wtorek, 20 sierpnia 2013

07. Kogo należy się bać

Kochane! Zgodnie z tym, co mówione powracam w sierpniu :) Jeśli czekałyście, choć tyci-tyci, to dziękuję. 
Notka bez dedykacji, a wiecie, co to znaczy, więc nie będę się już rozczulać nad jej jakością. 
Postaram się lepiej, muah :* 



Moim celem jest spełnianie nierealnych marzeń i snów, najwspanialszej rzeczywistości jaką możemy sobie wyobrazić.
R. Lauren




Właściwie od dawna nie czuł się tak swobodnie jak teraz. Zupełnie zapomniał jak to jest, kiedy ma się jasno wytyczony cel i żyje się z dnia na dzień, realizując punkty, które prowadzą do czegoś większego i znacznie ważniejszego. Na ziemiach należących do Orena czuł się jak u siebie w domu. Podobnie sprawa miała się z przylegającymi do polany akrami lasu.  Jak ognia unikał przebywania w niepozornej chacie, gdzie wciąż krążyło mnóstwo osób, a starzec obserwował każdego spod półprzymkniętych powiek, jak stary kocur, który nie bardzo wie, czy w ogóle warto ruszyć się by schwycić mysz. Po szokującym wejściu i gadce na temat tego, że są jedynymi osobami, mogącymi powstrzymać swoistą Apokalipsę, Oren wycofał się do cienia, pozostając zupełnie biernym. Inaczej rzecz miała się z Ethanem. Nie wiedział czy to słowa Orena pobudziły w nim nagłe poczucie odpowiedzialności i gotowość do podjęcia walki, czy też po prostu tkwiło to w nim od samego początku, ale właśnie znalazł swoje miejsce, we właściwym świecie i był gotów walczyć o rzeczywistość, do której został stworzony. Jakby całe życie czekał na tę polanę, na ten las, na ten świat, a teraz wreszcie mógł być sobą i u siebie. W domu.
W wierze, że odnalazł swoje miejsce w świecie, podtrzymywały go postępy, które czynił w jednej z najważniejszych sprawności, jakie musiał posiąść, by stać się pełnoprawnym członkiem niemal średniowiecznej rzeczywistości. Yori nie łoił mu już skóry za każdym razem, a mięśnie wreszcie przestały palić żywym ogniem po ćwiczeniach z chłopakiem. Walka stawała się bardziej wyrównana i, co dla Ethana stanowiło nie lada zaskoczenie, ciekawa i wciągająca. Nawet, kiedy Yori z Berg pełnił swoją służbę w mieście, Ethan nie przestawał ćwiczyć, a miecz, który ukradł wtedy w lesie stał się jego nieodłącznym atrybutem, jakby przyrósł mu na stałe do boku.
Podobnie było z karą klaczą. Pecado, do której starał się nie przywiązywać, stała się jego oczkiem w głowie. Obiecał sobie, że kiedy tylko będzie się czuł na tyle pewnie z bronią przy boku, to nie pytając Orena o zdanie, uda się do miasta. Klacz marniała w oczach. Potrzebowała owsa, a nie zeschniętych jabłek i trawy. Pomiędzy mężczyzną a zwierzęciem wytworzyła się nić porozumienia. Coraz częściej, dosiadając klaczy, nie dbał o to, by decydować o kierunku czy tempie jazdy. Pecado była piekielnie inteligentna, szybko zapamiętała najczęstsze szlaki, a przy tym samo patrzenie na fryza sprawiało przyjemność.
Zwykle celem przejażdżek była niewielka polana, a właściwie kawałek lasu, w którym drzewa ustąpiły miejsca krzewinkom i mchu.  Dzięki temu miejsce to było niemal zupełnie osłonięte od ciekawskich spojrzeń. Leżąc na miękkich, wilgotnych, zielonych poduszkach, można było patrzeć w niebo i zapomnieć o całym świecie, a cały świat mógł nigdy nie dojść tego, gdzie się zniknęło. To właśnie na tym skrawku ziemi Ethan poznawał tajniki władania białą bronią. I to właśnie tutaj Yori czekał na niego, siedząc z wyciągniętymi przed siebie nogami, przymkniętymi powiekami i źdźbłem trawy w ustach. Mężczyzna uśmiechnął się na ten widok. Chociaż dzieciak tak bardzo starał się sprostać wymaganiom stawianym mu przez świat, w którym się wychował i który traktował go, jak mężczyznę, to nic nie zmieniało faktu, że był zaledwie kilkunastoletnim chłopakiem, którego życie nie raz jeszcze zaskoczy.
- Nie boisz się Yori z Berg, że ktoś się podkradnie i zakończy się twoja idylla?- zapytał, zsiadając z Pecado, którą puścił zupełnym luzem. Nie przywiązywał jej. Nie poczuwał się do bycia panem, czy właścicielem.  
- Słyszałem cię z jakichś pięciuset łokci. Ta szkapa strasznie głośno stąpa- nie otworzył nawet oczu, ale kiwnął głową w kierunku karej klaczy.
- Pecado. A nie szkapa- mruknął Ethan, podchodząc do chłopaka i stając tak, by zasłonić mu wszystkie promienie słońca. Yori otworzył oczy i uśmiechnął się. Dla niego uśmiechnięta twarz stanowiła naturalny wyraz i reakcję na większość wydarzeń.  – Możemy zaczynać?


Oddychał ciężko, ale ani przez chwilę nie miał zamiaru poddać się zmęczeniu, chociaż wycisnął z siebie siódme poty. Yori wraz ze swoim uśmiechem był niemal niewzruszony, a chociaż pot spływał z niego strużkami, to nie dość, że chłopak ani razu nie poprosił o przerwę, to zmęczenie nie spowolniało jego ruchów. Aż do pewnego momentu, kiedy wyciągnięta z mieczem dłoń blondyna znieruchomiała na chwilę, stanowiąc łatwy cel dla ostrza Ethana. Miecz Yoriego upadł na ziemię, a na dłoni pojawiła się krwawa wstęga w miejscu, w którym srebrna klinga spotkała się z miękkim ciałem.
Młodzieniec nawet nie zwrócił na to uwagi, co jeszcze bardziej zdziwiło Ethana, do momentu, w którym podążył wzrokiem za spojrzeniem chłopaka, utkwionym gdzieś pomiędzy krzewinkami. Dokładnie w miejscu, w którym spomiędzy zielonych liści wyzierały szeroko otwarte niebieskie oczy, których blondwłosa właścicielka wpatrywała się z zaciekawieniem w każdy ruch. Yori podskoczył, jak oparzony, po czym podszedł do dziewczyny, kłaniając się i nosem niemal dotykając leśnej ściółki. Zdziwienie Julie pogłębiło się, czego wyrazem była wysoko uniesiona brew.
- Sama bogini Lelenay przechadza się po swoim królestwie- powiedział pochylony Yori, a Ethan w kilku susach znalazł się przy jego boku. – Czym możemy ci służyć, pani?
Szok, który przeżył Ethan na widok krwawej rany, przedłużył się z powodu Julie, a teraz trwał podsycany oratorską mową Yoriego. Wiedział, że chłopak ma coś, co w myślach nazywał średniowiecznym flow, ale nie miał pojęcia, że może to zostać przeniesione na rozmowę z kobietą, a tym bardziej obcą kobietą. Miał szczerą nadzieję, że nie wszyscy w tym świecie muszą posługiwać się tak wymyślnym językiem, by móc funkcjonować.
- Żadna bogini, żadna pani. Jestem Julie- wyciągnęła dłoń w kierunku Yoriego, jednocześnie posyłając słodki uśmiech w stronę Ethana. Starał się go odwzajemnić, chociaż w obecności Yoriego nawet uśmiechy nie miały sensu. Wszystko płonęło w naprzykrzającym się blasku młodego miejskiego strażnika. –Nie przeszkadzajcie sobie, ja tylko popatrzę.
Ethanowi pierwszy raz przyszło na myśl, że może powinien był podzielić się z Julie informacją, że chce się nauczyć walczyć, a co za tym idzie, żyć w tym nowym dla nich świecie. Niepokoiło go to, że dla tych dzieciaków było to coś jednorazowego, jakaś przygoda, która bądź, co bądź niedługo się skończy. Gdy teraz o tym myślał, to był przekonany o tym, że Julie będzie przede wszystkim zaskoczona tym, że podjął jakiekolwiek kroki, podczas gdy dla niego stanowiło to najprostszy sposób przystosowania się. Zawsze się przystosowywał. Teraz nie mogło być inaczej.  
Tymczasem Yori schwycił dłoń dziewczyny i musnął wargami jej wierzch. Ethan starał się nie skrzywić, bo dostrzegł, że Yori i Julie muszą być w podobnym wieku. Nagle poczuł się bardzo stary.
- Witaj, pani. Jestem Yori z Berg, należę do straży miasta Mistya, siedziby jaśnie panującego króla Daimona- przedstawiał się Yori, ciągnąc swoją tyradę zaszczytów. Nagle wskazał na Ethana: - A ten niezbyt przyjazny druh to Ethan. Pochodzi z daleka i nie włada naszą mową.
Było to dla mężczyzny kolejnym zaskoczeniem, tym razem bardzo zabawnym, ale za wszelką cenę starał się nie roześmiać, zainteresowany toczącą się rozmową. Był ciekaw, czego jeszcze się o sobie dowie.
- Cóż, więc porabiasz, Yori z Berg, w tak nieprzyjaznym towarzystwie?- Ethan podziwiał Julie za opanowanie. Zdradzały ją tylko wargi, lekko drgające od powstrzymywanego śmiechu.
- Ten jegomość poprosił mnie o przysługę. Wychowali go pokojowo nastawieni pasterze z wysokich górskich zboczy. Nie zna sztuki władania mieczem, dlatego pobiera lekcje u najznamienitszego ze znanych mu mistrzów fechtunku.
Yori oparł się nonszalancko o pień drzewa bardzo z siebie zadowolony. Natomiast Julie podeszła do chłopaka i ujęła jego krwawiącą dłoń. Zasłoniła sobie usta, jakby na chwilę odebrało jej mowę, a Ethan w duszy niemowy pogratulował dziewczynie umiejętności aktorskich.
- Ale ty krwawisz! Jak to możliwe, aby najznamienitszy z mistrzów fechtunku, mistrz wśród mistrzów, mógł tak ucierpieć?
Kokieteryjnie zamrugała rzęsami, a kąciki ust drgały coraz bardziej. Widać było, że za wszelką cenę powstrzymuje wybuch śmiechu. Yori musiał być naprawdę zauroczony, skoro tego nie dostrzegał.
- Bo nigdy nie rozpraszały go spacerujące po lesie boginie- powiedział, wzbudzając konsternacje w chłopaku, który spojrzał na niego z zaskoczeniem, jakby naprawdę był niemową i odzyskał głos. Ethan nie mógł się nie śmiać. – Julie przybyła do Anani ze mną- wyjaśnił, chociaż policzki Yoriego już zdążyły nabrać różowego koloru, jakby kłamstwo stanowiło ujmę na jego honorze, dodatkowo podkreśloną karmazynem.
- To nie mogłeś tak od razu- mruknął chłopak, a jego mina wskazywała na głęboką obrazę. Krwawiącą dłoń otarł niedbale o nogawkę spodni, jakby stanowiła dowód przeciwko niemu.
- Przed, czy po tym, kiedy uczyniłeś mnie niemową?- zapytał Ethan, starając się nie roześmiać. Dopiero teraz widać było, że Yori jest tylko młodym chłopcem, który chce za wszelką cenę robić wrażenie na dziewczętach. Mężczyzna nie chciał, by Yoriego traktowano, jako kłamcę. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy sam zachowywał się podobnie. Najwidoczniej niektóre rzeczy były stałe i niezależne od momentu w dziejach ludzkości. – Jednak Yori z Berg rzeczywiście jest mistrzem we władaniu mieczem.
- Piękne kobiety nigdy nie były dobrym znakiem dla walczących- podchwycił Yori, odzyskując nieco humoru. – Teraz wiem, dlaczego. Zupełnie wypełniają myśli swoim blaskiem, który oślepia, sprawiając, że obojętnym staje się ostrze, nawet płynące na skrzydłach śmierci.
Ethan miał wielką ochotę przewrócić oczami. Zamiast tego stał i przyglądał się, jak Julie rzeczywiście zaczyna błyszczeć. Nagle zwróciła się w jego stronę.
- Widzisz? Mógłbyś się czegoś od niego nauczyć. No i jestem boginią, zwracaj się do mnie z szacunkiem.
Niebieskie oczy błyszczały z radości podszytej nutą złośliwości. Ethan natomiast prychnął głośno, zbliżając się do dziewczyny, po czym nachylił się i powiedział cicho:
- Dla mnie też jesteś boginią. Ale na pewno czegoś innego niż dla niego. Yori- zwrócił się do młodego blondyna, który przyglądał się im z takim zaciekawieniem, jakby nigdy wcześniej nie widział dwójki ludzi.- Czego bóstwem jest ta Le...?
- Lelenay to nasz matka, Ethanie. Stworzyła wszystko to, po czym stąpasz, wszystkie drzewa, kwiaty i grunt, który wydaje życiodajne owoce, by ludzkość mogła się pożywiać i wzrastać w siłę- powiedział, a mimo, że to Ethan zadał pytanie, to odpowiedź była skierowana do blondynki. Wyciągnął ku niej dłoń. – Jeśli pozwolisz, pani. Mówi się, że ci, którzy pochodzą z jej rodu, będą w stanie usłyszeć tchnienie Lelenay w każdym drzewie.
Położył jej dłoń na korze drzewa i przez chwilę panowała idealna cisza w oczekiwaniu na jakikolwiek znak bogini.
- Chyba nie jestem odpowiednią osobą, aby usłyszeć głosy wydobywające się z drzew- powiedziała dziewczyna z uśmiechem na ustach. – U nas zamiast Lelenay jest Matka Natura. I nie mów do mnie „pani”. Jestem Julie.
Ethan poczuł jak grunt pali mu się pod stopami. Matka Natura! Spojrzał na Julie z niedowierzaniem. Właśnie przyznała się, że pochodzili z jakiegoś oderwanego od tutejszej rzeczywistości świata. Obserwował reakcję Yoriego. Chłopak spoważniał, przyglądał się im podejrzliwie i dłuższą chwilę milczał. Nie wróżyło to nic dobrego. Wreszcie powiedział, powoli, ważąc słowa:
- W tych słowach czai się odpowiedź na nurtujące mą dusze tajemnice, zasiane przez Ethana, a nadal pozostające w sferze domysłów. Dziwne to strony, w których Matkę określa się Naturą, a do dam zwraca się bez należytego szacunku- powiedział, patrząc na swoją rękę i raz po raz zaciskając i rozwierając palce, jakby chciał sprawdzić czy rana na dłoni zasklepiła się. – Silniej uczone umysły mogłyby nawet odkryć, iż to zupełnie inny świat.
Zaskoczone spojrzenie, którym Julie obrzuciła Ethana wcale nie pomagało. Dziękował wszystkim bogom, za to, że Yori nadal przyglądał się cienkiej, krwawej prędze na dłoni, bo z twarzy dziewczyny dałoby się wyczytać wszystkie tajemnice. Szybko oprzytomniała, machając dłonią lekceważąco:
- Jakbyśmy ci powiedzieli, to byś nam nie uwierzył.
Ethan miał wielką ochotę zakryć blondynce usta, żeby nic już nie mówiła. Yori widział, jaką ma moc. Uwierzyłby w każde słowo, nawet nie potrzebowałby dodatkowych dowodów. W końcu nie na co dzień widzi się człowieka, zmieniającego swój wygląd według własnego widzimisię. A gdyby się dowiedział, że jest ich cała grupa, grupa dziwaków, to zapewne wylądowaliby w jakimś ówczesnym cyrku.
- Silniej uczone umysły powinny zająć się bardziej pożytecznymi rzeczami, niż zastanawianiem się nad dwoistością światów. A nasz szacunek wobec dam wyraża się w poważaniu ich woli. Jeśli ta pani chce, by zwracani się do niej Julie, to tak robimy- podniósł miecz, leżący na ziemi i wyciągnął rękojeść w stronę Yoriego, za wszelką cenę starając się odwrócić jego uwagę. – A czy tymczasem blask Julie już osłabł w twoim umyśle i możemy kontynuować, mistrzu?
Podkreślił ostatnie słowo, a błyszczące spojrzenie Yoriego powiedziało mu, że to było właściwe posunięcie. Nie dość, że połechtał ego młodego wojownika, to jeszcze zrobił to przy Julie, której urok, nawet osłabiony przez ich tajemnicze pochodzenie, nadal robił wrażenie.
- Ależ oczywiście! Chyba, że pa… Julie ma jeszcze jakieś życzenia, które jej uniżony sługa mógłby spełnić.
Ethan doskonale wiedział, co się za chwilę stanie. Julie przez ułamek sekundy wyglądała tak, jakby miała zaprzeczyć, a Ethan gorąco jej kibicował. A potem rzuciła krótkie spojrzenie na trzymane przez niego ostrze, a oczy rozbłysły.
- Mogę?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Yori już klęczał przed Julie, wyciągając ku niej swój miecz, jakby to była najwspanialsza, a jednocześnie najbardziej bezpieczna na świecie zabawka.
- Służę, Julie.
- Dziękuję- wyciągnęła dłonie po broń, a potem stało się to, co wywołało szeroki uśmiech satysfakcji na twarzy Ethana. Ciężki kawałek metalu sprawił, że Julie zachwiała się. Miecz uniósł się lekko nad ziemię, po czym opadł na nią z powrotem. Oddała miecz Yoriemu, unosząc wysoko głowę, jakby była ponad to wszystko, a Ethan szybko wytarł z twarzy uśmiech, by dziewczyna go nie dostrzegła. Mógł sobie wyobrazić, za jak wielką obrazę by sobie to poczytała. – To nie dla mnie. Tym się nie da w ogóle walczyć. Zmęczysz się, zanim wykonasz atak.
- W rzeczy samej, Julie. Znam tylko jedną kobietę na tym świecie, która ostrze igielnej szpili zamienia na ostrze bliźniacze do tego- uniósł miecz z niedbałością, która musiała być próbą zaimponowania Julie. – Tymczasem delikatne dłonie, które z taką dobrocią opiekują się nowo narodzonymi dziećmi i zniedołężniałymi starcami, nie powinny kaleczyć swej bieli twardym i skalanym krwią wielu żelastwem.
Właśnie tego obawiał się Ethan. Widział, jak brwi Julie ściągają się, a zmarszczka pomiędzy nimi pogłębia się. Zaciekawiła go wzmianka o kobiecie, która była tutaj niemal legendą, tylko dlatego, że potrafiła utrzymać miecz. Tymczasem Julie zdawała się być zainteresowana nieco innymi aspektami wypowiedzi Yoriego.
- Możemy już dać spokój słowom i przejść do czynów?- wtrącił mężczyzna, chociaż wiedział, że nic nie powstrzyma Julie od dodania swoich pięciu groszy. Nie mylił się.
- Co za bzdura- powiedziała głośno Julie, a Ethan westchnął. Miał ochotę wyciągnąć się na trawie i przeczekać burzę, która właśnie miała się rozpętać. – Jestem przekonana, że niejedna kobieta okazałaby się lepszym wojownikiem od mężczyzny. Wystarczy tylko odpowiednia broń. Może mężczyźni mają siłę, ale kobiety są zwinniejsze, a to ważna cecha.
- Nie było moim zamiarem umniejszanie roli najwspanialszej ozdoby, jaka chodzi po tym świecie pod postacią kobiety- Yori był poruszony oburzeniem Julie, a jego słowa padały z szybkością przypominającą tą, z którą padają pierwsze, ciężkie krople deszczu. – Jednakże rycerskie życie pełne jest niewygód, jakich każdy szanujący się mąż, ojciec czy brat chciałby zaoszczędzić tym, na które spłynęła ich troska i miłość.
- Yori, Julie w pełni to rozumie- Ethan wsunął miecz do pochwy z rezygnacją. Wiedział, że na dzisiaj koniec ćwiczeń. – Dziękuję ci także za okazane zainteresowanie. Spotkamy się za dwa dni, pamiętaj. Tymczasem odprowadzę tę oto damę, by podczas drogi powrotnej nie przytrafiła jej się żadna krzywda.
Uścisnął dłoń chłopaka, po czym zwrócił twarz ku Julie, której wydęte wargi wskazywały na to, jak bardzo jest obrażona.
- Obowiązek względem damy przede wszystkim. Niezwykle miłą niespodzianką dzisiejszego dnia było ujrzeć tak piękne oblicze i jeszcze poznać imię tak uroczej pani- rzekł bardzo poważnie, po czym skłonił się kilkakrotnie i zaczął zbierać porozrzucane rzeczy.
Wreszcie wyprostował się, podniósł dłoń w geście pożegnania i znikł między krzewinkami po przeciwległej stronie polany. Ethan westchnął z ulgą. Uniknął tajfunu.
- Błagam cię, tylko nic już nie mów- powiedział, zanim Julie zdążyła otworzyć usta. On także zaczął zbierać swoje rzeczy.
- Co za bełkot- burknęła, kiedy tylko schylił się po pierwszą rzecz. Cieszył się, że dziewczyna nie może w tej chwili, dostrzec wyrazu jego twarzy. – Najlepiej zamknąć babę w domu. Niech gotuje, pierze, sprząta, a jej jedyną nagrodą będzie jakiś zawiły komplement, odrobina zainteresowania, jeśli szanowny pan i władca zechce je okazać. To gorsze niż niewola. W niewoli przynajmniej się gnije w lochach. Albo pracuje w kamieniołomach. A tak? Jeszcze kobieta musi wyglądać pięknie, uśmiechać się i być wiecznie szczęśliwą z tak tandetnego żywota. Co za idiotyzm. Aż im wszystkim współczuję.
Oburzenie Julie byłoby na pewno słodkie i urocze, gdyby istniało tylko w jej umyśle, a nie było wypowiadane przy każdej nadarzającej się okazji. Oczami wyobraźni widział Julie na rynku Mistyi, który w jego wyobraźni miał w swym centrum mównicę, agitującą wszystkie przekupki, matki, żony i ulicznice, do porzucenia „tandetnego żywota”. I ten obraz był niebezpieczny.
- To jest ich świat, w którym jesteśmy gośćmi. I albo zaakceptuje się warunki gospodarzy, albo cię wyrzucą. Nie możesz oczekiwać, że kilkoma zdaniami, rezolutnym argumentem pokonasz w Yorim lata wychowania. Daj spokój- rzekł, przechodząc obok niej i wchodząc w zarośla.
Julie szła za nim klnąc w języku, którego nie znał. Zgadywał, że był to norweski.
- To co?- wypaliła tak nagle, że omal go nie przestraszyła, wracając gwałtownie do angielskiego. – Mam stać, przyglądać się i udawać trzpiotkę? Robić „och” i „ach”, gdy jakikolwiek mężczyzna kiwnie palcem? Rumienić się i zasłaniać na jakiekolwiek słowo skierowane w moją stronę, dziękując bogom, że jakikolwiek mężczyzna poświęcił chwilę swojego cennego i zapracowanego czasu, aby do mnie przemówić?
Potok słów wypływał z ust Julie odbijając się od jego pleców. Wreszcie usłyszał poruszające się liście na prawo od nich i tam też skierował swoje kroki, najpierw odwracając się do Julie.
- Udawać, Julie- powiedział, przewracając oczami. Po tyradzie dziewczyny nie mógł się powstrzymać od tego gestu. – Masz udawać, by uzyskać to, na czym ci zależy. A kiedy już to będziesz miała, wtedy możesz deptać wszystkich wokół. Nawet mężczyzn- powiedział, uśmiechając się. On sam robił podobnie, chociaż nie był kobietą. Wydawało mu się, że to ogólna zasada, która, niezależnie od płci, powinna stać się najważniejszą, jeśli komuś marzy się władza. – I, co najważniejsze, nie wdawać się w dyskusje z Yorim. To ja później będę musiał go słuchać.
Prychnęła niczym rozjuszona kocica, której ktoś nadepnął na ogon. Ethan cieszył się, że znajduje się poza zasięgiem jej pazurów. I Yori także. Pewnie gdyby teraz spomiędzy drzew wyszedł jakikolwiek, bogu ducha winny mężczyzna, to Julie zaatakowałaby go, nie bacząc na konsekwencje. To właśnie tego bał się Ethan. Że zacznie walczyć o coś, co jeszcze w tym świecie nie istnieje.
- Dobra, już nic więcej nie będę mówić. Idę poudawać gdzieś idiotkę.
Ethan nawet nie musiał się odwracać by wiedzieć, że dziewczyna splotła ramiona na piersi, obrażona na cały świat, a szczególnie na niego. Nie stanął po jej stronie. To prawda. Ale dlatego, że mieli zupełnie różne natury. On chciał się zaadaptować, dostosować, by móc żyć w tym świecie, w które wrzuciło go przeznaczenie. Natomiast Julie… No cóż, Julie chciała walczyć z całą rzeczywistością. Ethanowi przypominało to walkę z wiatrakami.
Pecado czekała na nich, pasąc się i niespokojnie orząc kopytem miękką, wilgotną ziemię porośniętą mchem. Kiedy wyszli spomiędzy zarośli zastrzygła uszami, ale nawet nie podniosła łba.
- Przy mnie możesz mówić wszystko- powiedział, dosiadając karą klacz. – Proszę cię tylko o nie prowokowanie mojego mistrza sztuk wszelakich do filozoficznych rozpraw. A teraz podaj mi rękę, łaskawa pani i pozwól dostarczyć cię bezpiecznie do domostwa, w którym czeka na ciebie sterta garów do umycia.
Od razu pożałował ostatnich słów. Julie zmarszczyła nos, co jeszcze bardziej upodobniło ją do wściekłego kota.
- To ja już wolę się przejść- oznajmiła tonem, który wskazywał nie tylko na śmiertelną obrazę, ale też na wielkie pokłady dumy i niechęci. Zaczęła powoli iść, omijając jeżyny i kłujące akacje.
Uśmiechnął się pod nosem, pozwalając jej przejść kilka metrów. Bawiła go ta duma i próba udowodnienia tego, jak bardzo jest niezależna. Miał wielką ochotę jechać za nią aż do chaty Orena, by sprawdzić, kiedy zacznie przeklinać na czepiające się ubrań rzepy i pajęczyny rozwieszone między gałęziami. Oparł się pokusie. Podprowadził Pecado tak, by mógł swobodnie wychylić się z siodła. Złapał Julie po pachy i podniósł, sadzając przed sobą. Patrzyła na niego z mieszaniną złości, zaskoczenia i dezorientacji. Przycisnął ją do piersi, uchylając się nad zawieszoną nisko gałęzią. Poczuł jak liście grabu łaskoczą go w twarz. Wyprostował się i zerknął na Julie, która wydawała się taka mała i delikatna. A raczej wydawałaby się, gdyby nie płonące oczy, którymi na niego patrzyła. Gdyby miały moc, to pewnie już dawno spopieliłaby go. Mimo tego zagrożenia uśmiechnął się do niej.
- A więc tak czuje się mężczyzna- wojownik, który bierze to, co do niego należy i wtedy, kiedy tylko chce.
Julie nie wydawała się zachwycona. Do chaty Orena dojechali w ciszy. Kiedy Julie obrażona odchodziła w kierunku budynku Ethan patrzył za nią. Zastanawiał się, jak wyglądałaby ta młoda kobieta na królewskim dworze i czy byłaby w stanie głosić swoje objawione prawdy na temat statusu kobiety. Wiedział, że tak. Ciekawe, jak te wszystkie zniewolone kobiety radziły sobie do tej pory, do momentu, w którym pojawiła się Julie, ich zbawczyni. Ethan podejrzewał, że radziły sobie zaskakująco dobrze. I pewnie wcale nie marzyły o „wyzwoleniu”.

***

Nigdy nie była kimś, przed kim jakieś wyzwanie stanowiłoby przeszkodę. Wręcz przeciwnie. Postrzegała siebie, jako tą, która stawia czoła przeciwnością losu, biorąc je za szanse w uzyskaniu tego, na czym jej zależało. A w tym momencie, w ostatnich dniach, nie myślała o niczym tak wiele, jak o Kiraal i szyderczym uśmiechu następcy tronu, Paimona. Wiedziała, że, aby móc być władcą, musi nie tylko zachowywać się tak, jak przystało na władcę, ale także unikać bycia postrzeganą, jako ta, która dzierży władzę. Zbyt wiele razy widziała, jak sława i chwała odwracały się od tych uwielbianych i tych, których władza kochała. Natomiast ciche cienie przemykały po zamku tak, jak zawsze. Za kulisami niewiele się zmieniało, nawet, jeśli najważniejsi aktorzy spadali ze sceny, łamiąc karki.
Miravel siedziała naprzeciwko mężczyzny, przyglądając mu się z uwagą, na jaką nie zasługiwał. Wiedziała, jak wiele znaczyło dla tych wszystkich, pyszałkowatych mężczyzn uwaga, słuchanie żalów i skarg. Robiła to z ochotą, bowiem pomiędzy zdaniami ukryte były informacje, o jakich rozmówcy nie myśleli, ale nad wyraz chętnie się nimi dzielili. A ona z nie mniejszą radością zbierała je w wyimaginowanej szufladzie, która istniała tylko w jej umyśle. Szuflada oznaczona była napisem: „do wykorzystania”. Tym razem uśmiechała się z wyższością, bo wiedziała, że niezależnie od tego, co by zrobiła lub czego by nie zrobiła, to i tak osiągnie swój cel.
-… nie ma w tym ani krzty prawdy. Banialuki- podkreślił z uczuciem
Położyła brodę na dłoni i podparła się łokciem o wielki, drewniany stół, który zajmował znaczną część komnaty.
- Prawda to rzecz względna- stwierdziła, uśmiechając się i przygryzając dolną wargę. Zastanawiała się, jak ma to rozegrać. – Te banialuki biorą swój początek w moich słowach.
Ryn, a raczej, jak powinna się do niego zwracać, lord Reynold nie okazał ani grama zdziwienia. Nie był też zmieszany czy speszony. Wręcz przeciwnie. Wybuchnął rubasznym śmiechem, który byłby w stanie strącić obrazy ze ścian, gdyby nie fakt, że ściany były zupełnie nagie, jeśli nie liczyć wiszących na nich skór dzikich zwierząt. Otarł łzę, która wypłynęła mu z kącika oka.
- Miravel, nie rozśmieszaj mnie- powiedział, kiedy się uspokoił. Był rosłym, szerokim w barach mężczyzną o brązowych, zmierzwionych włosach i równo przyciętej brodzie. Nie był przystojny, ale na pewno budził respekt. Miał niespokojne, jednak bardzo precyzyjne ruchy, więc zawsze w jego towarzystwie miało się wrażenie, że ma się do czynienia z niespokojnym skrytobójcą. Z kimś nerwowym, ale nieziemsko dokładnym.  – Jesteś autorką najczęściej powtarzanego na dworze dowcipu. Kiraalczycy u bram!
Roześmiał się znów, a ona uśmiechnęła się delikatnie, wyobrażając sobie, jak wielką przyjemność sprawiłoby wbicie mu noża w samo serce i patrzenia, jak uśmiech spływa z jego twarzy wraz z krwią, wylewającą się w rytm gasnącego serca.
- Pomożesz mi- powiedziała, kiedy tubalny śmiech ucichł. A raczej przycichł, bo Ryn wciąż trząsł barkami, jakby nie mogąc się powstrzymać. – A wtedy nikomu nie będzie do śmiechu.
Coś w jej twarzy musiało przykuć jego uwagę, bo spoważniał w ciągu kilku sekund. Wskazał na usta kruczowłosej kobiety.
- Nie podoba mi się to- rzekł. – Kiedy tak robisz, kiedy tak zaciskasz wargi, to nie wróży nic dobrego.
- Wręcz przeciwnie, Ryn, to wróży same dobre rzeczy- oparła się wygodnie, patrząc na niego uważnie i ważąc każde, nawet najmniejsze słowo i gest. – Jak długo się znamy?
Zmarszczył brwi.
- Mam wrażenie, że za długo- powiedział, kładąc wielkie jak głazy pięści na stole. Teraz stało się jasne, dlaczego wszystko wydawało się w tej komnacie tak nienaturalnie duże. Po prostu było dostosowane do właściciela.
- Pamiętasz te wspaniałe czasy naszej młodości, kiedy ukrywaliśmy się w kanałach u Wybrzeża Pereł. Czy to nie wtedy nauczyłeś się obdzierać szczury ze skóry jednym pociągnięciem?- schwyciła powietrze i mocno pociągnęła pewnym ruchem, by zademonstrować jak to wyglądało. – I czy to nie wtedy odkryliśmy, że to, co mamy między udami więcej jest warte niż zbierany na plaży proszek z muszli?
Lord Reynold niemal przewrócił swój wielki stół, wstając gwałtownie.
- Ciszej, Miravel, na bogów. Ściany w tym zamku mają wielkie uszy- okręcił się kilkakrotnie wokół własnej osi, sprawiając zabawne wrażenie psa, szukającego swojego ogona.
- Tutaj także?- uniosła brwi w udawanym zdziwieniu i położyła dłoń na ustach. – Wybacz, Ryn, nie wiedziałam, że to tajemnica. W twoim własnym zamku.
- Dobra, zrozumiałem, wiele ci zawdzięczam, ale…
- Wiele?- przerwała mu, marszcząc brwi i mrużąc niebezpiecznie oczy. Ona również wstała. Mimo że była o wiele niższa od tego wielkoluda, to lord zdawał się nagle skurczyć w sobie, jakby zgromiło go jej spojrzenie. – Zawdzięczasz mi wszystko, Ryn. Wyciągnęłam nas z Wybrzeża i wsadziłam tutaj. Dałam ci wspaniale młodą, chorowitą dziedziczkę Birkal. Więc siadaj i słuchaj.
Zacisnął mocno usta, ale nie powiedział ani słowa więcej, siadając. Patrzył na nią spode łba, a Miravel uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Lepkich, ciemnych wspomnień, błądzących po ciele, niczym macki galaretowatych stworzeń żyjących na dnie Wybrzeża.
- Lord Byron niedługo wyruszy w podróż. Pojedzie prosto do Gryth, do swojego ukochanego brata…
Wielki, straszny mężczyzna prychnął, a na pytające spojrzenie Miravel wyrzucił w górę ramiona, jakby błagał o cierpliwość.
- Znasz tę historię, prawda? Kłótnię braci, którzy rozdzielają swoje wspaniałe ziemie pomiędzy siebie? Dobrze wiesz, że lord Byron nienawidzi lorda Yumitha, więc czemu nagle miałby go odwiedzać? Żeby na własne oczy przekonać się, jak wspaniale i sprawiedliwie rządzi jego brat? Jak nieużytki przez stulecia zasiedlane jedynie przez oset i rogacze, odżywają i wydają najobfitszy plon w państwie, podczas gdy jego domena umiera śmiercią powolną i tragiczną?
Prychnął ponownie, ale kiedy spojrzał znów na Miravel jego pełen zadowolenia uśmiech spłynął niczym krople deszczu po szkle.
- On rzeczywiście tam pojedzie- powiedział z niedowierzaniem.
- Pojedzie. Na prośbę najdroższej córki.
- A więc wracamy prosto do starych sposobów- roześmiał się Ryn, waląc pięściami w stół i wstając. Złapał kobietę za biodra i uniósł w górę, jakby była lżejsza od piórka.
Kiedy odstawił ją na kamienną posadzkę nie mogła ukryć uśmiechu samozadowolenia.
- Kenna poprosiła ojca by wyruszył w tajnej misji. Chodzi o to, że…- skrzywiła lekko usta, naśladując stanowczy głos Kenny, nieco zmiękczony, kiedy zwracała się do swojego ukochanego ojca: - tatusiu tylko ty możesz pomóc. Naprawdę grozi nam niebezpieczeństwo, a nikt nie uwierzy, póki Kiraalczycy nie zapukają do naszych drzwi. Błagam cię, na wszystko, co jest nam drogie, jedź i na własne oczy oceń zagrożenie.
Mówiąc przechadzała się po komnacie w tę i z powrotem, gestykulując, jakby naprawdę starała się kogoś przekonać. Ryn obserwował ją z zainteresowaniem, a chociaż znał tę dziewczynę, kobietę, damę od czasów, kiedy była zwykłym dzieckiem babrzącym się w ulicznych pomyjach, to nadal nie mógł się nadziwić temu, z jaką pewnością siebie mówiła o rzeczach niewyobrażalnych. Kiedyś w podobny sposób opowiadała mu o zamkach i komnatach, o służbie, którą będą pomiatać, o pierzynach, na których będą spać i władzy, którą będą dzierżyć. I chociaż wówczas w to nie wierzył, to miała racje. Dlatego teraz zaczął w myślach przygotowywać plan na wypadek nadchodzącej wojny. Nagle opowiadane żarty i kpiny ze słów Miravel przerodziły się w zielone chochliki wykrzywiające kpiąco wargi i wystawiające wężowe języki.
- Nadal nie rozumiem, jak masz zamiar wywołać wojnę. Przecież Kiraal grzecznie przycupnęło z dala od granicy i czeka, bogowie raczą wiedzieć, na co. Ale podobno wznoszą budynki. A nie buduje się po to, by niszczyć.
Miravel podparła się pod boki i patrzyła na mężczyznę z wyczekiwaniem, jakby chciała, by sam odnalazł odpowiedź. Uśmiechała się, przeczuwając nadchodzący triumf.
Kiedy nie doczekała się oświeceniowej eureki podeszła do mężczyzny i wyciągnęła ku niemu dłoń, kładąc ją na zarośniętym policzku.
- I oto twoja rola, Ryn. Masz wypowiedzieć tylko kilka zdań. Masz poddać pomysł, kiedy stanie się to, co nieuniknione- nachyliła się, a kiedy Ryn nawet nie drgnął, pociągnęła go za brodę, a on pochylił się. Ustami niemal dotykała jego ucha, szepcząc do niego słowa, od których zależało jej życie. Wypowiadając każde z nich czuła smak zwycięstwa na języku, rozkoszną słodycz Viktorii i przyjemnie orzeźwiającą kwaśność szoku i niedowierzania, jakie będzie malowało się na twarzach niedowiarków.
Odsunęła się od barczystego lorda, a w jego oczach dostrzegła wreszcie zrozumienie.
- Ty myślisz…- zaczął, potrząsnął kudłatym łbem. – Ty naprawdę myślisz, że tak się stanie.
- Nie, Ryn. Ja wiem, że tak się stanie- powiedziała.- Chyba zapomniałeś, w czym się specjalizuję.
-Nigdy tego nie zapomnę- mruknął cicho, w zamyśleniu gładząc swój zarost. – Zdajesz sobie sprawę, że cała odpowiedzialność spadnie na ciebie?- zapytał, a kobieta przekrzywiła głowę, mając wrażenie, że nie do końca się rozumieją. Rozwiał jej wątpliwości kolejnym zdaniem: - Nikt się o tym nie dowie, oczywiście, ale wszystko, co się stanie…
- Nikt się nie dowie- powiedziała głośno, twardo i stanowczo. – To chyba wystarczy. Lord Byron będzie wielce ukontentowany, że będzie cię miał w swojej straży przybocznej- stwierdziła, przekrzywiając głowę i lekko ją pochylając w geście szacunku. Uśmiechała się.
- Będę zaszczycony, pani- powiedział sztywno Ryn, prostując się i kłaniając jej w pas.
Spojrzeli na siebie po raz ostatni. Dwoje osieroconych, ubłoconych dzieci, przesypujących w dłoniach piasek Wybrzeża Pereł by zdobyć pył z rozdrobnionych przez morze muszel. Dwoje podrostków o nachalnych manierach i ostro umalowanych twarzach. Dwoje dojrzałych ludzi z bagażem doświadczeń i spełnionymi, nierzeczywistymi marzeniami. Ryn wiedział, że w tym, co robiła w przeszłości Miravel sporo elementów było złych, wręcz grzesznych, ale zawsze łudził się, że robiła to dla nich. Dla niego. Dzisiaj to złudzenie, którym żywił się przez lata upadło na posadzkę, rozsiewając wokół siebie nieprzyjemny zapach łajna. Podziwiał Miravel przez całe swoje życie, ale dopiero dzisiaj poczuł wobec niej coś, co sprawiło, że na skroniach perlił mu się zimny pot. Po raz pierwszy zaczął się jej bać. Wiedział też, że osiągnie wszystko, czego tylko zapragnie, tak jakby świat stanowił pewną grę, w której ona ustala zasady. Niczym jakaś mroczna bogini, która oddziałuje na losy swych wyznawców, poruszając nimi jak pionkami na zaprojektowanej przez siebie planszy.

- Wrócisz z wojną za plecami- powiedziała, ściągając z wielkiego rzeźbionego oparcia krzesła czarny, prosty płaszcz z kapturem. Zapinając ostatni guzik uśmiechnęła się do niego, tak, jak miała w zwyczaju, kiedy codziennie ich podstawowym zmartwieniem było to czy dzisiaj umrą z głodu, czy uda im się coś uszczknąć z miejsca gdzie karczmarka wylewała i wyrzucała to, co nie nadawało się do zjedzenia dla ludzi posiadających pieniądze. Rozczulił go jej uśmiech. W tej chwili usprawiedliwił każdy krok. Na pewno był jakiś powód, większy i ważniejszy. A on zamierzał złożyć na dłonie Miravel cały świat, wojnę, pokój, śmierć i życie. Za ten jeden uśmiech i za każdą minutę ich wspólnego trwania.