Dla wszystkich tych, którzy to przeczytają. I dla jednej szczególnej osoby, która potrafi siedzieć całą noc, wysłuchując mojego *marudzenia*
Każdy z nas ma swoją własną rzeczywistość albo nawet kilka i czasem trudno orzec, której należy się trzymać.
G. Masterton, Rook
Siedział
poza kręgiem rozmawiających ludzi z zaciśniętymi w pięści dłońmi. Bardzo
chciałby podzielić się z kimś uczuciem niepokoju, które go nawiedzało. Czasami
wydawało mu się, że wręcz wpada w ciemnopomarańczową otchłań paniki, z której
nikt go nie wyciągnie. Wtedy zaciskał mocniej pięści, aż paznokcie wbijały mu
się w wewnętrzną stronę dłoni. Pomagało, choć tylko na krótko. Dostrzegł
zbliżającą się ku niemu postać, a kiedy podniósł wzrok, by spojrzeć jej w
twarz, pomarańcz gęstniejący wokół niego rozjarzył się ciepłą czerwienią.
Poruszała się z niezwykłą gracją, jak na dziewczynę, która nie spędziła życia
będąc kimś z wyższej sfery. Miała dziecięco okrągłą twarz z migdałowymi
niebieskimi oczami, a jej blond włosy sprawiały, że wyglądała tak młodo i
ulotnie, jakby za chwilę miała rozpłynąć się niczym cienkie nitki mgły. Tylko
jej ruchy zdradzały, że jest dojrzalsza. Chociaż za nic w świecie nie chciała
tego okazać, maskując wszystkowiedzące spojrzenie szerokim, dziewczęcym
uśmiechem.
-
Jak się czujesz w roli wybawiciela świata? – zapytała Julie, siadając obok
niego. Wydawało mu się, że ciepło bijące z jej ciała przewyższa o kilka stopni
to, którego źródłem był żywy ogień. Cieszył się, że ma twarz spowitą
półmrokiem, w innym wypadku, mogłaby dostrzec błysk w jego oczach.
-
Wcale – odpowiedział, zgodnie z prawdą, starając się za wszelką cenę skupić na
słowach płynących z uwodzicielsko wygiętych, pełnych warg. - Nie potrafię sobie
wyobrazić, że my moglibyśmy cokolwiek zrobić razem, nie mówiąc już o pokonaniu
jakichś uosobień grzechów. Wszystkie te zdolności wydają się niesamowite w
naszym świecie, ale tutaj zdają się być tak strasznie, śmiesznie małe i nic nieznaczące.
Dawno
już nie wypowiedział na głos tego, co siedziało w jego głowie. Teraz, przy
Julie, nie potrafił zapanować nad potokiem słów, które wypływały z jego ust.
Znów zacisnął pięści. Musiał wziąć się w garść.
-
Śmiesznie małe? Uważasz, że to wszystko jest śmiesznie małe? Myślisz, że ludzie
chodzą sobie normalnie w biały dzień i każdy z nich ma jakąś moc?
Przeklął
się w duszy. Wiedział, że nie należy mówić, tego, co ma się na myśli. I chociaż
taka opinia w jego profesji równałaby się dożywotniej banicji, teraz i tak nie
miało to znaczenia. Ethan dawno już nie myślał o sobie w kategoriach
profesjonalisty. Wręcz przeciwnie, ostatnimi czasy zaczął dostrzegać jak wiele
ograniczeń ma próba zrozumienia ludzkiego umysłu oraz to, jak wiele może
ułatwić zupełny brak zainteresowania tym tematem. Postrzegał wszystko takie,
jakim, w jego opinii, było. Zupełnie bezwiednie, będąc zajętym własnymi
myślami, odpowiedział:
-
Bierzesz to zbyt dosłownie. Każda z tych mocy jest wspaniała i nietuzinkowa,
jednak myślę, że to, z czym będziemy musieli się zmierzyć, jest potężniejsze od
każdego z nas. Żeby, chociaż wyrównać szanse musielibyśmy działać wspólnie... –stwierdził,
a to, co mówił wydało mu się, pierwszy raz tego wieczoru, jasne i klarowne.
Wypowiedzenia na głos, chociażby cząstki swoich obaw, pokazało mu, w czym tkwi
tak naprawdę ich źródło. Nie w zagrożeniu, jakim były grzeszne personifikacje,
ale w tym, że według blondyna nie mieli szans. Jakkolwiek by się nie starali.
Nie chciał teraz o tym myśleć. Nie, nie teraz, kiedy ciepły zapach Julie
otaczał go ciepłym kokonem znieczulenia. - Nieważne. A jak twoje wrażenia?
-
Kiedyś nigdy bym nie pomyślała, że człowiek może mieć nadludzką moc. Jednak
mimo wszystko nie jestem w stanie uwierzyć we wszystko, co widzę i słyszę
tutaj. W dodatku, jeśli rzeczywiście jesteśmy w średniowieczu, to już tęsknię
za cywilizacją...
Jej
wypowiedź dawała mu pretekst, by móc swobodnie na nią patrzeć. Ethan był dobrym
obserwatorem, chociaż większości rzeczy nigdy sobie nie uświadamiał, ale to
wcale nie znaczyło, że nie widział wznoszących się w rytm oddechu piersi,
ramion, które lekko podrygiwały, kiedy Julie gestykulowała albo jej palców,
które lekko wykręcała, kiedy słuchała, co on mówi.
-
Człowiek do wielu rzeczy może się przyzwyczaić. Przywykniesz. Mnie tam się
podoba. Można odetchnąć od tego, co było. Wydaje mi się, że starzec i tak
przygotował się specjalnie na nasze przybycie, a prawdziwy szok kulturowy
przeżyjemy dopiero, kiedy zapuścimy się do tego miasta, o którym przedtem
wspominał. Do Mistyi.
-
Tak, już czuję ten szok. Mam aż gęsią skórkę. Chyba nie będę miała, co tu robić
–westchnęła lekko i odchyliła się, tak, że blask ognia igrał na całej jej
sylwetce. Zamknęła oczy, a jej długie włosy dotykały trawy. Ethan mógłby z tym
widokiem pozostać na długie godziny. Światłocień tylko wyostrzył to, co
mężczyzna zauważył jeszcze w Gruzji. Julie była piękna. Nie mógł stwierdzić,
czy odpowiadała jakimś konkretnym kanonom piękna, czy po prostu porwała go jej
młodość i spontaniczność. Otworzyła oczy, a prawie czterdziestoletni mężczyzna
poczuł się jak dzieciak, który został przyłapany na podglądaniu koleżanek
przebierających się w szatni. - Ewentualnie mogę ubijać masło.
Roześmiał
się, ale nawet w jego uszach zabrzmiało to nerwowo.
-
Naprawdę chciałbym to zobaczyć. Myślę, że nie będziesz miała czasu na nudę.
Siostra będzie cię potrzebować.
Przez
ułamek sekundy zastanowił się nad tym głębiej, odrywając zarówno spojrzenie,
jak i myśli od Julie. Czy właśnie po to Oren sprowadził także towarzyszy
podróży osób, które posiadały kryształ? Widział ich teraz rozmawiających w
parach, śmiejących się, dzielących niepokojem. Jeśli to rzeczywiście miało
pomóc, to on sam był na straconej pozycji, chociaż nie wyobrażał sobie, by mógł
być ktoś, kto by z nim przeżył coś takiego. Sam sobie nie radził z całą tą
wiedzą, a co dopiero dzielić się z kimś, kto, dajmy na to, tak jak Phoebe,
dopiero rozpoczyna życie. Dotarło do niego, że Julie porusza ustami, więc na
nowo skupił całą swoją uwagę tylko na niej:
-
Poradzi sobie. Jest dzielniejsza niż się wydaje – powiedziała tak pewnie, że
gdyby takim samym tonem zwróciła się do niego, musiałby jej uwierzyć. Patrzyła
teraz prosto w jego twarz odwracając się lekko. Jej kolano musnęło zaledwie
jego udo, a Ethan poczuł, że ogień płonie, dając zbyt wiele ciepła. - Myślę
jednak, że powinniśmy odetchnąć, rozerwać się póki możemy.
Odgarnęła
włosy, a w jej spojrzeniu nadal gościła niezłomna pewność siebie. Gdyby tylko
mógł jej nie ulec, to niemałą frajdę sprawiłoby mu utarcie tej małej
dziewczynce pysznego nosa. „Gdyby” stało się dla niego słowem kluczem, gdyż
chętnie podjął grę, która mogła mieć tylko jedno rozwiązanie. I tylko jednego
zwycięzcę, chociaż o tym wolał nie myśleć.
-
Zgadzam się, zresztą chyba takie miało być założenie dzisiejszego wieczoru.
Dzisiaj nie myślimy.
-
Widzę, że myślisz dokładnie tak samo jak ja. A raczej nie myślisz – gdyby ktoś
na nich patrzył, to z uśmiechu Julie wyczytałby wszystko. Ethan miał czelność
podejrzewać, że nawet ślepiec potrafiłby wyczuć napięcie, które między nimi
powstało oraz sugestię, szeroką szemrzącą strugą spływającą z ust blondynki. -
Tak sobie właśnie nie myślę, że jest tu nudno.
Wstał
i podał jej dłoń. Uśmiechnęła się do niego. Zastanawiał się, które z nich jest
bardziej przekonane o tym, że wygrywa w tej grze. Dałby sobie odciąć
wyciągniętą do blondynki dłoń, że to ona ma niemal stuprocentową pewność swojej
sprawczej mocy.
- Możemy zmienić miejsce, jeżeli tylko chcesz.
- Z
chęcią. Co mi oferujesz, Ethanie?
Zapytała,
a on mógłby przysiąc, że usłyszał lekkie drżenie niecierpliwości w jej głosie. Nie
wypuściła jego dłoni z uścisku, a jej ręka, mała i ciepła, emanowała obietnicą.
-
Swoje towarzystwo, chyba, że ono także wyda ci się nudne.
Popatrzył
na nią, kilkadziesiąt centymetrów niższą, blond dziewczynkę, stojącą o wiele za
blisko, by mogłaby być mu obojętną. Wydawało mu się, że oczy wszystkich
spoczywają na nich, ale niewiele go to obchodziło. Skoro potrafił ignorować
własny zdrowy rozsądek, to obce spojrzenia na pewno nie będą mu przeszkadzać
- Gdybym
uważała je za nudne, to już dawno by mnie tu nie było. Zaoferuj mi to, co
najlepsze.
Roześmiał
się, bo już dawno nie słyszał czegoś równie głupiego, a równocześnie słodko
uwodzicielskiego. W innych okolicznościach najpierw postarałby się wybić sobie Julie
z głowy przy pomocy ściany, czy czegoś równie trwałego i uszkadzającego
czaszkę, ale w przypadku ich nieuchronnej śmierci, wcale nie zamierzał tego
robić.
-
Zapraszam w takim razie w me skromne progi.
Pociągnął
ją w stronę chatki, a później przepuścił, by mogła jako pierwsza zejść do
podziemi. Kiedy stali już na takim samym poziomie, a gorąco ogniska zastąpił
chłód kamieni, wydawało mu się, że w pewnym momencie dostrzegł błysk zwątpienia
w oczach Julie, jednak, kiedy podała mu ponownie dłoń, jej ruchy były pewne jak
zawsze.
-
Dowiem się, gdzie mogę wpadać – powiedziała, bardziej po to, by zagłuszyć
ciszę, która panowała wokół nich. Poprowadził ją długim korytarzem, a ich kroki
dudniły wśród kamiennych ścian, migoczących w blasku pochodni. Nie szli długo,
bo stanęli już przy pierwszych, masywnych drzwiach z piątką wymalowaną na
drewnie.
-
Zapraszam – rzekł, przepuszczając ją przodem.
Weszła,
rozglądając się ciekawie po surowym wnętrzu. Ethan uśmiechnął się sam do sobie,
bo nie miał bladego pojęcia, czego dziewczyna mogła się spodziewać. Na stoliku
płonęła samotna świeca, która bardziej wydłużała i pogłębiała cień niż dawała
światło.
-
Przytulnie tu – mruknęła cicho, kiedy drzwi lekko trzasnęły, zamykając się za
Ethanem. Mężczyzna powstrzymał parsknięcie tylko dlatego, że oczy blondynki
spoczęły na nim.
-
Do przytulności wiele brakuje - odpowiedział, podchodząc do niej. Nie miał pojęcia
czemu, ale poczuł, że role się odwróciły. On przejął kontrolę, a to tylko
dodało mu pewności siebie. Spojrzał na dziewczynę, będąc od niej oddalonym
jedynie o kilka centymetrów. Podobało mu się to, że musiała zadzierać głowę, by
spojrzeć mu w twarz. Widział dokładnie, z jaką doskonałością jej usta odcinają
się na jasnej skórze. Pochylił się i lekko ją pocałował. Miała miękkie wargi,
skłonne do pocałunków, uległe. Cała ich zaciętość i pewność zniknęła. Muśnięcie
trwało ułamek sekundy. Teraz niemal stykali się nosami.- Od razu lepiej.
Z
jej gardła wydobył się pomruk, a oczy pozostawały półprzymknięte. Ethan
uśmiechnął się po raz pierwszy zupełnie szczerze, nie myśląc o niczym ani nikim
innym, jak tylko o stojącej przed nim młodej kobiecie, ogarniętej
przyjemnością, której on jest przyczyną. Poczuł, że jej ramiona go obejmują, a
palce zatapiają się we włosach. Przypomniał sobie, jak te same palce bawiły się
źdźbłami trawy podczas ich pierwszego spotkania, a także jak dzisiaj wyginały
się lekko, kiedy Julie go słuchała. Przywołanie w pamięci takich szczegółów
podziałało na niego silniej, niż mógłby się spodziewać.
-
Zdecydowanie lepiej – wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy, co sprawiło, że o
mało nie poddał się gwałtownej chęci podniesienia tej drobnej osóbki i rzucenie
jej wprost na stojące nieopodal łóżko.
Julie
stanęła na palcach, łapczywie dosięgając jego ust. Była natarczywa, ale to nie
mogło zmienić tego, co już o niej wiedział. Ulegała pod jego pocałunkami, pozwalała
by przejął kontrolę i prowadził w tym tańcu. Posłusznie rozchyliła usta, by
mógł wsunąć język między jej wargi. Chwycił ją w talii i przyciągnął do siebie,
przekraczając tym samym granicę ostatnich centymetrów. Czuł wyraźnie jej piersi
na swoim torsie, kiedy napierała na niego całym ciałem, Bez problemu wyczuwał
napięte mięśnie, kiedy tak prężyła się, stojąc na palcach, by móc go dosięgnąć.
Długi pocałunek dobiegł końca, jednak jej usta nadal spoczywały na jego, kiedy
wyszeptała, drażniąc go ciepłym oddechem:
-
Żadnych chorych zobowiązań.
Wszystko
zdawało się drżeć w oczekiwaniu, a Ethan stwierdził, że tyle musi trwać
wieczność, kiedy tak patrzył w rozszerzone niebieskie oczy, będące tak, blisko,
że wydawało mu się, że poza nimi nie istnieje już świat.
-
Żadnych zobowiązań – przytaknął, choć już dawno zapomniał, co to w ogóle znaczy
to słowo.
Jego
zgoda była dla niej koniecznością, gdyż dopiero teraz zupełnie się na niego
otworzyła. Jej ruchy stały się szybkie i niekontrolowane, a zniecierpliwienie
Julie udzieliło się także i jemu. Uniósł ją lekko i położył na łóżku, całując
jej długą szyję, po której jeszcze do niedawna błądziły migotliwe cienie,
spowodowane językami ognia. Teraz to jego język sunął od obojczyka, aż po
płatek ucha. Całował jej twarz, delikatnie, jakby próbował uspokoić nie tylko
ją, ale i siebie. Delikatnie, z cierpliwością, jakiej nie posiadał na co dzień,
rozpalał ich pożądanie.
Stanął
na podłodze i podał jej ręce, tak by mogła usiąść. Nie spuszczając z niej
wzroku, przesuwał dłonią po jej karku i szyi, aż wreszcie zaczął dotykać biustu
ukrytego pod grubym materiałem średniowiecznej sukni. Rozplatał wiązanie
znajdujące się między jej piersiami, a kiedy skończył, rozcięcie sięgało aż do
pępka. Widział w nim jej bladą, niemal białą skórę, której blask świecy nadawał
złocisty kolor. Niewiele myśląc, przytknął swoje czoło do jej szyi, dotykając
ustami piersi, czując jak pod dotykiem jego warg Julie wygina plecy, wyciągając
ku niemu klatkę piersiową. Odsunął się od niej, ściągając z siebie koszulę,
ukradkiem spoglądając na jej ciało, z którego swobodnie opadła góra sukni.
Miała pełne, blade piersi, a w migotliwym świetle świecy sutki wydawały się mieć
kolor mlecznej czekolady. Poczuł, że jego podniecenie narasta, a kiedy ich
naga, niczym nieokryta skóra przylgnęła do siebie, to z jego ust wydobyło się
westchnienie przyjemności. Była tak ciepła, a jej ciało miękkie i niemal
plastyczne, układając się zgodnie z jego dotykiem, odpowiadając na niego,
wędrując za jego wzrokiem.
Blond
włosy rozsypały się na pościeli, kiedy Julie położyła się na łóżku, wyciągając
ku niemu ramiona i ciągnąc go za sobą. Poddał się jej, tak jak ona uległa jemu.
Obsypywał pocałunkami jej brzuch, którego mięśnie napinały się i rozluźniały,
kiedy dziewczyna wzdychała ciężko, poruszając biodrami, wciąż tkwiącymi w
wielobarwnych fałdach szerokiej spódnicy. Przesuwał palcami po granicy między
jej skórą, a warstwą materiału. Tańczyła, wraz z jego powolnymi ruchami, w górę
i w dół, niemal wibrując z niecierpliwości. I chociaż po ustach Ethana błąkał
się lekki uśmiech zadowolenia, które sprawiała mu ta delikatna tortura to, sam
nie mogąc ukryć zniecierpliwienia, postanowił skrócić jej i swoje męki.
Ściągnął z nich ubrania, a sprawne, długie palce Julie o ostro zakończonych
paznokciach pomagały mu, odwzajemniając się długimi, czerwonymi pręgami
pozostawionymi na jego biodrach.
Była
zupełnie naga, leżąca na białej pościeli z włosami rozrzuconymi wokół głowy,
wijącymi się pasmami światła. Patrzyła na niego tak, jak może patrzeć tylko
młoda dziewczyna, pewna swej urody, pewna tego, jak działa na mężczyznę. Nie
musiała czuć wstydu, bowiem nie miała czego się wstydzić, mając pełną
świadomość swojego ciała. Wydawało mu się, że w pokoju nagle zrobiło się bardzo
gorąco, a powietrze stało się wilgotne i lepkie, nasączone zapachem lata i
słońca. Zimne kamienne mury wcale już takimi nie były, stały się połyskującymi
księżycową poświatą tajemnicami zamkniętymi przed ludzkim wzrokiem. Pocałował
ją w pełne, ładnie wykrojone usta, które chętnie rozwarły się przed nim. Jej
język delikatnie drażnił jego dolną wargę, co niemal doprowadzało go do
szaleństwa, kiedy przerwał pocałunek, schodząc niżej, aż do pępka, całując
każdy centymetr jej skóry, dłońmi przesuwając po jej udach i biodrach, które
znów wyginały się na spotkanie jego dotyku. Okrył ją swoim ciałem, pragnąc by
ich skóra zetknęła się ze sobą na całej powierzchni. Wydawało mu się, że jej
uda palą jego ciało żywym ogniem, jednak pod delikatnym naporem, rozsunęły się
tak, że mógł poczuć ją całą, jak wychodzi mu na spotkanie, otaczając go
satynową wstęgą płomiennego pożądania. Objęła go ramionami, przyciągając ku
sobie, a skóra jego torsu lekko pocierała jej piersi w takt ruchów,
sprawiających, że oboje płonęli, płonęli nie przejmując się tym, że wokół nich
unoszą się iskry, rozsypując się, krzesząc na ich ciałach kolejne ogniska,
rozpalając i stygnąc na ich skórze. Czuł jak jej paznokcie zatapiają się w jego
ciało, raniąc, ale i wzmagając podniecenie. Jego ruchy były powolne i leniwe, a
jednak nieuchronnie prowadzące do celu. Przylgnął do niej tak, że jej
przyspieszony oddech łaskotał mu ucho. Byli teraz jedną falującą, rozognioną
materią, której spełnienie było bliskie, do którego oboje dążyli, które miało
za chwilę nadejść, wymazując wszelkie myśli i słowa, na rzecz krzyku,
wypływającego z głębi trzewi, drgającego na wargach, rozbijającego nocną ciszę
na kawałki. Jej mgliste pasma snuły się leniwie, podczas gdy oni leżeli, nie licząc upływających sekund, czekając aż
ich ciała ostygną, a pot spłynie sperlonymi kroplami, unosząc ze sobą popioły
pozostałe po jasno płonącym pożądaniu.
Ranek
powitał go silnym bólem głowy, jakby poprzedni wieczór spędził w gorzelni,
smakując wszelkiego rodzaju trunków. Leżał zupełnie sam i cieszył się z takiego
obrotu sytuacji. Raz po raz zamykał oczy, jakby chciał sprawdzić, za którym
razem to, co widział dookoła siebie, rozmaże się znikając. Z jednej strony wciąż rozpamiętywał
na nowo ciepło, które emanowało z ciała Julie, niemal czuł zapach jej potu, a
przed jego oczami ukazywały się dwa, głębokie, jasnoniebieskie i migotliwe
jeziora, które porażały go swoją pewnością siebie. Ethan jęknął, przetaczając
się na łóżku tak, że teraz leżał na brzuchu z głową ukrytą pod poduszką
wypchaną gęsim pierzem. Zdawał sobie sprawę, że musi teraz wyglądać jak
kobieta, która właśnie odkryła, że utraconego dziewictwa nic jej nie zwróci,
ale nie dbał o to. W końcu był w swojej sypialni i miał prawo zachowywać się
tak, jak mu się podobało. Pod poduszką zaczęło mu brakować świeżego powietrza,
kiedy wreszcie zrozumiał, czemu widok Julie go nie opuszcza, a wraz z tym
wyobrażeniem nasila się ból głowy.
Miał
kaca. Prawdziwego, doskwierającego i gderającego, jak stara teściowa, kaca.
Moralnego.
Nastolatka
wyraźnie oznaczyła granice ich wspólnej zażyłości, ale Ethana nie opuszczało
wrażenie, że nastolatki bardzo rzadko wiedzą, czego chcą, a ich słowa niewiele
mają wspólnego z ich prawdziwymi myślami. Nie mógł pozwolić sobie na to, by ta
dziewczyna miała jakiekolwiek złudzenia. Wczoraj był niemal pewien tego, że ich
znajomość będzie krótka, intensywna i zakończy się, tak czy siak, ich śmiercią.
Jednak dzisiaj, bez gorąca buchającego z ogniska, bez poruszających się wokół
cieni, nie miał już ochoty na poddawanie się śmiertelnemu przeznaczeniu.
Poranki mają to do siebie, że odganiają nocne mary. Potrafią odgonić także
nocne uniesienia.
Kiedy
Ethan, ogolony i wykąpany, wyszedł przed chatę stwierdził z przerażeniem, że
myśli o poranku były mocno przesadzone. Wyglądało na to, że wstał, jako
ostatni, a słońce znajduje się już wysoko na niebie. Rozglądał się za znajomą
twarzą, za złotą głową, podrygującą w takt kroków, ale nigdzie nie dostrzegł
Julie. Połowa jego duszy była zadowolona, natomiast druga odczuła srogie
rozczarowanie. Nie zaszczycając nikogo spojrzeniem zszedł z ganku i tak, jakby
miał do załatwienia coś niecierpiącego zwłoki, udał się między drzewa, a ich
ciemnozielona, ocieniona powłoka już po chwili odcięła go zupełnie od tamtej,
dziwnej komuny.
Szedł
nie bacząc nawet na to, dokąd zmierza ani jak, tak naprawdę, ma zamiar wrócić.
Musiał to wszystko przemyśleć w spokoju, jakiego nie dawały mu kamienne ściany,
ani otwarta przestrzeń polany, na której stała chata Orena, otoczona pustymi
zagrodami, między którymi kiedyś być może chodziły różnorakie zwierzęta, oraz
zarośniętym ogrodem warzywnym, w którym fasola, kartofle i cukinie walczyły o
przetrwanie z powojem, powoli poddając się najeźdźcy. Ethan w każdej sytuacji
dostrzegał to, co negatywne. Taką już miał naturę, że zamiast cieszyć się z
doświadczenia i mądrości Orena, myślał o nim raczej jak o starcze, który
utracił wszystko, co było mu drogie, więc mógł oddać się bez reszty walce.
Empatia, której niegdyś Ethan posiadał w nadmiarze najwidoczniej nie została
całkiem wypleniona, ponieważ Rouge wyraźnie widział, jak egoistycznie zachowuje
się ten tutejszy boski syn, stawiając w pierwszym szeregu do walki młodych
ludzi, którzy z siłą tytanów pchają przed sobą wózek wypełniony marzeniami i
rojeniami, nie bacząc na narastające wokół nich bagna i kamienne wyboje.
Jednak
czy to tak bardzo różniło się od tego, co działo się w ich świecie? Ethan
pokręcił głową, odgarniając gałęzie, które blokowały mu przejście.
Najwidoczniej trudność sprawiało mu to, że zwykle w wiadomościach oglądał
anonimowych młodzików, wsadzanych do drewnianych skrzynek, okrytych flagą.
Różnymi flagami. Miał problem z tym, by odezwać się do kogokolwiek z osób
sprowadzonych tu przez Orena, bo miał wrażenie, że, o bogowie!, mógłby kogoś
polubić, a potem musiałby cierpieć, kiedy nadejdzie, to co nieuniknione.
I,
w tak pokrętny sposób, jego myśli zatoczyły koło, zatrzymując się znów na
Julie, którą poznał aż za dobrze, zważając na okoliczności. Westchnął z
rozdrażnieniem, nie zauważając gałęzi, która smagnęła go prosto w twarz.
Podczas
swojego spaceru nie zwrócił uwagi na to, że w pewnym momencie drzewa się
rozrzedziły, a gąszcz krzewinek zniknął, ustępując miejsca leśnemu, pachnącemu
grzybami, poszyciu. Szedł najwidoczniej jakimś wąwozem, bo po jego lewej
stronie wyrosło wzniesienie, oddzielające go ścianą złożoną z ziemi i
wystających korzeni. Niektóre drzewa rosły na wzniesieniu, tuż przy krawędzi,
niebezpiecznie się przechylając i przywodząc na myśl ludzi, wychylających się
ponad urwisko, by dostrzec jego dno. Ethan przystanął, patrząc na tych niemych
skoczków i niemal słysząc głosy płynące z ich strony.
Głosy
narastały i Ethan z niemałym przerażeniem zdał sobie sprawę, że są rzeczywistym
elementem tego świata. Na wzniesieniu ktoś był, a sądząc po mnogości
przekleństw, nie był to jeden człowiek i nie wydawał się być usposobiony
przyjacielsko. Jednak Ethan usłyszał coś jeszcze, coś, co sprawiło, że
przylgnął do błotnistego zbocza i zaczął powoli, cicho i sukcesywnie piąć się w
górę. Kiedy jego głowa wychyliła się spoza urwiska jego trud został nagrodzony.
Na wzgórzu siedziało sześciu mężczyzn, a w niewielkim oddaleniu od nich stały
przytoczone do drzew, konie, których ciche rżenie dobiegło jego uszu jeszcze na
dole. Od razu dostrzegł tego, który wyróżniał się karym umaszczeniem, wielkimi,
niczym głowa dorosłego człowieka, kopytami i przepięknie wygiętą szyją. Klacz
przypominała konia fryzyjskiego, była jednak o wiele większa i masywniejsza,
dlatego miał wrażenie, jakby nagle znalazł się w domu, wpatrzony oczami małego
chłopca w stada koni pasące się na pastwiskach należących do jego rodziny.
Ethan
chciał mieć tego konia.
Jego
rozmyślania przerwały głosy mężczyzn, którzy wstali. Rouge przylgnął do podłoża
tak ściśle, jak to było tylko możliwe, nasłuchując.
- Timo
nas wyruchał, chłopcy- powiedział gruby mężczyzna, którego brązowe strąki brody
pokrywały całą przestrzeń od policzków, aż po wydatny brzuch. – Chyba nie
myślicie, że ci kupcy jeszcze się tutaj pojawią.
-
Jak nie dziś, to jutro- powiedział długowłosy blondyn, znacznie młodszy od
swojego przedmówcy. – Jak myślisz, że wrócę do Birkal bez złota, to powinienem
zamiast ciebie wziąć twoją żonę, Dunkel. Ma większe jaja.
- I
dłuższą brodę- zarechotał czarnowłosy, a blizna, znajdująca się na jego
policzku rozciągnęła się, tak, że Ethan nawet z tej odległości widział jej
różowe, ledwo zasklepione wnętrze.
-
Pierdol się, Mikel- burknął ten nazywany Dunkelem i zwrócił się do milczących
dotąd dwóch pozostałych kompanów. Musieli być braćmi, bo byli do siebie podobni
jak dwie krople wody. Te same ognistorude czupryny, proste, napiętnowane
licznymi piegami nosy i identyczne, ciemnobrązowe znamiona na skroniach. Ethan
zaklął cicho, uświadamiając sobie niezwykle wielki urodzaj bliźniąt, który miał
miejsce w ciągu ostatnich kilku tygodni jego życia. – Co robimy, Panowie?
Ethan
miał niezwykle silne wrażenie, że bliźniaków nazywa się tak, ponieważ nikt nie
był w stanie zorientować się który jest, którym. Ponadto widać było, że w
odróżnieniu od reszty, zajmują znaczącą pozycję w społeczeństwie. Ethanowi
przypadły do gustu złocone rękojeści mieczy, na których tych dwoje zaciskało
swoje palce.
-
Zamknijcie mordy i słuchajcie- powiedział jeden z Panów, a jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki na polanie zrobiło się tak cicho, że Rouge bał się
oddychać, by nie wzniecić szelestu liści. Oczyma wyobraźni widział złotą
rękojmię wystającą z jego piersi. Mimo panującej ciszy, Ethan nie usłyszał
zupełnie nic, jednak najwidoczniej do uszu mężczyzn dotarły jakieś dźwięki, bo
wszyscy poruszyli się niespokojnie, zachowując ciszę. Wbiegli w przeciwległą
ścianę lasu. Rudzielec powiedział na odchodnym:
-
Dunkel, pilnuj koni. Tylko znów się nie uchlej, jak dziki prosiak, bo nie
dostaniesz ani monety- warknął, a jego głos wydawał się być chrzęstem kamienia,
ocierającego się o kamień. Nawet na skórze Ethana pojawiła się gęsia skórka.
Leżał nieruchomo, ukryty za warstwą ściółki i oblepionych błotem kamieni.
Odczekał chwilę, po czym zamknął powieki, przypominając sobie twarz rudego
mężczyzny. Otworzył szeroko oczy i poczuł, że teraz dostanie to, czego chce,
chyba że nogi odmówią mu posłuszeństwa i poniosą go gdzie pieprz rośnie.
Widział jak kara klacz zastrzygła uszami, a po jej bokach przemknął dreszcz
spowodowany ukłuciem końskiej muchy.
Wyszedł
wprost na polanę, szeleszcząc uginającymi się pod jego stopami liśćmi. Miał
nadzieję, że wygląda w tej chwili na pewnego swego.
Szelest
zaalarmował Dunkela:
-
Co do…- zaczął, podnosząc się z pnia, na którym siedział i wyciągając ostrze z
chrzęstem, który sprawił, ze Ethanowi zadzwoniły zęby. Niemal zawrócił, ale był
zbyt zdeterminowany, by tak po prostu odpuścić. Zresztą żelastwo w ręku grubasa
drżało wyraźnie, a kiedy przyjrzał mu się mętnymi oczami o wypłowiałym, żółtym
kolorze, Ethan zdał sobie sprawę, że nawet nie wykorzystując swojej mocy,
mógłby powalić go jednym ciosem. – Co się stało, Panie?
Jego
pytanie było bojaźliwe i miało chyba związek z bukłakiem, w którym coś
chlupotało, a który nieudolnie starał się wepchnąć do płóciennego tobołka,
przytoczonego do jego pasa,
-
Potrzebujemy konia- powiedział Ethan, a jego głos brzmiał zimno i oschle, tak,
że głupi wyraz tych słów niemal utonął w tym tonie, brzmiąc konkretnie i nie
znosząc sprzeciwu. Podszedł pewnym krokiem do przywiązanych rzędem koni i zaczął
odwiązywać sznur karej klaczy, która patrzyła na niego ciekawskim spojrzeniem
wystających, brązowych oczu.
-
Mojej Dory?!- wrzasnął grubas, podbiegając do niego z obnażonym ostrzem, co
pewnie by go przeraziło, gdyby nie to, że Dunkel wyglądał komicznie z
podskakującym brzuchem. Tuż przy siodle klaczy Ethan dostrzegł srebrną rękojeść
miecza, chwycił ją i pociągnął. Odwrócił się do brodacza:
-
Masz z tym jakiś problem?
-
Nie, skądże… Pewnie, jasne, bierz ją, przecież i tak zaraz wrócicie- mamrotał
Dunkel, a Ethan prawie mu współczuł.
Wsiadł
na wysoki grzbiet klaczy, zastanawiając się jak taki Dunkel w ogóle dosiada
konia, po czym wjechał w las, w miejscu, w którym dobrą chwilę temu zniknęło
pięciu dorosłych mężczyzn, uzbrojonych i o wiele bardziej rozgarniętych niż
ten, którego zostawiał za swoimi plecami. Jednak tuż poza zasięgiem jego
wzroku, zawrócił, okrążając wzgórze. Klacz szła powoli, a jej wielkie kopyta
odznaczały się w miękkim poszyciu. Na szczęście już niebawem dotarł do
rozmiękłego wąwozu, w którego błocie koń niemal brodził, pozostawiając za sobą
bliżej niezidentyfikowane, rozmemłane wgłębienia w mule.
Mężczyzna
już miał skierować konia na, jak mu się wydawało, drogę prowadzącą do chaty
Orena, kiedy dobiegł go szczęk stali i krzyki. Nie były to słowa, były to
wrzaski wyrywające się z gardeł mordowanych ludzi, tuż przed tym, kiedy życie
opuści ich ciała.
Nie
wahał się ani chwili, wbijając pięty w boki klaczy, która natychmiast zerwała
się do galopu, jakby tylko czekając na jego znak. Omijał wystające korzenie,
unikał miękkiego podłoża, aż nagle pod kopytami konia zadudnił bruk, którym
wyłożony był szeroki trakt, prowadzący przez sam środek lasu. Nisko nad drogą
zwieszały się konary drzew, wyciągając cienkie gałęzie, by móc dosięgnąć
jeźdźców. Ethan wypadł z kniei niemal na sam środek drogi, jednak przez dłuższą
chwilę pozostał niezauważony. Przed nim rozpościerał się widok, który nieraz
wyobrażał sobie czytając książki, czy oglądał w telewizji podczas transmisji
jakichś historycznych filmów. Na środku drogi stał wóz, drugi leżał zepchnięty
do rowu, a jego przednie koło nadal się poruszało. Właśnie to kręcące się,
drewniane koło przykuło uwagę Ethana, dlatego w pierwszej chwili nie zauważył
trupów. O ziemię z głuchym łoskotem padło ciało, a czarnowłosy Mikel,
rozdziawiając swoje usta i bliznę, wbijał ostrze prosto między łopatki,
leżącego na brzuchu płowowłosego mężczyzny.
Mikel
go dostrzegł, podnosząc wzrok znad rosnącej kałuży krwi wokół jasnych włosów.
Przez dobrą chwilę mierzyli się wzrokiem, a w spojrzeniu mężczyzny Ethan ze
zdumieniem odkrył strach.
-
Kim ty, do cholery, jesteś?- wrzasnął, zwracając tym samym uwagę pozostałych
przy życiu osób.
Ethan
zrozumiał. Był trzecim Panem dosiadającym klaczy należącej do ich kompana,
pozostawionego w obozie. Wykrzywił usta w grymasie.
Już
miał mu odpowiedzieć, kiedy zza przewalonego na bok wozu wyskoczyła postać
młodego chłopaka z obnażonym ostrzem w dłoni. W okamgnieniu doskoczył do
Mikela, wykorzystując jego rozkojarzenie i ciął go w samą pierś, sprawiając, że
na głowę zabitego wcześniej mężczyzny spłynął potok krwi. Ethan zauważył, że
jest jedyną żywą osobą, nie licząc zbirów, których poznał na wzgórzu. Miał
jasne włosy i zacięty wyraz twarzy, kiedy odwracał się na nacierających na
niego czterech pozostałych mężczyzn. Wywinął się spod ciosu wymierzonego mu
przez blondyna, zaraz później atakując i trafiając wyższego i starszego
mężczyznę w szyję, tnąc ostro i głęboko. Jednak, kiedy Rouge dostrzegł
okrwawioną stał w rękach rudych mężczyzn oraz zaciętość i chęć mordu w ich
oczach, nie miał złudzeń, kto zaraz dołączy do gromady martwych.
Nie
powinien się mieszać. Wielu rzeczy nie powinien był robić w swoim życiu,
począwszy od skakania z Tay Bridge, gdzie w toni odnalazł kryształ, a na
uprawianiu seksu z nastolatką, zasłaniając się maksymą carpe diem w obliczu ich
krótkiego, przyszłego żywota. Tak i tym razem Ethan pozostał głuchy na głos
rozsądku.
Spiął
konia, który ruszył naprzód, rozbryzgując wokół małe kamyczki i piasek, zalegające
na bruku. Ethan znów wyciągnął miecz, ciągle przytoczony do siodła, chociaż
właściwie nie miał bladego pojęcia, co powinien z nim zrobić. Pewnie wyglądał
śmiesznie, wyciągając ku mężczyznom ostrze, niczym rycerską kopię na filmach. Sam
efekt zaskoczenia wystarczył, bowiem walczący rozstąpili się przed masywną
klaczą, a Ethan wygiął się, łapiąc młodego chłopaka za tył koszuli i, wciągając
go na grzbiet karego konia, modląc się, by materiał wytrzymał. Niemal spadł z
wierzchowca, kiedy zwierzak uskoczył nie chcąc stratować głowy, leżącego u jej
stóp człowieka. Ethan spojrzał w dół i miał wrażenie, że wszystkie trzewia
podchodzą mu do gardła. Na ziemi leżały ciała. Najbliżej nich spoczywały zwłoki
dziewczyny. Miała obnażone piersi, na których zastygła krew. Wydawało mu się,
że trwało wieki nim uniósł wzrok, chcąc popatrzeć jej w twarz, ale to w Ethana patrzyło niebieskie oko, nieruchome
niczym szklana kulka, otoczone feerią krwistych tkanek i białych kości.
Zatrzymali
się dopiero po kilkudziesięciu minutach jazdy szybkim kłusem. Ethan wciąż
zmieniał kierunek, chcąc za wszelką cenę zgubić ewentualny pościg. Sam się zastanawiał,
co też właściwie się stało i pewnie spisałby to wszystko na karb wyobrażeń,
snów czy innych mar, gdyby nie szamocząca się kukła, którą wiózł i która
musiała już mieć wystarczająco boleśnie obite żebra, by wyć z bólu, a mimo tego
z ust blondyna nie wyrwało się chociażby jedno słowo.
Ethan
przetrząsał juki przy siodle, chcąc opóźnić konieczność spojrzenia na chłopaka,
który opadł na poszycie i leżał oddychając głęboko. Rouge w bagażach znalazł
jedynie kilka bukłaków o różnej wielkości i zawartości. Skrzywił się. Ten koń
naprawdę należał do grubasa. Stwierdził jednak, że nie ma co narzekać i otworzył
coś, co pachniało jak wino wiśniowe.
Wyciągnął je w stronę blondyna, dopiero teraz przyglądając mu się z
uwagą.
Miał
jasne, bardzo jasne włosy, lekko poskręcane, tak, że przypominał Ethanowi jego
samego w latach młodości. Jego duże, okrągłe, zielone oczy spoglądały na niego
z trwogą, ale i z czymś, co przypominało… podziw? Ethanowi wcale się to nie
spodobało, więc potrząsnął napojem:
-
Bierzesz czy nie?- warknął, a chłopak niemal natychmiast wyrwał mu bukłak
przykładając do niego usta. Pił i pił, a kilka kropel spływało mu z kącika ust
na brodę.
-
Dziękuję- odpowiedział po chwili, ocierając rękawem brodę i oddając wino
Ethanowi, który poczuł, że naprawdę potrzebuje się napić. Opadł więc na ściółkę
przy blondynie, pijąc i myśląc o tym, że przekonał się na własnej skórze, do
jakiej rzeczywistości trafił. Zapomniał nawet o ludziach, którzy siedzą
bezpiecznie pod chatą Orena, nie mając pojęcia o tym, że wokół nich trwa
prawdziwa wojna, mieszkają ludzie, którzy mogą oddychać i mówić, a także
umierać. Wstrząsnęło to Ethanem bardziej niż powinno. Jakby bezpieczna bańka, w
której umieścił ich starzec rozpękła się, ochlapując wszystko wypalającym
dziury kwasem rzeczywistości.
Otworzył
oczy i dostrzegł przerażone spojrzenie chłopaka.
-
Świetnie- mruknął sam do siebie, spoglądając na swoje dłonie, które miały
znacznie ciemniejszą skórę, niż blada pokryta piegami skóra Pana, w którego
postaci przebywał ostatnich kilkadziesiąt minut. Przypomniała mu się masa
mięsa, z której patrzyło na niego niebieskie oko i poczuł, obrzydzenie, na samą
myśl o tak podłej kreaturze, w której skórę wstąpił.
-
Kim jesteś?- zapytał chłopak, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość,
palcami otaczając rękojeść swojego miecza. Mimo wszystko, patrzył na niego z
zaciekawieniem.
-
Ethan Rouge- odpowiedział, bo nie widział powodu, dla którego miałby kłamać.
-
Jesteś jakimś upiorem? Czy magiem? A może bestią żyjącą w tych lasach,
przybierającą ludzką postać?- blondyn nie potrafił ukryć zainteresowania, które
sprawiło, że jego twarz wygładziła się, a Ethan z przerażeniem odkrył, że
chłopak może mieć najwyżej dwadzieścia lat.
-
Chciałbym, ale niestety jestem tylko człowiekiem, który potrafi się maskować-
rzekł, znów pijąc, co dało mu kilka sekund na to, by przyjrzeć się młokosowi.
Ubrany był tylko w jakąś płócienną koszulę, spod której widać było wyraźnie
zarysowane mięśnie i kilka ran zadanych mu podczas walki. Nie mogły być jednak
głębokie, bo krew zdążyła zakrzepnąć, pozostawiając tylko wąskie,
ciemnobrunatne znaki. – A ty, jak się nazywasz? I ile masz lat?
Ku
niemałemu zaskoczeniu mężczyzny, chłopak wyprostował się, po czym ukłonił mu
się dworsko, zataczając dłonią kilka kółek. Ethan wybuchnąłby śmiechem, gdyby
nie śmiertelnie poważna mina chłopca.
-
Zwą mnie Yori z Berg- powiedział z nutą dumy w głosie. – W tym roku zobaczę
swoje osiemnaste obchody święta ku czci Atriva, mojego patrona.
Niewiele
mógł z tego zrozumieć. Jednego tylko był pewien, bo mógł się o tym przekonać na
własne oczy:
-
Dobrze walczysz, Yori z Berg- powiedział Ethan, a blondyn wypiął dumne pierś
łasy na pochwały, pokazując jak jeszcze jest młody i niedojrzały. Gdyby ktoś
powiedział Rouge, że ten tutaj zabił właśnie z zimną krwią dwóch dorosłych
mężczyzn, to by nie uwierzył. A jednak.
-
Dziękuję, panie- znów się pokłonił, a Ethan powtórzył za nim ten dziwny ruch
dłoni, czując się jak idiota, a jednocześnie dobrze się bawiąc. – Chcę zostać
rycerzem walczącym w imię miłościwie nam panującego króla Daimona.
Znów
nie miał pojęcia o czym on właściwie mówi, ale przytaknął mu, nie chcąc
podważać jego pewności siebie. Przyszła mu do głowy myśl, że jeśli miał
zmierzyć się z wrogiem ludzkości, to powinien najpierw nauczyć się walczyć.
Reszta posiadaczy kryształów z łatwością mogła spopielić wroga, czy utopić go w
hektolitrach wody, ale nie on. Patrząc na tego młodego chłopaka, postanowił, że
nie da się tak łatwo zabić. Nie będzie czekał, aż ktoś przeskoczy nad jego
nieruchomą, zmasakrowaną twarzą.
-
Yori z Berg gdzie mieszkasz?
- W
mieście – powiedział, patrząc na niego jakby był mężczyzną przebranym w trykot.
Uniósł rękę wskazując gdzieś w puszczę po prawej stronie. – W Mistyi. Stolicy-
wytłumaczył, chyba dostrzegając nareszcie, że Ethan nie ma bladego pojęcia o
czym mowa. – Musisz być z bardzo daleka, panie- powiedział, a w jego głosie
brzmiała nutka podejrzliwości.
-
Tak, z bardzo daleka- potwierdził. – Czy mógłbyś nauczyć mnie walczyć, Yori?
Zadał
to pytania, czując się jak idiota, jednak potrzeba zdobycia jakiejś przydatnej
w tym świecie umiejętności była tak dojmująca, że nie mógł zaprzepaścić takiej
szansy. Chyba, że chciał zginąć na trakcie nawet nie dożywszy spotkania z ich
prawdziwym wrogiem.
-
To będzie dla mnie zaszczyt. W końcu zawdzięczam ci życie, Ethanie, a ja zawsze
spłacam swoje długi- rzekł patetycznie, jednak wyciągnął rękę do mężczyzny, a
on nie był w stanie jej nie uścisnąć.
-
Jutro w południe w tym miejscu?- zapytał blondyna, który kiwnął głową, a zaraz
potem jego usta rozciągnęły się w uśmiechu, który swym zasięgiem obejmował całą
postać.
-
Jesteś bardzo dziwnym człowiekiem- rzekł Yori, przyglądając mu się z
rozbawieniem.
Ethan
poczuł się jak na jakiejś wielkiej karuzeli. Z jednej strony młodzieniec był
poważny i pompatyczny, w swoich dziwnych uprzejmościach i grzecznościach, a z
drugiej strony był jak psiak, który łasi się do nogi, oczekując pochwał. Sama
wizja uczenia czegoś, co w jego mniemaniu Ethan już dawno powinien umieć,
sprawiała mu niemałą przyjemność. Mężczyzna przypomniał sobie, że ten
jasnowłosy psiak ma mordercze skłonności i puścił jego rękę.
-
Ci na trakcie…- zaczął, a po chwili dodał: - To nie była twoja rodzina czy ktoś
bliski?
-
Nie- wzruszył ramionami chłopak, zbierając swoje rzeczy ze ściółki, a Ethana
poraził jego niedbały ton. Nie rozumiał jak można z zaciętością lwa walczyć o
życie ludzi, którzy są ci zupełnie obojętni. – Miałem ich eskortować do bramy-
grymas zniekształcił mu twarz. – Nie wykonałem rozkazu i znów każą mi szorować posadzki- mruknął do
siebie.
Ethan
stał, patrząc jak się oddala i znika za drzewami po prawej stronie. Przerażało
go to, do jakiego świata trafili. Obowiązek i rozkazy sprawiały, że młodzi
chłopcy chcieli ginąć z mieczem wbitym w brzuchy. Bogactwo łączyło się ze
śmiercią. Ethan też był złodziejem, ale nigdy nikogo nie zabił, by zyskać
pieniądze. Cieszył się ze spotkania Yoriego. Wreszcie uzyska broń, którą będzie
potrafił walczyć o swoje życie. I nie tylko swoje, dodała jego podświadomość,
kiedy podnosił z ziemi miecz wykończony
srebrem. Wydawało mu się, że w klindze odbił się kawałek nieba, a błękit
nakazał mu powrócić tam, gdzie będzie mógł spotkać kogoś, kto obdarzy go
niebieskim spojrzeniem.
Odkąd
wjechał na polanę, otaczającą chatkę Orena, nikt nie odezwał się ani słowem.
Idąc do podziemi skierował swoje kroki do kuchni, która była specjalnie zaopatrzona
na ich pobyt. Po wydarzeniach dzisiejszego popołudnia nie mógł i nie chciał
spędzać dnia w zamkniętych czterech ścianach. I chociaż w głowie mu huczało, a
myśli krążyły niedbale, nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia, to Ethan poczuł,
jakby tęsknił za towarzystwem młodego blondyna. Teraz, patrząc na przybyłych z
nim posiadaczy kryształów żywiołów zastanawiał się na ile to, co się
przydarzyło było prawdą. Yori zdawał się być marą, która nawiedziła go w
realistycznym do bólu śnie.
Podziemne
wnętrze chaty kryło wiele zakamarków. Ethan nie zdążył wszystkiego obejrzeć,
ale wiedział, gdzie jest biblioteka. Wszedł do pomieszczenia, na którego
ścianach w równych rzędach stały książki. Minął tomiszcza, nie zaszczycając ich
nawet spojrzeniem i skierował się na lewo do drzwi z napisem „zbrojownia”, by
chwilę po wejściu zrozumieć, że ten kto wymyślił tą nazwę był trochę narwany. W
pomieszczeniu znajdowała się skrzynia z niedbale wrzuconymi ostrzami, kilka
sztyletów połyskiwało na półce, a w szufladach komody Ethan odnalazł części
pancerza. Pokręcił głową z dezaprobatą. Jeśli to było wszystko, co miał im do
zaoferowania Oren, to już mogli się żegnać z życiem. Rouge powędrował myślami
do ukrytego w jego pokoju srebrnego miecza i poczuł się szczęśliwy i
niezależny, a szczególnie na tym ostatnim bardzo mu zależało. Dopiero teraz
dostrzegł, że w zbrojowni znajdują się jeszcze jedne drzwi. Nacisnął klamkę,
wrota ustąpiły, a mężczyzna wszedł do
wąskiego i długiego pomieszczenia, w którym wszystko było pokryte grubą warstwą
kurzu. Musiał to być jakichś schowek czy magazyn, w każdym razie było tutaj
wszystko, na zwojach sznura począwszy, a na wielkich skórzanych skrzydłach
skończywszy. Ethan dostrzegł coś, co wywołało uśmiech na jego twarzy. Wziął z
półki potężny młotek i rozglądnął się za gwoździami, które okazały się być porozrzucane
po całym pomieszczeniu. Dobrych kilka minut zajęło mu zbieranie ich i wkładanie
do kieszeni. Jedne były długie i ostre, a inne powykręcane i przyrdzewiałe,
jednak Ethanowi to nie przeszkadzało. Wyszedł z założenia, że nigdy nie wiadomo,
co się może przydać.
Wbijał
właśnie ostatniego gwoździa, podziwiając swoje dzieło. Naprawił jedną z
nieużywanych zagród Orena, a wewnątrz niej spokojnie pasła się Pecado, skubiąc
o wiele za długą trawę i łypiąc na niego. Patrzył na zwierzę zupełnie
pochłonięty tym widokiem, jakby zapomniał już, jak wspaniałe są konie. Jego
uwagę odwróciła poruszająca się sylwetka, wyraźnie do niego spiesząca.
Rozpoznał Orena, który w dłoni dzierżył ociosany kijek. Najwidoczniej
zapomniał, że powinien mu służyć do podpierania się, po ciągnął go za sobą, raz
po raz wyrzucając go przed siebie, tak że wydawał się być jakimś skrzydlatym
owadem, który zapomniał jak się lata.
Stanął
nieopodal, patrząc bacznie na karą klacz. Wreszcie przeniósł spojrzenie na
Ethana i rzekł głosem pełnym nagany i ostrości:
-
My nie kradniemy.
Ethan
spojrzał na niego z niedowierzaniem. Stwierdzenie starca, w obliczu wydarzeń
dzisiejszego dnia wydało mu się równie śmieszne, co przerażająco absurdalne.
-
Pewnie też nie zabijamy- odpowiedział niemal natychmiast, zupełnie nie
kontrolując słów, wypływających z jego ust. – Szkoda tylko, że wszyscy wokół
właśnie to robią.
Oren
patrzył na niego z zaciekawieniem zmieszanym z irytacją.
-
To nie znaczy, że mamy się zniżać do ich poziomu- powiedział z pasją.
- Rozumiem,
że istnieje inny sposób na zniszczenie grzechów, o których mówiłeś?- zapytał
podchodząc do starca. W jego sercu rozgorzał najprawdziwszy na świecie gniew.
Nienawidził, kiedy ludzie stawali się hipokrytami.
-
Grzechy to co innego…- zaczął Oren, ale Ethan nie był w stanie znieść kolejnych
banałów prawionych przez starca. Poznał brutalną prawdę i żadne zapewnienia
Orena nie były w stanie zamazać widoku krwi.
-
Wszystko co robimy pcha nas ku nim, prawda? Im szybciej nauczymy się żyć w
waszym świecie, tym lepiej. Widziałem dziś na własne oczy, jak jest ten świat-
powiedział cicho, ale jego głos był doskonale słyszalny. – Nie zabijamy? Nie
kradniemy? Idź i powiedz to trupom, leżącym na trakcie.
Oren
nie wydawał się nawet minimalnie zaskoczony tym, że Ethan wie o czymś, co
działo się poza granicami polany. Blondyn miał wrażenie, że starzec wie o
wszystkim, co dzieje się w tym świecie, bez konieczności opuszczania swojej
bezpiecznej przystani. Tyle tylko, że stadko, które tutaj sprowadził, nie miało
jego wiedzy i świadomości. A powinno, pomyślał Ethan.
Siwy
mężczyzna nic nie odpowiedział. Patrzył na deski, które pozbijał Ethan, po czym
znów na niego spojrzał, a w jego oczach można było dostrzec coś miękkiego,
ulotnego i naiwnego.
-
Solidna robota- rzekł tylko, poklepując belki i oddalił się. Tym razem używał kijka
do podpierania się, jakby rozmowa z Ethanem zmęczyła go i postarzyła.
Stał,
opierając się torsem o nieoheblowane deski. Dzień zaczął go przytłaczać,
dlatego z miną skazańca, czekającego wybawienia, patrzył na powolną wędrówkę
słońca po horyzoncie.
Poczuł,
że ktoś go obserwuje i odwrócił głowę w prawo, napotykając niezłomne spojrzenie
Julie. Mało nie dostał ataku serca, ale opanował się. Poczuł się zbyt zmęczony,
by jeszcze dziś stawiać czoła blondynce, jednak nie miał wyboru, bowiem
dziewczyna z wyraźną radością witała go uśmiechem.
-
Julie- kiwnął lekko głową w ramach przywitania, mając jeszcze cień nadziei na
to, że zniechęci ją jego postawa i odejdzie. Nawet nie zszokowało go to, że
mimo wszystko podeszła do niego i oparła się o naprawioną konstrukcję zagrody.
- Co słychać?- zapytała z taką radością, że
pomimo narastającej w nim obawy, nie potrafił podzielić się z nią choćby
najmniejszą jej częścią.
-
Dobrze. A u ciebie?- zapytał, starając się stłumić w sobie wyrzuty sumienia… oraz
obraz jej nagiego ciała.
-
Świetnie- uśmiechnęła się promiennie, a Ethanowi stanęło serce, kiedy wyobraził
sobie, do czego mógłby go zachęcić ten uśmiech. Był tak zmęczony, że przegrywał
walkę ze swoimi fantazjami. – Chociaż Sefi mnie rano obudziła, a wolałabym
jednak trochę odespać. Fajnie było.
Fajnie.
Ethan poczuł gorycz w ustach, smakując to słowo. Nienawidził go.
-
Julie, jesteś taka młoda…- zaczął wbrew sobie. Najchętniej otoczyłby głowę ramionami,
złożył ją na deskach i przeczekał, aż dzień się skończy i będzie mógł zasnąć. Odetchnął,
oddalając od siebie tą kuszącą myśl i dodał pewniej: - Jesteś wspaniała, ale nie
jestem kimś, kto nadaje się na stały związek. Martwię się, że nie jestem w
stanie dać ci tego, czego pragniesz.
Dopadły
go wątpliwości, które miał rano. Żył na tyle długo, żeby móc z całą pewnością
stwierdzić, że kobiety mogą zarzekać się na wszystkie świętości, iż nie
potrzebują uczucia, ale… Kłamią.
Uśmiech
znikł z twarzy Julie, uniosła jednak brew, przyglądając mu się.
-
Stały związek? A skąd ty sobie wziąłeś to, że ja pragnę stałego związku?
Mówiła
z pełnym przekonaniem, jakby to, że w ogóle rozpoczął temat wykraczało poza jej
najśmielsze oczekiwania.
Chciał
tylko postawić sprawę wystarczająco jasno, by nie musieć później użerać się z
gryzącymi wyrzutami sumienia za zranienie tak młodej, pełnej życia dziewczyny.
-Wiele
razy już to słyszałem. Nie chcę zostawiać ci jakichkolwiek złudzeń: żadnych
zobowiązań to żadnych zobowiązań. Nigdy się to nie zmieni, Julie- powiedział,
mając przemożone uczucie, że właśnie powiedział dziewczynie, iż nigdy jej nie
pokocha. Nie miał ochoty się nad tym zastanawiać. Nie teraz, nie dziś. Pewnie w
innych okolicznościach, nawet nie rozważałby takich słów.
- Chyba
zapominasz, kto zaproponował ten układ. Żadnych zobowiązań. Nie licz na to, że
kiedykolwiek zakocham się w tobie i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Nawet,
jeśli byś się we mnie zakochał, to nie oczekuj niczego ode mnie.
Ethan
był przeszczęśliwy. To były słowa, z rodzaju tych, które masz ochotę usłyszeć
po ciężkim dniu. Słowa, które sprawiają, że masz lekki sen. Uwielbiał takie
jasne, klarowne sytuacje i niezmiernie cieszył go fakt, że to dziewczyna ubiegła
go w takich deklaracjach. Ona miała poczucie pewności i swojego sprawstwa, natomiast
on czyste, jak łza sumienie.
-
Nie mam żadnych oczekiwań względem ciebie- powiedział szczerze uradowany.
Starał się stłumić uśmiech błąkający mu się na ustach. – Chcę tylko, by
wszystko było jasne. Niebagatelna jest także różnica wieku… - zaczął, czekając
aż mu przerwie, aż pozwoli mu się uwolnić od tego jeszcze jednego
niedomówienia.
-
Doprawdy? Wolałbyś, żebym była pomarszczona? No wiesz, jeśli to cię bardziej
podnieca, to droga wolna- zbuntowała się. W jej głosie mnóstwo było irytacji.
Kiedy się tak denerwowała, lekko marszczyła nos i mrużyła oczy, sprawiając, że
po ciele Ethana przebiegł przyjemny dreszcz.
-
Jesteś piękna, gdy się złościsz- rzekł niemal ze śmiechem. Taka była dziewczęca
w tym, jak go traktowała, jak traktowała samą siebie i całą sytuację. Tylko
ktoś tak młody może mieć w sobie tak wielką siłę bagatelizowania.
-
Ty chyba sam nie wiesz, co chcesz- prychnęła, chociaż jej słowom brakowało
werwy, którą miała jeszcze przed chwilą. Ethan stanął naprzeciwko niej, kładąc dłonie
na deski, tak, ze Julie stała między jego ramionami. Pochylił się, chcąc, by
ich twarze znalazły się na tym samym poziomie
-
Wiem dokładnie, czego chcę. Musiałem ci to wszystko powiedzieć. Wbrew pozorom
mam sumienie, które niemiłosiernie mi ciąży- rzekł dobitnie, oschle, chcąc by
dziewczyna dobrze wdrukowała sobie to, co do niej mówił. Patrzył jej w oczy, a
z jego wspomnień wydobył się obraz wpatrzonego w niego nieruchomego oka martwej
dziewczyny. Nie chciał o tym myśleć, nie teraz, kiedy ciepło Julie działało na
niego tak obezwładniająco, niczym środek znieczulający.
-
To dobrze- wycedziła przez zęby. Ale nagle przeszła zupełną metamorfozę. Z
rozwrzeszczanej nastolatki stała się zalotną i uwodzicielską kobietą, kiedy tak
spoglądała w dal, bawiąc się wiązaniem przy dekolcie sukni. – Bo co ja bym zrobiła,
gdybyś nie wiedział? Zapewne nic.
Uśmiechnął
się. Zastanawiał się, co przyniesie Julie jej pewność siebie. Życie potrafi
srogo rozczarować, a już na pewno dziewczęta z nastawieniem takim, jakie
posiadała ona.
Pochylił
się jeszcze niżej, całując ją w miejsce, gdzie obojczyk łączył się z jej szyją.
Ciepła skóra otuliła mu twarz i poczuł, że jego mięśnie się rozluźniają, kiedy
chłonął całym sobą jej zapach.
-
Pragnę cię- powiedział bardziej do siebie niż do niej, a jego usta poruszały
się, drażniąc jej skórę. Przy niej wszystko wydawało się proste i
nieskomplikowane. Pragnął nie tylko jej ciała, ale także sposobu bycia.
Chciałby móc być taki jak ona. Beztroski, swobodny, szczęśliwy.
Dotarł
do niego jej śmiech. Palcami zatopiła się w jego włosy, sprawiając, ze
przywarli do siebie w uścisku.
-
Wiem- powiedziała krótko, a jej dłoń pieściła jego kark.- Ja ciebie też.
Bardzo
chciał poddać się otępieniu, które nim owładnęło, ale wiedział, że to nie
miejsce na obnażanie siebie, w prawie dosłownym tego słowa znaczeniu. Dlatego
zamiast trwać przy Julie, odsunął się od niej, przeszedł pod poprzecznymi
belkami zagrody.
-
Chodź- zwrócił się do niej. – Pokażę ci coś.
Podążyła
posłusznie za nim, a Ethan zaśmiał się w duchu nie wiedząc, gdzie podziała się
ta opryskliwa, nieznosząca sprzeciwu dziewczyna sprzed chwili. Podszedł do
Pecado, która uniosła łeb i zastrzygła uszami. Była niezwykle spokojnym,
posłusznym zwierzęciem, które słuchało człowieka w każdej sytuacji. Ethan
cieszył się z tego, bo od wielu lat nie miał styczności z końmi i nie był pewien
czy poradziłby sobie z jakimś narowistym ogierem.
Wyciągnął
rękę i pogładził karą klacz po chrapach. Zaraz potem odwrócił się do Julie,
która stanęła niepewnie tuż za jego plecami. Uśmiechnął się i położył swoje
dłonie na biodrach dziewczyny.
-
Uwaga- rzucił, chociaż było za późno na protesty. Poderwał ją z ziemi, nie
zważając na pisk zaskoczenia, wydobywający się z jej ust. Posadził ją na
wysokim grzbiecie Pecado. Uważał, że to imię bardziej pasuje do klaczy, niż
wcześniejsze. Chwilę później sam wskoczył na konia, udami ściskając siedzącą
przed nim Julie. – Gotowa?
W
tej chwili można było powiedzieć o Julie wiele, ale na pewno nie to, że była
pewna swego. Patrzyła na niego wielkimi oczami.
-
Żartujesz sobie ze mnie- mruknęła niezadowolona.
- W
życiu- odpowiedział, chociaż jego słowom mógł przeczyć szeroki uśmiech.
Niewiele mogło mu teraz popsuć humor. Cieszył się, że wrócił do chaty Orena.
Cieszył się, że była z nim Julie.
Wjechali
w las, a klacz szła równym stępem. Ethan tylko od czasu do czasu musiał
ściągać, to popuszczać wodze, by kierować zwierzęciem. Dzięki temu mógł skupić
się na opierającej się o jego tors Julie i jej biodrach, poruszających się w
rytmie kroków konia. Było to dla Ethana tak silnie seksualne przeżycie, że nie
mówił nic, dopóki nie dojechali w miejsce, które odkrył, błąkając się po lesie,
po tym, jak obraz Yoriego rozpłynął się między drzewami. Ciężko było nazwać to
polaną, bowiem drzewa rosły gęsto. Szeroko rozłożone korzenie pojawiały się to
tu, to tam, jakby chciały o sobie przypomnieć. Jednak pomiędzy nimi całą
ściółkę pokrywał miękki dywan mchu. Ethan zatrzymał Pecado, zsiadł z niej i stanął
obok by pomóc dziewczynie.
-
Ładnie tu- powiedziała, jakby niepewna tego, jak powinna się zachować.
-
Wiem. Jak wiadomo niezbyt towarzyski ze mnie typ. Wiele czasu spędzam w
miejscach takich jak to- rzekł.
Albo na traktach, na których
możesz spotkać się z Kostuchą, dodała jego podświadomość, ale zignorował ją.
Julie
stała zbyt blisko niego, by mógł myśleć o czymkolwiek innym, jak nie o jej zarzuconych
szyję ramionach i pocałunku delikatnie drażniącym jego usta. Odpowiedział na
niego z całą mocą, wpijając swoje wargi w jej.
Była
jego lekiem na całe zło, drzemiące gdzieś w tym świecie, czające się za każdym
z nich. Pozwalała mu nie myśleć, dając w zamian całą siebie. Był tyko jednym
wielkim czuciem, ogarniętą żądzą ludzką materią, dążącą tylko do tego, by
osiągnąć spełnienie.
Jaką
wartość miała walka, śmierć czy życie w obliczu tak upajającego zapomnienia?