piątek, 28 grudnia 2012

04. Opowieści



Dla wszystkich tych, którzy w tym roku, tak jak Ethan, odnaleźli cel. 
 

Życie, którego głównym celem jest spełnienie osobistych pragnień, prędzej czy później przynosi gorzkie rozczarowania.
A. Einstein 


Chata we wnętrzu gęstego lasu miała malutki ganek. Drewniane deski wypaczyły się w ciągu tych setek lat użytkowania i skrzypiały niemiłosiernie przy każdej sposobności. Starzec siedział na bujanym fotelu, a wszystko wokół niego grało tą dziwną, skrzypliwą melodię, od której cierpła skóra na karku. Patrzył przed siebie, wspominając stare dobre czasy, kiedy drzewa go otaczające miały postać ziarenka, a czas wcale nie płynął tak szybko. Ich życie, jego i Nityi, toczyło się ślimaczym tempem, a mimo tego, że pełne było wyrzeczeń i ubóstwa, to miało jednak coś z magii. Mogli razem dziwić się wszystkiemu, co się zmienia, co dorasta i umiera. Teraz siedział samotnie na ganku i od dawna już zaprzestał liczenia upływających dni i lat.
Jednak dziś miało odmienić ich los. Wpatrywał się sokolim okiem w polanę przed chatą. Wiedział, że to nastąpi właśnie dzisiaj. Czuł to w swoich starych kościach, które mogły poświadczyć najdawniejszej historii ludzkości, że dzisiaj dopełni się przeznaczenie, a on będzie jego świadkiem. Zapach powietrza wypełnił się ciężkim odorem ozonu, a atmosfera wyraźnie zgęstniała. Na polanie zmaterializowali się Oni, przybysze, których oczekiwał. Pojawili się znikąd i właśnie stamtąd pochodzili. Jego kilkutysięczne kości poczuły moc, przypływ energii pochodzący z dziedzictwa Nityi- nareszcie powrócił do niego kryształy! Czekał na ten dzień latami i oto w najczarniejszej godzinie, kiedy wszystko zdawało się być położone na szali, która wyraźnie ustępowała pola tej drugiej, pojawili się. Posiadacze kryształów. Czekał, aż ucichną głosy zdziwienia. Musieli Oni przybyć z jakiegoś dziwnego świata, gdyż zarówno ich odzież, jak i przedmioty trzymane w dłoniach zupełnie nie odpowiadały rzeczywistości. Uśmiechnął się w duchu do siebie, bowiem jego świat miał szansę na przetrwanie, oto przybyli ci, którzy wyplenią to, co złe, a pozostawią tylko pełne nadziei serca. Jednym z takich serc było jego własne. Wierzył, bowiem, że śmierć Nityi nie poszła na marne, że jej dziedzictwo odmieni losy świata.

- Nareszcie jesteście. Długo kazaliście na siebie czekać –głos należał do starca, który beznamiętnie wydmuchiwał spod długich, siwych wąsów małe kółeczka dymu. Fajka raz po raz żarzyła się czerwonym płomieniem, a do nozdrzy Ethana docierał zapach jakiegoś ciężkiego, metalicznego, tytoniu, z którym jeszcze się nie spotkał.- Witajcie w Mistyi. Moje imię brzmi Oren i to ja was tu wezwałem. Od dzisiaj jestem waszym mentorem, który pomoże wam w wypełnieniu waszej misji.
 Ethan wyprostował się, odetchnął świeżym, przesyconym zapachem żywicy powietrzem i, pomimo tego, ze cała sytuacja nie tylko wydawała mu się nierealna, ale co najmniej śmieszna. W poczuciu surrealizmu stwierdził, że skoro bawią się w sny i zmory, to przynajmniej powinni się dowiedzieć, o co toczy się ta gra.
- Jakiej misji?- zapytał głośno i wyraźnie, a szumy rozmów wokół niego, ucichły. Poczuł na sobie spojrzenia tych, którzy przybyli tutaj razem z nim. Tak jak wcześniej w Mestii wydawało mu się, że ich grupa jest zbyt wielka, tak teraz w obliczu potęgi pradawnych drzew, czuł, że są śmiesznie mali i zupełnie bezradni. Tym bardziej, kiedy ten starzec mówił o misjach. Nie wierzył, że ta grupa poradzi sobie z jakąkolwiek misją.
Pomarszczony starzec rozglądał się wokół, przyglądając się z wielką skrupulatnością każdej twarzy, jakby chciał wdrukować sobie ich obraz. Miał bystre, żywe spojrzenie, które zupełnie nie pasowało do pooranej grubymi bruzdami twarzy. Jego wzrok skrzyżował się z pewnym siebie i wyzywającym spojrzeniem Ethana.
- Skoro tu jesteście, to domyślam się, że każde z was posiada kryształ i w miarę zdaje sobie sprawę z faktu, że jesteście posiadaczami niezwykłej mocy. Cała wasza moc i wszystkie siedem kryształów należało kiedyś do mojej siostry, Nityi. Dostała je od naszego ojca, Artymosa w ramach pomocy w walce przeciwko złu. Jednak zło zbyt mocno wkradło się w serca ludzi i doprowadziło ją do zagłady. Wysłałem kryształy w świat, by znalazły godnych posiadaczy i oto jesteście.
Jedyne, co Ethan zrozumiał z tego monologu to, to, że właśnie gapi się na sprawdzę tego wszystkiego. To przez tego dziwnego, przeszywającego staruszka, znalazł kryształ, a jego życie potoczyło się tak a nie inaczej, w ciągu bezustannie nakładanych masek.
- Co się z nią stało?- nieśmiały głosik dobiegał z jego prawej strony Spojrzał na nieznaną mu brunetkę, która wydawała się być speszona faktem, że przez zadanie tego pytania, ściągnęła na siebie wzrok tylu ludzi.
- Nie żyje –jego głos był beznamiętny, ale spoglądał na ciemnowłosą z taką uwagą, jakby przyglądał się wydarzeniom, które miały miejsce w dalekiej przeszłości. Zupełnie oderwał się od tego miejsca, wędrując przez labirynt własnej pamięci. Westchnął ciężko, wracając do szarej rzeczywistości. Podniósł się ciężko z fotela, którego bieguny skrzypnęły z ulgą, uwolnione od niewielkiego ciężaru. Raz jeszcze omiótł ich spojrzeniem i Ethan mógł przysiąc, że na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, kiedy tak spoglądał na tych, których sam sprowadził. W opinii Ethana, starzec nie miał się wcale, z czego cieszyć. – Ale opowiem wam o tym i wielu innych rzeczach później. Na razie powinniście się rozgościć i zrobić ze sobą porządek.
Słowo „później” podziałało na mężczyznę jak czerwona płachta na byka, mimo to poszedł za niewielkim tłumem. Specjalnie ociągał się, by nie musieć wchodzić do małej chaty. Wyobrażał sobie ścisk, który musi tam panować. Zaczerpnął świeżego powietrza i rozglądnął się wokół. Oprócz chaty i lasu, na tle pni drzew majaczyła mu zagroda, jakby prosząc się o to, by mogły tutaj paść się konie. Zza chaty wystawał fragment grządki z warzywami i dziwnymi ziołami, które Ethan pierwszy raz w życiu miał okazję oglądać. Z pewnym siebie uśmiechem obrócił się w stronę domku, w którego wejściu niknęła ostatnia osoba. Według jego obliczeń, powinien zobaczyć jej plecy na progu, bo obawiał się, że nie zazna gościnności starca, gdyż najnormalniej w świecie chata była dla nich za mała. Jednak ostatnia osoba weszła pewnie do środka, zupełnie nic nie robiąc sobie z matematyczno- przestrzennych obliczeń Ethana. Blondyn zmarszczył brwi, spoglądając nieufnie na budynek. Wzruszył lekko ramionami i wszedł do środka. Zagadka sama się wyjaśniła, kiedy ujrzał czyjąś głowę niknącą w przejściu do piwnicy. Popatrzył na starą drewnianą klapę i drabinkę, splecioną z drewna i jakiegoś powrozu. Ethan czuł, ze z tym miejscem jest coś nie tak. Nie pamiętał, co prawda, co starzec mówił o sobie i swojej siostrze, ale zupełnie nie pasowało mu to do jakiejkolwiek znanej mu kultury czy wierzeń.
Patrzył nieufnie na przejście. Chwycił się krawędzi podłogi i zszedł po drabinie. Odetchnął. Bał się, że taka prowizoryczna drabina nie utrzyma jego ciężaru i najnormalniej w świecie załamie się. Rozglądnął się wokół. Przestronne pomieszczenie zamykał długi korytarz. Po obu jego stronach majaczyły drzwi. Ludzie gromadzili się w dużym salonie, w którym dominowały drewniane regały ciągnące się wzdłuż wszystkich ścian, zastawione różnego rodzaju księgami. Stała tam także słusznych rozmiarów skrzynia, którą starzec właśnie otwierał.
- Macie tutaj mnóstwo pokoi. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli drzwi są zamknięte, to oznacza, że jest to moje prywatne pomieszczenie, do którego macie kategoryczny zakaz wejścia – starzec sięgnął w głąb skrzyni i począł rozdawać ludziom stojącym wokół niego stroje. Ethan przez chwilę pomyślał, że chyba muszą być na jakimś średniowiecznym wydarzeniu czy rekonstrukcji, bo w dłoniach trzymał lnianą koszulę i spodnie, które w niczym nie przypominały tego, co w ich czasach gościło w modowych żurnalach. Starzec nie zamierzał im jednak niczego wyjaśniać, ponieważ wycofał się w głąb korytarza, by móc zniknąć w jednym z tajnych pokoi. Pozostali bez odpowiedzi. Kilkoro ludzi ruszyło w głąb korytarza, otwierając kolejne ciężkie, dębowe drzwi. Ethan także postanowił zająć sobie jakiś kąt, nim okaże się, ze będzie musiał dzielić przestrzeń z jakimś ledwo odrośniętym od ziemi gołowąsem. Stanął przed wielkimi drzwiami, które mieściły się nieopodal schodów prowadzących na powierzchnię. Im bliżej wyjścia, tym łatwiej o ucieczkę. Ethan uśmiechnął się do siebie i wszedł do pomieszczenia.
Prostota wnętrza w niczym mu nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie: jakby nagle zostawił całą ciężką przeszłość za sobą, a pustka, która istniała w tym pokoju symbolizowała nowy początek. Mógł od nowa zapełniać swoje życie. Nie wiedział tylko czym, ale czuł, że już niedługo starzec odpowie na ich pytania.  A jeśli nie ich, to chociaż na jego pytania, których posiadał przynajmniej z milion. Usiadł na szerokim, twardym łóżku i oparł głowę na dłoniach. Niewiele z tego wszystkiego rozumiał, ale chciał dotrzeć do odpowiedzi, by wreszcie móc podjąć wyzwanie, do którego był przeznaczony. Tylko to mu pozostało: kryształ i dziwna moc. Pora by wreszcie mógł wypełnić swoje zadanie, jakiekolwiek by ono nie było.

Był rozdrażniony. Podświadomość mówiła mu, że zachowuje się jak dziecko, które nie może doczekać się spełnienia obietnicy, ale jego gówno to obchodziło. Chciał odpowiedzi na pytania, kłębiące mu się w głowie natychmiast i osobiście uważał, że nie jest to zbyt wygórowane żądanie, jak na kogoś, kogo właśnie przeniesiono do jakiegoś dziwnego, alternatywnego świata i wplątano w dziwną misję, której celu i przeznaczenia także nie znał. Surowość pomieszczenia zaczęła także działać mu na nerwy, postanowił więc wyjść na zewnątrz. Tylko widok starożytnego lasu mógłby ukoić jego nerwy. Z prawdziwą ulgą odetchnął pachnącym lasem powietrzem i chłonął widoki a także dźwięki, które z niego napływały. W pewnym momencie do delikatnej melodii ptasich treli dołączyły zupełnie niedelikatne głosy dziewcząt. Przeszedł na kraniec ganku, by móc dojrzeć, komu to zawdzięcza wieczorny koncert. Na małej polanie stały bliźniaczki i blondynka, która z nimi przybyła. Ćwiczyła najwyraźniej swoją moc, bo raz po raz wieczorna szarówka rozświetlała się ognistym płomieniem pochodzącym z dłoni dziewczyny. Ethan poczuł ukłucie zazdrości: oto, bowiem była prawdziwa moc, z którą można by podjąć się nawet najdzikszej misji. A on? Mógł ewentualnie przerazić dzieciaki zmieniając się w ich matkę. Pokręcił z roztargnieniem głową i wpatrzył się w Julie, która drażniła się z dziewczyną, posiadającą moc ognia. Nagle jedna ze świetlistych kuli, pomknęła wprost na Julie, a Ethan poczuł ukłucie strachu. Jednak nim zdążył zareagować bliźniaczka odskoczyła z gracją, ciesząc się z nowopowstałego ogniska. I chociaż Ethan miał ochotę zbesztać ją jak pięciolatkę za nieodpowiedzialność i głupotę, to jednak widząc jej radość, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Była tak prawdziwa, tak spontaniczna i otwarta, że w niektórych momentach przypominała mu Phoebe. Może to wiek sprawiał, że dziewczęta wydawały mu się niezepsute światem i życiem. Julie z głośnym okrzykiem zatytułowanym „ognisko” biegła w jego stronę, po czym niczym burza przemknęła obok niego i pomknęła wprost do podziemnych pokoi. Mężczyzna uśmiechnął się raz jeszcze, po czym ruszył w kierunku ognia, pozostającego pod opieką ognistej dziewczyny i siostry Julie, Sefi. Minął dziewczęta i wszedł do lasu, po to, by po chwili wyjść z niego z naręczem drzewa. Wrzucił je w ogień, aż iskry poszybowały w wieczorne niebo. W gruncie rzeczy nie wiedział, czy dziewczyna jest w stanie utrzymać ogień nawet, kiedy nie będzie się miało, co palić, ale osobiście uważał, że odgłos strzelających polan jest przyjemniejszy niż cichy szum płomieni.
Od strony chatki zaczęli nadchodzić ludzie. Ethan usiadł na powalonym pniu drzewa i czekał na rozwój wypadków. Ucieszył się, widząc pochyloną sylwetkę Orena zmierzającego w ich stronę. Czuł, że płonące ognisko zmusi starca do opowieści. Siwy brodacz usiadł na przyciągniętym drewnianym klocku i wpatrzył się w ogień. Jak na komendę ucichły wszystkie głosy i szumy. Wiadomym było, że każde z nich chce się dowiedzieć czegoś więcej na temat swojego przeznaczenia.
- Ach, jak miło posiedzieć sobie przy ogniu. To mi przypomina pożar miasta w 649 roku- głos starca wbił się w gęstą ciszę przepełnioną dymem, niczym dłuto wdziera się w zwartą strukturę drewna. Jego ton był rozrzewniony, kiedy wspominał o dawnych wydarzeniach. Wydawało się, że to wypowiedź ducha tego świata, całej otaczającej ich rzeczywistości. Niestety ta ulotna chwila nie trwała długo, ledwo pojawiła się w świadomości Ethana, kiedy została przerwana przez kapryśną, młodą blondynkę, tę samą, która przybyła z Julie i Sefi.
- A mi przypomina o uciążliwych zdolnościach, które wszyscy mamy. Wydaje mi się, że nikt nas tu nie ściągnął na wspominki przy ognisku, więc przejdźmy do rzeczy.
Jej wypowiedź, pomimo tego, że nie była pozbawiona sensu, wywołała w Ethanie rozdrażnienie. I chociaż na ustach starca pojawił się lekki, pobłażliwy uśmiech, to Rouge współczuł mu, że musi wysłuchiwać lodowatego tonu kogoś, kto nawet w jednej trzeciej nie dorównuje mu doświadczeniem. Ponadto nastrój, który tak bardzo mu odpowiadał został zniszczony w mgnieniu oka przez ledwo opierzoną ptaszynkę o rozwartym dzióbku. Miał ochotę obedrzeć ją z piórek.
- No tak, czas na opowieść. To może najpierw opowiem wam o Nityi? Albo lepiej zacznę od samego początku, od ojca – zamyślił się na chwilę, a Ethan rozsiadł się wygodniej na ciepłej trawie, ponieważ wyczuwał dłuższą historię. Nie mógł się jej doczekać. Był tak podekscytowany, że bezwiednie zaciskał pięści na dłuższych źdźbłach trawy. – W czasach, kiedy świat dopiero miał się narodzić istniały tylko dwie moce, dwie istoty, od których wszystko wzięło swój początek. Jedną z tych istot był ojciec mój i Nityi- Artymos, natomiast druga moc została obleczona w ciało Sanayi. I tak jak nasz pan ojciec był narzędziem dobra, tak Sanaya utożsamiała wszystko to, co złe. Uzupełniali się wzajemnie i istnieli dzięki sobie, gdyż tak jak nie może być światła bez ciemności, tak nie istnieje dobro bez zła. Artymos stworzył tą część świata, która wydaje wam się dobra i piękna, natomiast dzięki Sanayi ludzie poznają smak cierpienia, strach i ciemność, ale także morderstwo czy gwałt. Ja i Nitya byliśmy dziećmi Artymosa, stworzonymi po to, by pomagać naszemu Panu ojcu w jego dążeniach. Zapytacie pewnie jakież były jego plany? Cóż, był wizjonerem- chciał stworzyć utopię, świat bez skazy zła. Z perspektywy czasu dostrzegam w jego działaniach pewien absurd... Ale teraz jest już to nieważne. Nitya została Panią Żywiołów, siedmiu mocy, które reprezentowały kryształy. Jednak Sanaya nie pozostała bierna. Wydała na świat swojego potomka Karainela. Zarówno on jak i jego matka chcieli pogrążyć świat w ciemności. Największej ciemności, jaką możecie sobie wyobrazić- w mroku, tkwiącym w ludzkich sercach. Kiedy mój ojciec stwarzał, bowiem człowieka, Sanaya w jego sercu ukryła okruch zła. Zauważyliśmy ten okruch, kiedy ludzie po raz pierwszy popełnili zbrodnię. Jednak ten okruch stał się częścią ludzkiej natury, niemożliwą do usunięcia. Karainel walczył z nami przez tysiąclecia, raz po raz atakując, a jednak mi i Nityi udawało się wspólnie odeprzeć jego atak, choć okruszyna ciemności w ludzkich sercach rosła w siłę. W końcu u niektórych była na tyle wielka, że ośmielili się podnieść rękę na córkę ich Stwórcy. Nie rozumieli, że Nitya chroni ich przed nimi samymi, zaczął, więc ogarniać ich strach, uczucie stworzone przez Sanayę. Zamordowali więc Nityę... Może jesteśmy wieczni, ale nie nieśmiertelni. Starzejemy się i chociaż żyję już tysiące lat, pamiętam narodziny skał, które dzisiaj są już szczytami gór, to jestem śmiertelny. Tak jak i śmiertelna była Nitya...
Był zbyt zajęty tym, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów z opowieści, by móc dostrzec najprawdziwszy ból, malujący się na twarzy starca. Mięśnie pod zmarszczkami, które okrywały jego twarz pofałdowanym kocem, napięły się, a ostatnie słowa drżały lekko w gorącym powietrzu. Gdzieś poza świadomością mężczyzny pojawił się błysk, mówiący o tym, że kiedy przyrównywał Orena do głosu tej rzeczywistości, miał rację. Oren był synem Stwórcy tego świata. To był tak niewyobrażalny fakt, że nawet nie starał się go pojąć. Zamiast tego skupił się na innym, bardziej przyziemnym aspekcie opowieści starca:
- Nitya była Panią Żywiołów zaklętych w kryształy, dlaczego więc kryształy nie zginęły wraz z nią, tylko znalazły się w naszych czasach i w naszym posiadaniu?
- Dzięki mnie. Kiedy Nitya zginęła pozostały po niej kryształy. Siedem kryształów, będących zaklętymi mocami żywiołów: ognia, wody, ziemi, wiatru, umysłu, ciała i energii. Wysłałem je w któryś ze światów, by odnalazły godnych siebie właścicieli i sprowadziły ich w miejsce, które w ich, w waszym świecie, odpowiadało miejscu, w którym zginęła Nitya i w którym narodziły się kryształy. Sprowadziłem was tutaj.
W któryś ze światów. Wszystko zaczęło układać się w całość. Owszem, owa całość przypominała raczej patchwork niż jednolitą tkaninę, ale chyba żadne z nich nie mogło oczekiwać czegoś więcej. Dla Ethana w tym momencie nie istniał nikt oprócz niego i Orena. Ciepło z ogniska ogrzewało mu lewą stronę twarzy, kiedy wpatrywał się w starca, siedzącego na drewnianym klocku. Wydawał się mały i kruchy, a kiedy migotliwy blask oświetlał mu twarz, padało na nią tysiące cieni.
- Gdzie właściwie znajduje się to tutaj?- zapytał Ethan, nim ktokolwiek zdążyłby naruszyć cienką linię łączącą jego spojrzenie z twarzą Orena. Chciałby mieć moc, która pozwoliłaby mu wejść do umysłu starca, by sam mógł poznać bezmiar wiedzy w niej drzemiący.
- Nie powiedziałem wam, gdzie jesteście? Wybaczcie nieuwagę staruszka. Witajcie w Mistyi, stolicy Anani. Jest rok 1354.
Ethan zdawał sobie sprawę, że skoro ten świat został stworzony w inny sposób, to nie można tej daty brać w sposób odpowiadający rachubie w ich świecie. Mimo wszystko, wydawało się, że jeżeli chodzi o rozwój cywilizacji, to ten świat właśnie był na etapie wieków średnich. Podejrzewał to już wcześniej, wystarczyło się przyjrzeć wyposażeniu ich pokoi lub strojom, w jakie zaopatrzył ich Oren. Dlatego na widok szoku malującego się na twarzach niektórych, miał ochotę parsknąć śmiechem.
- Który? – odezwał się z niedowierzaniem jeden z Latynosów.
 - 1354 - powtórzył Oren z niezmąconym spokojem, a zaraz potem potwierdził to, do czego Ethan już sam doszedł: - Można porównać te czasy do waszego średniowiecza, dlatego dostaliście nowe stroje, będziecie też potrzebować nowej mentalności, chociaż o nią będzie trudniej. Nie spodziewajcie się tutaj tych wszystkich wynalazków, do których przywykliście w waszym świecie. Musicie się do tego przyzwyczaić.
Chyba był jedyną osobą, na której te informacje nie zrobiły wielkiego wrażenia.
- Średniowiecze?! Nie jestem stworzona do życia w Średniowieczu. Jest jakiś powód, dla którego urodziłam się w XX wieku- powiedziała opryskliwa blondynka, a chwilę później zawtórowała jej Julie.
- Aż dziwne, ale pierwszy raz się zgadzam z Roisin.
- Nie przesadzaj Roisin- po raz pierwszy głos zabrał młody blondyn z Francji. O ile Ethan dobrze pamiętał, to jego imię zaczynało się na M. Albo W. W każdym razie czymś z dwoma ramionami.- Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jak się tutaj odnaleźć, więc nie jesteś jedyna.
- Jak to jesteśmy w średniowieczu? Przecież to niemożliwe- zawtórowała z niedowierzaniem czerwono włosa kobieta. Ją jedną Ethan mógł zrozumieć, gdyż już w Mestii zauważył, z jakim napięciem oczekiwała na wiadomości telefoniczne z domu. Przypuszczał, że w grę wchodziło małe dziecko. Cóż tutaj nie mogła liczyć na zasięg.
Dla reszty swoich towarzyszy nie miał najmniejszej dawki pobłażliwości. Uważał ich za w dużej mierze krótkowzrocznych. Przed chwilą Oren opowiedział im o równoległym świecie, w którym jest jednym z bóstw, będących w posiadaniu mocy sprowadzenia kogoś z innego świata. Oni sami wyposażeni są w moc, będącą spuścizną po innym bóstwie. Czy to właśnie nie te fakty powinny szokować? A nie brak bieżącej wody czy laptopa? Ethan westchnął, bo albo on był już tak bardzo nienowoczesny, albo z młodym pokoleniem było coś nie tak. Czy tylko on dostrzegł, że tak wiele wysiłku nie mogło zostać włożonego na marne? Już miał zadać pytanie, gdy uprzedził go Oren, a Rouge zaczął się zastanawiać czy starzec nie odziedziczył po swoim boskim ojcu mocy czytania w myślach.
- Jest powód, dla którego trafiliście tutaj. Wspominałem o misji, prawda? Po śmierci Nityi wrócił Karainel. Świat pochłonęło zło, którego nie jesteście w stanie sobie wyobrazić. Nie chodzi tylko o ludzką naturę, chociaż i ona daje się we znaki. Ludzie słabych charakterów zostali opanowaniu przez mrok tkwiący w ich duszy. W Anani, a niedługo w całym znanym nam świecie ludzie zaczną mordować, grabić i gwałcić, ku uciesze Karainela. Jednak wisi nad nami także i większa groźba. Sanaya wyposażyła swego potomka w potężną moc, zaklętą w siedem czarnych kryształów. Każdy z nich odzwierciedla grzech. Karainel chce zjednoczyć posiadaczy kryształów grzechów, a musicie wiedzieć, że razem są niepokonani. Kiedy ta misja mu się powiedzie na świecie nie będzie już nic dobrego. Niech każdy z was pomyśli o tym, co kocha, co wydaje mu się piękne, a potem niech wyobrazi sobie, że nie tylko to wszystko przestaje istnieć, ale i wszelkie plany i marzenia obracają się w niwecz. Widzicie to? Taki los czeka nasze światy, jeżeli nie wypełnicie swej misji: jeżeli nie odnajdziecie posiadaczy kryształów grzechu i ich nie zniszczycie. Nie oszukujcie się jednak. Oni także chcą zwyciężyć w tej walce.
Wokół niego wybuchło gniazdo os, bzyczących owadów, niedających się uspokoić, a w dodatku niezmiernie drażniących. On jednak niewiele z tego słyszał: dochodziły do niego tylko pojedyncze słowa o pytaniu o zgodę, kolejne narzekanie na bieżącą wodę. Miał ochotę krzyknąć: „Ludzie, naprawdę?!” Nie musiał długo wyobrażać sobie wizji, którą Oren starał się przed nimi namalować. Dla niego świat skończył się dawno temu, a wszystko pochłonęła ciemność. Już przeżył swój osobisty koniec świata, a ta część jego, która zachowała w sobie okruchy altruizmu nie chciała takiego losu dla rzeszy niewinnych ludzi, którzy byliby zmuszeni przeżyć to, co on. Niepokoił go jeszcze jeden fakt. Skoro posiadają swoje własne alter ego w postaci posiadaczy kryształów grzechów, to skąd pewność, że będą w stanie w ogóle się z nimi zmierzyć. Niebezpieczna myśl stukała tylnym wejściem do jego umysłu: on sam o wiele lepiej czułby się, jako posiadacz kryształu grzechu. W końcu miał doświadczenie w przynoszeniu cierpienia i niedoli, czego nie można było powiedzieć o ratowaniu kogokolwiek. Wydawało mu się, że utyskiwania jego, pożal się boże, kompanów ucichły, więc wsłuchał się ponownie w spokojny ton Orena. Co, jak co, ale musiał mu przyznać anielską cierpliwość.
 -Zostaliście wybrani z konkretnego powodu, ale masz rację, w tym momencie nikt nie będzie pytał was o zdanie.
Słowa wypowiedział chłodno, a kierował je głównie w stronę blondynki. Widać nie tylko Ethanowi ta dziewczyna działała na nerwy.
- A ja już myślałam, że te stroje to wystarczający żart, a tu no proszę- zostaliśmy uwięzieni w jakimś średniowieczu, by pomóc ludziom, których nie znamy? Ktoś musiał już z góry założyć, że się nie zgodzimy. Chyba nawet wiem kto - burknęła wściekle Julie, spoglądając sugestywnie na staruszka, wywołując w Ethanie chęć mordu. Z jakiegoś powodu wolałby, żeby jednak bardziej się przejęła losem kogokolwiek poza własnym. Nie umknęło jednak jego uwadze, że podczas mówienia wydęła usta, w taki sposób, że zmarszczka pomiędzy brwiami Rouge wygładziła się w okamgnieniu.
- Możemy tu utknąć na zawsze... - szepnęła nieprzytomnie Sefi, a jej logiczną wypowiedź podłapała czerwono włosa:
- Nie możemy wrócić do domu? Ile to wszystko potrwa?
Ethan przez sekundę zastanawiał się, czy tylko on słuchał gadaniny starca, czy naprawdę to wszystko jest tak im obojętne. Dla niego wreszcie nastąpiło pełne rozwiązanie. Wreszcie znalazł jasny cel wszystkiego, co do tej pory go spotkało. Nie miał pojęcia, w jakich okolicznościach i okazjach reszta tych ludzi odnalazła swoje kryształy, ale dla niego był to punkt kulminacyjny, jego być albo nie być, więc może, dlatego odczuwał opowiedzianą przez Orena historię, jako swoją własną. Czuł, chociaż nie zawsze był tego świadomy, że nastąpi moment, kiedy będzie musiał wreszcie zrobić coś nie tylko dla siebie, ale dla innych. Że zaciągnięty dług mocy, da o sobie znać i zażąda spłaty. Ponadto nie miał, do czego wracać. W ogóle miał wrażenie, że powrót nie jest wliczony w cenę jego biletu. I nie czuł się z tym źle.
- Jeżeli w ogóle myślicie o powrocie, o wszystkim tym, co drogie waszemu sercu, to musicie wykonać zadanie, które wam powierzył los. Jeśli tak się nie stanie, obawiam się, że nie będziecie mieli, do czego i kogo wracać. Na razie jednak nie smućcie się. Chciałbym bliżej poznać spadkobierców dziedzictwa Nityi, a także wasze moce. – zachęcił staruszek, uśmiechając się lekko do wszystkich.  Kiedy jego spojrzenie padło na Ethana, mężczyzna zdawał sobie sprawę, że wyraz jego twarzy jest daleki od zachwytu. Właściwie bardziej przypomina grymas, który towarzyszy wizycie u dentysty czy innej, jakże przyjemnej rzeczy.
- No więc, może ja zacznę –powiedział młody chłopak, który przybył z siostrą i ufarbowaną na krwistą czerwień kobietą. Jego siostra zachichotała, chociaż Ethan nie miał bladego pojęcia, z jakiego powodu. Nadal był zdezorientowany sytuacją i zły na swoich pseudo towarzyszy za reakcję rodem z przedszkola, w którym na deser nie podaje się lodów. Zwykle też nie miał aż takich wahań nastrojów, by tak szybko przechodzić od obowiązku, do czegoś, co w mniemaniu Orena ma być zabawą. - Nazywam się Matheo i pochodzę z pewnego malowniczego, nadmorskiego miasta we Francji. A to jak znalazłem kryształ, cóż, właściwie to nie ja go znalazłem, tylko mój pies. Bella wskoczyła mi na kolana, ja złapałem za kryształ, chciałem go wyciągnąć i, gdy tylko go dotknąłem, zobaczyłem jasne światło, a później zemdlałem.
- Tak, obudziłeś się na podłodze i nie wiedziałeś, co się dzieje - wtrąciła się młoda dziewczyna bardzo dziecięcym głosikiem i Ethan podobnie jak w Mestii zadał sobie pytanie, co za idiota wypuszcza dwoje dzieci w taką podróż. - Napędziłeś mi wtedy niezłego strachu.
- Tak. Mój żywioł to ziemia, no a wy, jak dostaliście kryształ?
Mówił o tym tak, jakby losowano różnokolorowe majtki i każdy z nich dostał inną parę. Ja mam czerwone, a ty zielone, chociaż wolałbym pomarańczowe. Ethan nie mógł pozbyć się sprzed oczu obrazu zagłady ziemi, rodem z Armagedonu, czy innego hollywoodzkiego przeboju. W uszach mu dzwoniło, a dźwięk srebrnych dzwoneczków układał się w piękną piosenkę o słowach: wszyscy umrzemy, wszyscy zginiemy, wszyscy umrzemy….
- Ja natomiast znalazłam kryształ w dość dziwny sposób - zaczęła kobieta o fryzurze przypominającej bliskie spotkanie z puszką farby, którą w Szkocji malowano stodoły, by nabrały głębokiego czerwonego koloru. - Przed sklepem napadł mnie mężczyzna, któremu ów kryształ służył, jako kolczyk. W obronie wyrwałam mu go w brutalny sposób. A potem go dotknęłam... I stało się to, co się stało.
- Dwa lata temu, gorące Peru, słoneczny dzień, plaża, wiatr we włosach... – odezwał się Latynos. Chłopak mocował się z paskiem zegarka, a gdy ten wreszcie ustąpił, dzieciak uniósł dłoń, pokazując im wewnętrzną stronę swojego nadgarstka. W maleńkim krysztale tańczyły języki ognia. - W piasku to maleństwo. Przeczepiło się do mnie i od tamtej pory niestraszne mi odwodnienie.
Postanowił zabrać głos po wesołym Latynosie. Jego suchy, oficjalny ton, kontrastował z radosnym trelem przedmówcy tak bardzo, że ucierpiały nawet jego własne uszy.
- Kryształ odnalazł mnie już ponad dziesięć lat temu w Szkocji podczas nurkowania- uśmiechnął się na to wspomnienie i na to, ile miało ono wspólnego z nurkowaniem. Zresztą tylko idiota uwierzyłby, że ktoś nurkuje w Szkocji, ale na jego słuchaczach nie zrobiło to wrażenia. - Potrafię zmienić swoje ciało, tak by wyglądać jak ktoś, kogo widziałem przynajmniej raz w życiu.
- Wspaniale- powiedział staruszek, kiedy Ethan zamilkł i nic nie wskazywało na to, że zamierza cokolwiek dodać. - Mamy więc żywioł ziemi, żywioł energii, a także żywioł wody i ciała- patrzył na nich kolejno. Żywioł ciała, pomyślał Ethan i zaraz później zaczął się zastanawiać czy ciało w ogóle może zostać określone, jako żywioł. - Gdzieś wśród was są jeszcze posiadacze kryształów ognia, wiatru i umysłu...
Burcząca na wszystko blondynka odgarnęła pretensjonalnym ruchem swoje włosy. Ethan domyślił się, że za uchem tkwi kryształ, chociaż z jego perspektywy mógł obserwować tylko i wyłącznie profil dziewczyny i jej lekko zmarszczone czoło. Wydawało się, że to jej stała mina.
– Pamiątka ze straganu w Irlandii. A co do mojego żywiołu –rozpostarła lekko dłonie, a języki ognia z ogniska zaczęły sunąć w kierunku blondyna z Francji. – To dzięki niemu możemy sobie tak miło pogawędzić i usmażyć marshmallows.
- Oznacza to mniej więcej tyle, że wszyscy, którzy nie są superbohaterami powinni nosić przy sobie gaśnice – dodał towarzysz blondynki, który w Gruzji sprawił, że Ethan zdefiniował go, jako zniewieściałego. Teraz do wyglądu zewnętrznego dołączył głos i mężczyzna nie zmieniłby swojej opinii o nim nawet o jotę.  
Pozostały już tylko dwa żywioły. Wiatr i umysł. Wiedział, że jednym z nich włada Sefi, ale ta nie wyglądała na taką, co miałaby zabrać głos, więc przez kilka sekund słychać było tylko trzaskanie pękającego pod wpływem temperatury drewna.
- Raczej nie miałam okazji jeszcze z nikim dłużej rozmawiać, więc tak na początek nazywam się Leah- głos zabrała brunetka, siedząca obok bliźniaczek. Przybyła, jako ostatnia i to dzięki temu, że przekroczyła linię miasta Oren mógł ich przenieść. - Kryształ znalazłam prawie rok temu i żywioł, jakim władam to umysł. Jeszcze do końca nie wiem jak działa, ale mogę z pewnością kierować waszym ciałem poprzez myśli. I to chyba tyle. To jest moja przyjaciółka, Marlene – wskazała na kolejną blondynkę siedzącą obok niej. - Dzięki niej pojawiłam się tu tak szybko.
Pozostała już tylko jedna osoba i widząc jak siostra Julie walczy z zawstydzeniem dusza Ethana podzieliła się na dwie antagonistyczne części: jedna z nich chciała siłą wyciągnąć Sefi na środek okręgu i krzyknąć na nią, a druga współczuła jej z całego serca.
- Ja... Jestem Josefina i...
- Sefi! - wtrąciła się Julie, wcale nie poprawiając siostrze samopoczucia.
- No tak, Sefi. Znalazłyśmy kryształ pięć lat temu podczas spaceru w lesie. Właściwie to Julie go znalazła...
Popatrzyła bezradnie na siostrę, a Julie dokończyła za nią:
- I od tego czasu Sefi puszcza wiatry - dopowiedziała, a kilka osób uśmiechnęło się lub parsknęło. - Nie o to mi chodziło. Od tamtego czasu wysyła wiatry we wszystkie strony świata, więc żadne tornado nam nie grozi.
- Miło mi was wszystkich poznać i jeszcze raz przywitać w Mistyi - powiedział staruszek głębokim, tajemniczym głosem. - Powinniście się wszyscy dobrze poznać, bo czeka was niezwykła, lecz trudna przygoda. Będziecie potrzebować waszego wsparcia i zaufania.
Ethan patrzył na niego, jak powraca spokojnie do puszczania kółek z dymu. W jego fajce raz po raz widać było rozgrzany żar, który oświetlał mu dolną część twarzy. I chociaż wokół nich ponownie rozgorzały rozmowy, to żaden nie zwracał na to uwagi. Blondyn oddałby wiele, by móc, choć w niewielkim fragmencie odgadnąć myśli starca. On sam wolał nie zastanawiać się nad swoimi odczuciami. Nie był to pozytywny obraz, a słowa Orena o wsparciu i zaufaniu tylko pogorszyły sytuację. Nie potrafił sobie tego wyobrazić. Wydawało mu się, że widzi olbrzymią czarną dziurę, nad którą stado myszy próbuje wybudować most.
Otrząsnął się z zamyślenia i rozejrzał wkoło. Odnalazł wzrokiem postać Julie, która rozmawiała w najlepsze z którymś z Latynosów. Na jej twarzy malował się wielki uśmiech, który obejmował całą jej postać, nie ograniczając się tylko do oczu. Wydawało się, że z jej postawy, rąk, które żywo gestykulowały podczas rozmowy, wylewają się fale radości. Nie potrafił tego zrozumieć, ale patrząc na nią zdał sobie sprawę, że chętnie poczułby to samo. Chętnie oddałby swoje czarne myśli komuś, kto nimi pokieruje, a sam zatopiłby się w cieple ogłupiającej wesołości z powodu poznania tylu, być może, wspaniałych ludzi.