ethan domyślił się, że za uchem tkwi kryształ, chociaż z jego perspektywy mógł obserwować tylko i wyłącznie profil dziewczyny i jej lekko zmarszczone czoło. Wydawało się, że to jej stała mina.
– Pamiątka ze straganu w Irlandii. A co do mojego żywiołu –rozpostarła lekko dłonie, a języki ognia z ogniska zaczęły sunąć w kierunku blondyna z Francji. – To dzięki niemu możemy sobie tak miło pogawędzić i usmażyć marshmallows.
- Oznacza to mniej więcej tyle, że wszyscy, którzy nie są superbohaterami powinni nosić przy sobie gaśnice – dodał towarzysz blondynki, który w Gruzji sprawił, że Ethan zdefiniował go, jako zniewieściałego. Teraz do wyglądu zewnętrznego dołączył głos i mężczyzna nie zmieniłby swojej opinii o nim nawet o jotę.  
Pozostały już tylko dwa żywioły. Wiatr i umysł. Wiedział, że jednym z nich włada Sefi, ale ta nie wyglądała na taką, co miałaby zabrać głos, więc przez kilka sekund słychać było tylko trzaskanie pękającego pod wpływem temperatury drewna.
- Raczej nie miałam okazji jeszcze z nikim dłużej rozmawiać, więc tak na początek nazywam się Leah- głos zabrała brunetka, siedząca obok bliźniaczek. Przybyła, jako ostatnia i to dzięki temu, że przekroczyła linię miasta Oren mógł ich przenieść. - Kryształ znalazłam prawie rok temu i żywioł, jakim władam to umysł. Jeszcze do końca nie wiem jak działa, ale mogę z pewnością kierować waszym ciałem poprzez myśli. I to chyba tyle. To jest moja przyjaciółka, Marlene – wskazała na kolejną blondynkę siedzącą obok niej. - Dzięki niej pojawiłam się tu tak szybko.
Pozostała już tylko jedna osoba i widząc jak siostra Julie walczy z zawstydzeniem dusza Ethana podzieliła się na dwie antagonistyczne części: jedna z nich chciała siłą wyciągnąć Sefi na środek okręgu i krzyknąć na nią, a druga współczuła jej z całego serca.
- Ja... Jestem Josefina i...
- Sefi! - wtrąciła się Julie, wcale nie poprawiając siostrze samopoczucia.
- No tak, Sefi. Znalazłyśmy kryształ pięć lat temu podczas spaceru w lesie. Właściwie to Julie go znalazła...
Popatrzyła bezradnie na siostrę, a Julie dokończyła za nią:
- I od tego czasu Sefi puszcza wiatry - dopowiedziała, a kilka osób uśmiechnęło się lub parsknęło. - Nie o to mi chodziło. Od tamtego czasu wysyła wiatry we wszystkie strony świata, więc żadne tornado nam nie grozi.
- Miło mi was wszystkich poznać i jeszcze raz przywitać w Mistyi - powiedział staruszek głębokim, tajemniczym głosem. - Powinniście się wszyscy dobrze poznać, bo czeka was niezwykła, lecz trudna przygoda. Będziecie potrzebować waszego wsparcia i zaufania.
Ethan patrzył na niego, jak powraca spokojnie do puszczania kółek z dymu. W jego fajce raz po raz widać było rozgrzany żar, który oświetlał mu dolną część twarzy. I chociaż wokół nich ponownie rozgorzały rozmowy, to żaden nie zwracał na to uwagi. Blondyn oddałby wiele, by móc, choć w niewielkim fragmencie odgadnąć myśli starca. On sam wolał nie zastanawiać się nad swoimi odczuciami. Nie był to pozytywny obraz, a słowa Orena o wsparciu i zaufaniu tylko pogorszyły sytuację. Nie potrafił sobie tego wyobrazić. Wydawało mu się, że widzi olbrzymią czarną dziurę, nad którą stado myszy próbuje wybudować most.
Otrząsnął się z zamyślenia i rozejrzał wkoło. Odnalazł wzrokiem postać Julie, która rozmawiała w najlepsze z którymś z Latynosów. Na jej twarzy malował się wielki uśmiech, który obejmował całą jej postać, nie ograniczając się tylko do oczu. Wydawało się, że z jej postawy, rąk, które żywo gestykulowały podczas rozmowy, wylewają się fale radości. Nie potrafił tego zrozumieć, ale patrząc na nią zdał sobie sprawę, że chętnie poczułby to samo. Chętnie oddałby swoje czarne myśli komuś, kto nimi pokieruje, a sam zatopiłby się w cieple ogłupiającej wesołości z powodu poznania tylu, być może, wspaniałych ludzi.

czwartek, 8 listopada 2012

03. Koniec podróży

 Dla całej serii. I dla każdego z osobna. Wiem, że to nie najlepsze co może być, ale mam nadzieję, że choć troszkę wam się spodoba i jakoś Was oderwie od szarej rzeczywistości.


Przez­nacze­nie to nie wy­roki opat­rzności, to nie zwo­je za­pisa­ne ręką de­miur­ga, to nie fa­talizm. Przez­nacze­nie to nadzieja.  
A. Sapkowski 



Mestia była pięknym miastem, ale jednocześnie wydawała się Ethanowi strasznie melancholijna i opuszczona. Nie chodziło bynajmniej o gęstość zaludnienia, ale o wrażenie, jakie sprawia mała mieścina tuląca się do okalających ją zboczy gór. Droga była tak wąska, że mieścił się na niej tylko jeden samochód, kiedy nadjeżdżało coś z naprzeciwka, Ethan zjeżdżał na pobocze tak bardzo jak tylko było to możliwe. Zauważył jednak, że na tych, którzy go mijali nie robiło większego wrażenia, że jezdnia wydaje się biec stokiem i po jego prawej rozciąga się kilkudziesięciometrowa przepaść, na dnie której wesoło szemrze rzeka. Jemu samemu, chociaż jak każdy dumny kierowca nie lubił się do tego przyznawać, włoski jeżyły się na karku. Pocieszał się tylko tym, że znajduje się we wnętrzu wielkiego samochodu, który nie da się tak łatwo nawet kilku koziołkom w dół jaru.
Mimo wszystko Ethanowi się tutaj podobało. Żałował w pewnym momencie, że to nie Gruzja była jego miejscem zamieszkania przez ostatnich kilka lat. Kiedy wjeżdżał do miasta zachwycił go krajobraz, który roztaczał się przed jego oczami. Pierwszy raz w życiu zachwycił się tak bardzo, że aż zabrakło mu tchu. Zatrzymał samochód i wyłączył silnik.  Widoczność była idealna. Dokładnie widział rysujące się na nieboskłonie szpice szczytów Wysokiego Kaukazu, które błyszczały w słońcu ośnieżone i niebieskawe. Na ich tle zieleń niższych wzgórz wydawała się intensywna tak bardzo, że patrzenie na nią sprawiało fizyczny wręcz ból. Na łagodnych trawiastych zboczach pasły się owce i rogacizna, odznaczająca się wyraźnymi punktami. Gdzieniegdzie majaczyły połacie pól, wyraźnie odcinające się żółcią rzepaku od sąsiednich pastwisk. Na wzniesieniu tuż obok niego stała wieża, która niczym nie przypominała współczesnych budowli. Przeciwnie. Patrząc na nią miało się wrażenie, że czas zatoczył koło i oto jesteśmy w jakimś średniowiecznym miasteczku. Budowla stała niczym strażnik tuż przy wjeździe do miasta, patrząc na przybyszy pustymi oczodołami otworów strzelniczych.
Nie wiedział dokładnie ile czasu spędził chłonąc widok, ale musiało się to wydać niepokojące, gdyż tuż obok jeepa zatrzymał pickup. Szyba odsunęła się, ukazując twarz ogorzałego Gruzina, parzącego na Ethana ciemnymi, błyszczącymi oczami, kryjącymi się w cieniu krzaczastych brwi. Uśmiechnął się i zadał Ethanowi pytanie. Mężczyzna domyślił się, o co chodzi, odwzajemnił więc uśmiech, potrząsnął przecząco głową i uniósł do góry kciuk w międzynarodowym geście mówienia, że wszystko ma się w jak najlepszym porządku. Gruzin tylko kiwnął głową, zerknął na widok, który roztaczał się przed zaparkowanymi obok siebie samochodami i ponowił gest, jakby chciał dodać, że rozumie, o co chodzi.
Kiedy Ethan wjeżdżał do miasteczka poczucie, że oto znalazł się w innym świecie raz po raz mieszało się ze skrzywieniem na widok nowoczesnych budynków, które swoją innowacyjnością złożoną ze szkła i metalu narosły na historycznych częściach miasteczka niczym ropiejące czyraki. Mestię zbudowano z kamienia: piaskowca i jakichś szarych głazów, które kojarzyły się Ethanowi jedynie z bajkowymi przedstawieniami zamków. Od razu widać było odciśnięty na piaskowcu ząb czasu, który jednak nie był tak okrutny w dolinie, osłoniętej zewsząd górami, gdzie wicher nie wydawał się być tak groźny.
Zatrzymał się przed jednym z takich budynków, który, jak głosił drewniany szyld, okazał się być Pensjonatem u Rozy. Wysiadł z samochodu, trzymając w dłoni torbę podróżną, niewielką, a jednak mieszczącą znaczną część jego dobytku. Odetchnął powietrzem, w którym mieszał się ciepły zapach siana i pastwisk z ostrą wonią przywodzącą na myśl zimę, płynącą gdzieś znad ośnieżonych szczytów. Ta specyficzna woń opatulonej w ciepłą kołdrę zimy coś mu przypominała. Nie musiał się długo zastanawiać co takiego. To właśnie był zapach domu, dzieciństwa i bezpiecznej przystani, do której się powraca ze wzburzonego rejsu po niebezpiecznych odmętach losu, rządzącego życiem.



Od kilku dni czas spędzał na podziwianiu Mestii. Wychodząc rano w góry pozostawał sam na sam ze swoimi myślami, które wciąż krążyły po zakamarkach jego pamięci, powracając do wydarzeń z przeszłości. I chociaż myśli o Phoebe zaczęły stawać się coraz bardziej optymistyczne i wdzięczne, gdyż miał nadzieję, że nastolatka znajduje się już pod bezpiecznymi skrzydłami Yvonne, to coraz częściej myślał o tym, co spotkało go dziesięć lat temu. Dawniej wydawało mu się, ze była to katastrofa porównywalna z Hiroszimą, teraz natomiast coraz częściej zastanawiał się nad tym, co by było gdyby do niej nie doszło. Na pewno nie byłoby go teraz tutaj. Miał silne przeczucie, że to wszystko, co mu się przydarzyło w ciągu tych trzydziestu siedmiu lat miało związek z kryształem i z tym, że powinien odnaleźć właśnie to miejsce.
Dlatego też z takim zaciekawieniem spoglądał na każde wzgórze, potem na każde pastwisko, aż w końcu pędził czas na oglądaniu każdego kamyka i źdźbła trawy. Im dłużej musiał czekać, tym większe wątpliwości go ogarniały. Z misternie utkanej sieci powiązań przeznaczenia i losu, pozostały jedynie strzępy pajęczej nici. Głos w jego głowie ucichł i zapadła nieznośna cisza, którą Ethan chciał rozumieć, jako ciszę przed burzą. Jednak im dużej burza nie nadchodziła, tym bardziej stawał się zmęczony i rozdrażniony. Dodatkowo do tego wszystkiego dochodziło poczucie beznadziejności: miał jasno wyznaczony cel- dotrzeć do Mestii. Teraz, kiedy się tutaj znalazł zupełnie nie wiedział, co ma ze sobą począć.
Odkąd tutaj przybył powracaj wciąż do jednego miejsca, jakby ciągnęła go tam niewidzialna siła, przypominająca grawitację. Dokąd się nie udał, to i tak „spadał” wciąż pod stopy wieży, którą on sam nazywał w myślach Strażnikiem. Znajdowała się ona na wzniesieniu, które szerzącym, srebrnym strumieniem opływała rwąca rzeka. Woda, odbijając promienie słońca na spienionym nurcie wiła się wśród zieleni, aż niknęła gdzieś za murami Mestii. Nie był w tym miejscu sam. Codziennie przychodziło tutaj mnóstwo osób, w końcu wieże były wizytówką tego miejsca. Jednak Ethan od kilku dni miał wrażenie, ze nie wszystkie twarze turystów się zmieniają. Ciągle przed oczami miał czworo przybyszy, którzy podobnie jak on trwonili godziny u stóp wieży. Dwie bliźniaczki, chłopak i jeszcze inna dziewczyna. Wyróżniali się z tłumu miejscowych Gruzinów, ale wśród przybyszy nieraz znikali mu z oczu. Mógłby jednak przysiąc, że są tutaj od samego początku, a nawet trochę dłużej niż on.  I chociaż głos nadal uparcie milczał, to powróciły przeczucie. Już nie czuł tak wielkiej beznadziejności. Patrzył tę czwórkę i wiedział, że to nie przypadek, że znaleźli się w tym samym miejscu co on. Nie miał jednak ani chęci, ani potrzeby rozmawiania z nimi, choć postanowił nie spuszczać z nich oka.
Po niemal tygodniu przyglądania się im mógł z łatwością powiedzieć, kto jest kim w tym ich dziwnym bądź, co bądź „związku”. Jedna z bliźniaczek i ta druga dziewczyna silnie ze sobą rywalizowały praktycznie o wszystko. Nieraz na twarzy Ethana wykwitał uśmiech zażenowania, kiedy mimowolnie usłyszał wymianę zdań pomiędzy dziewczętami. Druga bliźniaczka była raczej cicha i stonowana, łatwo się wycofywała. Chłopak był młody i, gdyby ktoś zapytał Ethana o zdanie, to powiedziałby, że zbyt dziewczęcy. Wręcz ginął wśród tych trzech niewiast, także miało się do czynienia z zupełnie sfeminizowanym towarzystwem, którego średnią wieku wyznaczała liczba niebezpiecznie oscylująca wokół dwóch dziesiątek.
Pewnego dnia stanął niedaleko grupki, która rozsiadła się na fragmentach wieży, która niegdyś musiała stać w tym miejscu. Czuł się w tym miejscu niemal tak spokojnie, jakby właśnie powrócił do ukochanego domu, którego miejsca tak naprawdę nie potrafił zlokalizować. Miał przeczucie, że coś się stanie. Zapatrzył się przed siebie, a po chwili dostrzegł ruch: to jedna z bliźniaczek wstała i otrzepała spódniczkę, po czym zaczęła iść w jego stronę. Serce niemal podskoczyło mu do gardła. Nie wiedział czy była to kwestia zaskoczenia, przyzwyczaił się bowiem, że jest niemym obserwatorem, czy też tego, że dziewczyna była, bądź, co bądź, piękna.
Stanęła naprzeciwko niego, patrząc mu wyzywająco w twarz. Wiedział, że to TA bliźniaczka: ta o silnym charakterze, dominującym sposobie bycia.
- Cześć, jestem Julie- wyciągnęła do niego rękę, którą on delikatnie uścisnął. – Najwyraźniej jeszcze nie było dane nam się poznać.
Mówiła do niego perfekcyjną angielszczyzną, chociaż w jej akcencie dało się wyczuć obcość. Ethan obstawiał, że dziewczyna pochodzi ze Skandynawii. Przedstawił się i czekał na rozwój sytuacji. To ona wykazała się inicjatywą, chciał więc wiedzieć, dlaczego zdecydowała się przełamać barierę milczącej ignorancji, która oddzielała mężczyznę od grupy jej towarzyszy.
- Co cię tu sprowadza Ethanie?- dziewczyna uśmiechnęła się do niego, a jemu dreszcz przeszedł po plecach. Przez ułamek sekundy jego myśli biegły szaleńczo od jednej historyjki do następnej, byleby tylko wymyślić jakąś odpowiedź. Od udręki kłamstwa wybawiły go jej dalsze słowa, chociaż po nich mało nie opuścił go fason, który z taką zawziętością starał się utrzymać. – Jesteś posiadaczem kryształu, czy po prostu towarzyszyłeś komuś?
Odgarnęła niedbałym ruchem kosmyk opadający jej na czoło, jakby właśnie zapytała go o to czy uważa, że jutro będzie padał deszcz. Jej spokojny ton głosu mało nie zwalił go z nóg. I chociaż podejrzewał, że tą czwórkę coś z nim łączy to nie podejrzewał nawet, że z taką swobodą można mówić o krysztale, który tkwił wewnątrz jego tęczówki. Nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że może ich być więcej, a co za tym idzie, że istnieją ludzie tacy jak on. Zawsze miał przeczucie, że jest jedyny w swoim rodzaju. Spojrzał na blondynkę z zaciekawieniem. Dopiero teraz zauważył takie detale jej urody jak to, że miała intensywnie niebieskie oczy o kształcie migdałów, które pomimo swojej jasnej oprawy niosły ze sobą siłę, której nie spodziewałby się po tej filigranowej dziewczynce. I chociaż miała twarz anioła, który stąpił na ziemski padół, to w tej twarzy tkwiło coś, co sprawiało, ze miało się wrażenie, iż ten anioł w każdej chwili może przemienić się w niebezpieczną czarodziejkę, która osiągnie wszystko to, o czym zapragnie nie bacząc nawet na konsekwencję swoich czynów.
Z rozmyślań wyzwolił go jego własny, trochę niedbały głos, mówiący:
- Najwyraźniej posiadaczem- wskazał na swoje nieruchome lewe oko. Wiedział, że patrząc na niego jej towarzysze nie mogli mieć złudzenia, że „jest jednym z nich”. Tym bardziej dziwił go fakt ich ignorancji w stosunku do swojej osoby. Gdyby oni nosili tak widoczne oznaki swojego „dziedzictwa” na pewno nie trwoniłby czasu na bierne przyglądanie się im. - A jak jest z tobą? I twoją siostrą?
Kiwnął głową w kierunku siostry Julie. Wiedział, że ich obserwuje, a teraz zapewne pomyśli, że to właśnie o niej rozmawiają. Miał nadzieję, że choć trochę wzbudzi tym jej ciekawość. Wstyd mu było przyznać to przed samym sobą, ale czuł się urażony ich ignorancją. Jednocześnie stwierdził, że taki brak działania jest zupełnie nieodpowiedzialny. Posiadają moc, która została im dana z jakiegoś powodu. Według niego powinni trzymać się wszyscy razem… Być może jest ich jeszcze więcej.
Jego myśli galopowały w zastraszającym tempie. Zauważył tylko, że usta dziewczyny stojącej przed nim poruszają się. Nim skupił się na wypowiadanych przez nią słowach do jego uszu dotarło tylko pytanie o jego moc. Najwyraźniej wśród tych, którzy ją otaczają są ludzie o różnych mocach. Wyobraził to sobie. Grupa ludzi z kryształami, obdarzonych różną siłą, niezwykłą i potężną. Na krótką chwilę ogarnęło go uczucie wszechmocy, siły i pewności siebie, jednak zaraz potem trzeźwe spojrzenie na sytuację sprowadziło go z powrotem na ziemię. Ktoś nie na darmo wezwał ich tutaj. Być może nawet owy ktoś sprawił, że odnaleźli kryształy, albo kryształy odnalazły ich. Wydawało mu się, że sprawa przybierze poważniejszy obrót niżby kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić. A on patrzył przed siebie i widział dzieciaki, które wybrały się w szaloną podróż. Widział licealistów i, być może studentów, nauczonych tego, że za pomocą iPhona można zrobić wszystko z każdego miejsca na ziemi.
Zamiast odpowiedzieć, zamknął na sekundę oczy z obrazem jej twarzy przyklejonym do powiek i już po chwili poczuł, że się zmienia. Na kilka chwil stał się nią, po czym powrócił do swojej postaci, by nikt z obecnych nie uchwycił jego przemiany. Gdy na powrót stał się sobą skarcił się w duchu za swoją głupotę: bliźniaczce nie zaimponuje swoją mocą. Idiota.
- Moja, jak to nazwałaś moc, nie jest dość dobra. To raczej sztuczka z jarmarku.
Zastanawiał się, kto z pozostałej trójki posiada kamień. Julie przyznała mimochodem, że tylko towarzyszy siostrze, kto w takim razie jest podobny do niego? I jaką siłą włada? Mnożące się pytania sprawiły, że miał mętlik w głowie.
Musiał opuścić chociaż na chwilę to miejsce. To przyciąganie, które sprawiało, ze chciał bywać w tym miejscu, przeszkadzało mu w myśleniu. Nie potrafił się skupić pod wyimaginowanymi spojrzeniami ludzi siedzących nieopodal. Spojrzał na dziewczynę, która uśmiechała się nadal do niego, pomimo tego, że już dawno stracił wątek przewodni ich rozmowy. Miała tak niebieskie oczy.  Zaproponował jej przejażdżkę. Zgodziła się.



Drogi były tu wąskie i kamieniste, ale jeep radził sobie z nimi wystarczająco dobrze, by mogli wjechać dostatecznie wysoko, by Mestia stała się jedynie kamiennym kręgiem pośród zieleni. Siedzieli na zboczu dość stromym by zapierał dech, usianym rozlicznymi głazami i wystającymi kawałkami skał. Dużo było tam półek skalnych na tyle szerokich, że cały autobus mógłby tam zaparkować. Otulało ich przyjemne majowe ciepło nawet w wyższych partiach gór.  
Zastanawiał się, co właściwie tutaj robi, z tą drobną blondynką, która usiadła na krawędzi i wpatrywała się raz po raz to w niego, to w widok, który zapierał dech w piersiach, a rozciągał się tuż przed ich oczyma. Los ich ze sobą zetknął, tak jak i z resztą tych ludzi, którzy pozostali tam, na dole. Nawet z takiej odległości widział wyraźnie Strażnika, samotną budowlę wśród traw, drzew i ruin.
Milczeli oboje. W gruncie rzeczy nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć dziewczynie, którą dopiero co poznał. Owszem, miał wiele pytań dotyczących kryształów, mocy i wszystkich tych dziwnych zagadek, ale chciał sam odkrywać każdy detal tej przygody. Mimo tego, że znalazł „towarzyszy” to czuł, że to jest jego misja, jego przeznaczenie, a oni są tylko dodatkowymi pionkami, których na chwilę obecną oceniał, jako przeszkadzających i nieproduktywnych.
- Widzę, że jesteś z tych ludzi, co grzeszą elokwencją- powiedziała blondynka, patrząc na niego. W jej głosie usłyszał śmiech.
Kiedyś w dawnym życiu wiedziałby, co owy śmiech oznacza. Teraz, kiedy utracił już wyczulenie na ludzi, umiejętność nawiązywania relacji, nie mógł rozsądzić, czy młoda kobieta śmieje się z niego, czy do niego.
- To nie ja podszedłem do ciebie, tylko ty do mnie. Więc z naszej dwójki to ty masz mi coś do powiedzenia- rzekł sucho, stwierdzając fakty. Zawsze tak się asekurował. Tak, albo zmieniając temat: - Ile ty w ogóle masz lat?
- Dżentelmen nie pyta o wiek kobiety. Ja mam wiele do powiedzenia, ale nie w tym momencie- ciągle się uśmiechała, a kiedy zamknęła oczy, jej twarz wyrażała błogi stan zupełnego spokoju. Zazdrościł jej tego.
- Kobiety, ale nie dziewczyny- powiedział, kiedy łypnęła na niego jednym z niebieskich oczu. Nie zdążył się ugryźć w język, nim powiedział: - Mam nadzieję, że wyrosłaś, chociaż z zabaw w dom i marzeń o księciu na białym koniu.
- Ty mnie chyba z kimś mylisz. Wybacz, ale to nie w moim stylu- odpowiedziała z dumą w głosie, jakby marzenie było czymś, co przyniosłoby ujmę na honorze. – A ja mam nadzieję, że nie jesteś aż tak stary, by się połamać przy minimalnym wysiłku.
Zadziorność w jej głosie sprawiła, że chcąc nie chcąc lekko się uśmiechnął. Przekomarzała się z nim dobrą chwilę, podczas której słońce powoli przesuwało się po nieboskłonie. Ethan pomyślał, że pewnie niedługo będą musieli wracać, chociaż nie miał bladego pojęcia, do czego miałby wracać. Mógłby tutaj pozostać na zawsze i wcale by tego nie żałował. Jeżeli czekają już tak długo na coś, co ma się nigdy nie wydarzyć, wolałby zaszyć się w jakiejś ciemnej grocie, niż stanąć twarzą w twarz z rozczarowaniem.
Julie rozłożyła się na trawie, a promienie słońca całowały jej skórę. Stopami przecinała powietrze w niestrudzonym wahadle nad przepaścią.
- Myślisz, że ile będziemy jeszcze czekać?- Odezwała się nagle, nawet nie otwierając oczu, a Ethan zaczął się zastanawiać czy przypadkiem go nie okłamała i czy jej mocą nie jest czytanie w myślach. – I czy w ogóle coś się wydarzy? Czy to będzie tylko niepotrzebna schadzka?
- Nie mam pojęcia- odrzekł zgodnie z prawdą. – Ale myślę, że już niedługo się wszystko wyjaśni.
To było tylko po części prawdą. W rzeczywistości nie myślał, a jedynie miał nadzieję. Dziewczyna powróciła do błogiej drzemki, zupełnie nie zważając na to, że ze stopy zsunął jej się but i spadł gdzieś w przepaść. Ethan podszedł do urwiska i zobaczył go, leżącego na niższej półce skalnej. Niewiele myśląc zszedł. W momencie, kiedy jego stopy dotknęły podłoża, z naprzeciwka wychynął rogaty łeb. Kozica popatrzyła na niego błyszczącymi oczami i niewiele sobie robiąc z jego obecności podeszła do obuwia. Poruszały się chrapy, a już po chwili kozica wesoło przeżuwała własność Julie. Ethan stał zszokowany, dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego to, co zobaczył. Roześmiał się i zawołał Julie, której głowa pojawiła się na tle nieba.
- Mam nadzieję, że nie byłaś do nich zbyt przywiązana- wskazał na zwierzę, które tylko zastrzygło uszami w reakcji na podniesiony głos.
Reakcja dziewczyny była lekka, jakby rzeczywiście niewiele uwagi przywiązywała do rzeczy materialnych. Rzuciła zwierzęciu drugiego buta do pary. Kozica zerwała się do biegu, widząc lecący w nią pocisk i w podskokach zniknęła za najbliższym wyłomem skalnym. Chwilę później można było dostrzec małą czarną plamkę kilkadziesiąt metrów dalej.
Wspinał się w górę, a słońce mocno świeciło mu w plecy, chyląc się ku horyzontowi. Wysiłek zawsze sprawiał mu niemałą przyjemność, tym bardziej, że tutaj mógł chłonąć wszystko, co miało związek z naturą i przyrodą: zapachy, dźwięki, a nawet dotyk ciepłych skał pod palcami. Po kilku chwilach poczuł zapach trawy i już siedział wygodnie obok dziewczyny, która przypatrywała mu się uważnie, z uśmiechem na ustach i palcami stóp łaskotanymi przez zielone źdźbła.
- Powiedz, tylko szczerze, gdybyś mogła zamienić się z siostrą miejscem, zrobiłabyś to?- Zapytał nagle. W gruncie rzeczy nie miał pojęcia, dlaczego. Po prostu patrząc na nią, tutaj w pobliżu Kaukazu Wysokiego, na samym krańcu świata, czuł się szczęśliwy. Podświadomie zaczął wątpić, że to stan permanentny. Miał przeczucie. Wystarczająco silne, by uśmiech spełzł z jego twarzy.
- Nie, nie nadaję się do tego- powiedziała, bez cienia uśmiechu. Usta zaciśnięte w prostą linię nadawały jej powagi. Wyglądała na o wiele starszą i dojrzalszą w tej chwili niż kiedykolwiek przedtem. – Jestem zbyt egoistyczna.
Przyglądał się jej z uwagą, ciesząc się z tego, że jej wzrok utkwiony jest gdzieś w oddali. Już od kilku dni, gdzieś na krawędzi świadomości krążyło mu pytanie, dlaczego właściwie się tutaj znalazł. Wierzył, że zostali do czegoś wybrani, ale kiedy porównywał się z dwojgiem pozostałych posiadaczy kamieni, nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie: co ON ma takiego w sobie, że jest tutaj. Czuł, wiedział na pewno, że posiadaczką kryształu jest nie tylko siostra Julie, ale także druga blondynka. Po prostu to wiedział. Nic go z tymi dziewczętami nie łączyło poza posiadaniem kryształu. Bliźniaczka wydawała się być aniołem wcielonym, ostoją spokoju i opanowania. Druga z dziewcząt była niezwykle pewna siebie, każdego swojego kroku, spontaniczna, ale w jej działaniu, niekiedy zdawać by się mogło, że chaotycznym, tkwiła metoda. A on?
- Czyli trzeba być idealnym by mieć moc.
Powiedział, to bardziej do siebie niż do niej, ale dziewczyna natychmiast odpowiedziała, jakby wypowiadała od dawna znane prawo.
- Nie. Chciałabym mieć moc, bardzo. Mogłabym ją egoistycznie wykorzystać do spełniania własnych marzeń, które niekoniecznie są dobre. Jednak to jest złe i wiem, że Sefi lepiej się do tego nadaje. Ona jest po prostu… Dobra. Może jest nadwrażliwa, strachliwa, altruistyczna i niedojrzała, ale na pewno nie wykorzysta źle tej mocy.
Nie mógł nie skrzywić się na jej słowa. Był zupełnym przeciwieństwem tej „odpowiedniej dla kryształu” Sefi, którą tak wychwalała Julie. Poczuł się tak jakby już zawiódł, chociaż w gruncie rzeczy nie wiedział ani kogo miałby zawieść, ani dlaczego. Nie było to jednak ważne. Spojrzał na siebie oczami tego wyimaginowanego mędrca, tego Ojca, który obdarzył ich mocami i ujrzał człowieka egoistycznego, nastawionego na zysk, który tyle dobra mógł uczynić, a chciał się tylko bogacić i uciekać. Mężczyznę, który opuścił najpierw swoją własną żonę, później Phoebe, a w międzyczasie kilku innych ludzi, tylko dlatego, że nie potrafił podjąć wyzwania, które stawiało mu życie. Jak on mógł w ogóle myśleć, że jest do czegoś przeznaczony. Do czegoś wielkiego, szlachetnego i pełnego nieskalanych niczym idei.
- Wracajmy już- rzekł w stronę dziewczyny, po czym wstał i podszedł do samochodu, zaparkowanego nieopodal. Nagle spokój tego miejsca zaczął działać mu na nerwy, kłócił się bowiem z tym, co działo się w jego umyśle i sercu.
Julie ani myślała ułatwiać mu sprawy. Nie pozwoliła na to, by zrobił jak zawsze, czyli po prostu uciekł przed światem i samym sobą. Oparła się na łokciu o dach samochodu i spojrzała mu prosto w oczy.
- Co ty sobie myślisz?
Odwzajemnił spojrzenie. Nie chciał by odgadła kiedykolwiek, jakim sam się sobie jawi. Wolał być dla niej gburem przypadkowo spotkanym, niż pomyłką i rozczarowaniem. Kolejny już raz.
- Myślę, że wszyscy jesteście bardzo dziecinni- powiedział i od razu złapał się tej myśli. Tak, to prawda. Oni są dziećmi, które nie wiedzą jak wygląda prawdziwe życie, prawdziwe cierpienie i nienawiść tak silna, że nie pozwala oddychać. Nie wiedzą jak bardzo ściśnięte jest gardło, gdy próbujesz wypowiedzieć słowa, które ranią. On to wszystko wie, dlatego jest tym, kim jest. Oni wszyscy mogą myśleć, że jest na świecie biel i czerń, wyraźnie oddzielona linią.
- Panie dorosły. Myślę, że jest pan bardziej dziecinny niż niektórzy z nas. Metryka to nie wszystko- stwierdziła tonem, który mówił, że ona wie najlepiej i żeby przestał smęcić. Pokręcił tylko głową, bojąc się, że jeżeli teraz się odezwie, to myśli zmienią się w potok słów, który rozbije się o skały wyobrażeń Julie o jego osobie.
Ruszyli, ale nie minęła chwila, a Julie majstrowała już przy radio, puszczając skoczne, gruzińskie melodie, kiwając głową, stopą i wszystkim, czym się dało w rytm muzyki. Patrzyła na niego i uśmiechała się, a im bardziej rosła jego irytacja, tym szerszy stawał się jej uśmiech. Robiła to specjalnie, widocznie czując, że jego dobry nastrój ulotnił się, zostawiając po sobie ziejącą jamę wszystkiego, co najgorsze.
- Zdajesz sobie sprawę, że jesteś okropna?- zapytał, kiedy zaparkował pod jej pensjonatem. Odpowiedziało mu tylko spojrzenie niebieskich oczu i uśmiech, tak wiele mówiący o jego właścicielce. Oczywiście, że wiedziała. I nie chciała się zmieniać. Była pewna siebie, świadoma swoich cech, umiejętności i fizjonomii. Wiedziała, że może wszystko. I chociaż sprawiała, że jego umysł gnał za białym królikiem, a na czole pojawiała się zmarszczka irytacji, to podobała mu się. Pociągała go każdym ruchem, słowem i gestem. I tutaj mógł się z nią zgodzić: w niektórych przypadkach metryka nie miała znaczenia.



Spędził w Mestii łącznie trzy tygodnie, obserwując jak ich grupa rozrasta się do niebotycznych, jak dla niego, rozmiarów. Nie wierzył własnym oczom, ale coraz to nowe postacie pojawiały się w jego ulubionym miejscu i przesiadywały tam nieprzyzwoite ilości czasu. Nie znał osobiście nikogo, zawsze trzymał się na uboczu. Zaobserwował, że reszta przybyszy także przebywa w grupach kilkuosobowych, łypiąc z podejrzliwością lub ciekawością na całą resztę.
Pierwszymi, którzy poszerzyli ich grono była trójka złożona z dziewczynki w wieku szkolnym, jej brata, co było widoczne gołym okiem oraz kobiety o miłej aparycji. Ethan miał wiele czasu by przyglądnąć się dwójce, która najbardziej go interesowała. Czuł wobec nich to samo, co w stosunku do Sefi.  Chłopak, najwyżej siedemnastoletni, mógł zostać bożyszczem każdej nastolatki ze swoją gładką, jasną cerą i blond grzywką. Niezwykłą troską otaczał młodszą siostrę, a Ethan zachodził w głowę, jakim cudem takie dzieciaki zostały wypuszczone w tak długą podróż, o której świadczyła francuszczyzna, którą posługiwali się w rozmowach ze sobą. Kobieta, dwudziestokilkuletnia, miała spojrzenie zatroskane, aczkolwiek wesołe. Mógł o niej powiedzieć tylko tyle, że nie rozstawała się z telefonem. Musiała więc zostawić kogoś, na kim bardzo jej zależy.
Niedawno z wielkim przytupem na wzgórzu pojawiło się dwóch Latynosów, którzy wcale nie kryli się ze swoim zainteresowaniem wobec koczujących tutaj przedstawicieli różnych nacji. A szczególnie jeden z nich, ten, który przybył z kolejnym, szóstym już kryształem. Młodzi mężczyźni razem tworzyli duet, który można by uznać za współczesną wersję Flipa i Flapa. Posiadacz kryształu był pełny energii, uśmiechu i chęci życia, ale też nad wyraz nieokrzesany w mniemaniu Ethana. Drugi, który mu towarzyszył podczas podróży był spokojny i opanowany, wydawał się być o wiele dojrzalszym.
Sześć osób, sześć różnych osób połączonych w jakiś sposób przeznaczeniem, pomyślał Ethan, siedząc w pensjonacie u Rozy. Patrzył przed siebie, wprost w szybę, w której widział swoje odbicie. Twarz dojrzałego mężczyzny, dobiegającego czterdziestki. Nie pasował do tych młodych, pełnych zapału i witalności ludzi. Życie go zmęczyło. I chociaż twarz była przystojna, wyraźna, a oczy patrzyły bystro, on czuł się jak staruszek, który gna za czymś ulotnym, za cieniem młodości, tylko po to by u progu śmierci dostrzec, że ktoś perfidnie z niego zakpił obietnicami.
Wstał z mocnym postanowieniem powrotu do Darwin. Zakręciło mu się w głowie, a czarne plamy wykwitły przed jego oczami. Nie mógł opanować wrażenia, że jego ciało przestało do niego należeć, umysł miał czysty i jasny, ale nie mógł zapanować nad własnym ciałem. Nigdy, nawet kiedy przybierał postać innego człowieka, nie czuł się tak dziwnie. Zacisnął mocno powieki. Tylko to był w stanie zrobić, mając nadzieję, że dziwna niemoc zaraz minie. I rzeczywiście, już po chwili poczuł się lepiej, a ciepły wiatr niósł ze sobą ulgę.
Wiatr.
Ethan otworzył oczy, a z mroku wyłonił się obraz, który sprawił, że Ethan się uśmiechnął. Las. Gęsty mieszany las, o drzewach, których pnie mogłyby posłużyć, jako domy i mała chatka pośród nich.
Mężczyzna poczuł, że do szóstego kamienia dołączył siódmy. Było ich siedmioro. Rozejrzał się i zobaczył, że spośród wszystkich zszokowanych spojrzeń jedno odnalazł najszybciej. Spojrzenie niebieskich oczu. A więc pomimo tego, ze było ich siedmioro, to ta historia była przeznaczona nie tylko dla tych, których wybrały kamienie.  Ethan cieszył się, że wreszcie coś się stało. Czuł ekscytacje, podniecenie, wiedział, że nadeszła jego chwila. Jednocześnie jednak stwierdził, że po raz pierwszy w życiu nie może się odwrócić i po prostu odejść, uciec. Nie tyle nie miał dokąd, ale zdawał sobie sprawę, że wszystko, co wydarzyło się do tej pory w jego życiu było tylko punktem na drodze do kulminacji, która właśnie nastąpiła. Jego życiowe wyzwanie śmiało mu się prosto w twarz, a Ethan Rogue nie miał zamiaru odwracać wzroku.